Maroko 2015

Dlaczego Maroko?

Dlaczego? Bo jeszcze tam nie byliśmy. O Maroku myślałem od dawna. Ze wszystkich afrykańskich państw jest najłatwiej dostępne, a przy tym niezwykle ciekawe. Szczególnie kusiły mnie góry Atlas. Są suche, surowe i piękne. Zdjęcia i filmy, jakie udało mi się zobaczyć rozgrzały wyobraźnię. Już siedząc w fotelu czułem żar na plecach i suchość w gardle. Emocjonowałem się każdym zakrętem, każdym znalezionym widokiem. Do tego marokańskie miasta, a szczególnie Fez. Nie Marakesz oblegany przez turystów i całkowicie im podporządkowany, tylko właśnie Fez, niewzruszenie tętniący życiem od tysiąca lat. To miasto się nie zmienia i jakby nagle zabrakło turystów, pewnie też by się nie zmieniło. Powoli w mojej głowie rysowała się trasa, zapamiętywały miejsca, których przecież jeszcze nie widziałem. W końcu zdałem sobie sprawę, że już nie ma odwrotu, że już nie będziemy tej podróży dłużej odkładać. Że właśnie w tym roku nadszedł czas na Maroko.



Jak tam się dostać?

Samolotem. No, można jeszcze rowerem, przejeżdżając całą Europę, by potem promem przepłynąć do Afryki. Taki sposób też chodził mi po głowie, ale to było dawno, dawno temu. Dziś bardziej zależało mi na zobaczeniu samego Maroka, niż nabijaniu kilometrów po trasie, którą już przecież przejechałem. A więc samolot. Ceny biletów bywają śmiesznie niskie, bo co to jest 150 zł za lot dla jednej osoby w jedną stronę? Nawet jeśli doliczymy rower oraz bagaż i cena przez to wzrośnie do 500 zł, to przecież nadal nie jest to drogo, prawda? Okazuje się, że można taniej dostać się samolotem do Maroka niż autokarem w dowolnie wybrany zakątek Europy. Skoro więc cena nie jest przeszkodą, można pokusić się o zobaczenie tego skrawka Afryki.

Do Maroka polecieliśmy liniami Ryanair z lotniska Düsseldorf Weeze. Lądowaliśmy w Oujdzie. Wiem, to niezbyt popularne połączenie. Większość z Was pewnie nawet nie wie gdzie jest Oujda. Nie przejmujcie się, ja też nie wiedziałem. Oujda znajduje się na wschodnim krańcu Maroka, tuż przy granicy z Algierią. Turyści tam nie latają. To znaczy europejscy turyści, bo Marokańczyków był pełen samolot. Byliśmy w nim jedynymi białymi. Połączenie miało też tę zaletę, że mogliśmy przy okazji odwiedzić naszych znajomych, którzy mieszkają w pobliżu Düsseldorfu. Od razu powiem, że gdyby też przyszło Wam do głowy lecieć z Düsseldorfu Weeze i też chcielibyście zabrać ze sobą rowery, to napotkacie problem z ich spakowaniem. Różne linie różnie do tego podchodzą. Jedne bardziej liberalnie, inne mniej. Są nawet takie, które wymagają tylko skręcenia kierownicy, bez żadnego opakowania. Ja zwykle rozbieram rower, owijam w folię i taki całkiem solidny pakunek oddaję do odprawy. Jak dotąd wszędzie to przechodziło bez zająknięcia, ale w Weeze nie przeszło. Musi być karton i już. Tak się jednak składa, że kartony są dostępne na lotnisku, tyle, że w cenie... 20€ za sztukę! No proszę. Lotnisko znalazło sobie sposób na dodatkowy zarobek. Uważajcie więc na lotnisko Düsseldorf Weeze. Bez kartonu (albo 20€) nie ma co się tam pokazywać.

Powrót z Maroka był o wiele prostszy. Wybraliśmy linie EasyJet i połączenie z Agadiru do Berlina. Cena ta sama, co w tamtą stronę, chociaż lot o wiele dłuższy. Na lotnisku nikt nie robił żadnych problemów ze spakowanymi w folię rowerami. Tak to ja mogę latać. Polecam.



Kiedy jechać?

To nieprawda, że Maroko jest suche. W ciągu roku spada tam mnóstwo wody. Problem tylko z tym, że jak pada, to bardzo gwałtownie, a jak nie pada, to miesiącami. W rezultacie znalezienie odpowiedniej pory na wyprawę nie jest takie proste. Najprzyjemniejsza jest zima. Temperatury nie przekraczają 20°C, ale pada w tym czasie dużo, a w górach leży śnieg. Można wtedy jechać na pustynię, ale nie w Atlas. Góry jednak na wyprawie muszą być, więc zima odpada. Więc może wiosna? Nadal pada, z gór spływają śniegi. Okresowe rzeki wypełniają się wodą, więc wyprawa zamieniłaby się w ciągłe pokonywanie rzek. A rzeki potrafią czasami być tak agresywne, że niszczą i zabierają z sobą drogi. A więc lato? I mamy kwintesencję Maroka. Upał nie do wytrzymania. Brak wody i cienia. W tym czasie to tylko góry. Lepiej w ogóle z nich nie zjeżdżać. Jesień? Powtórka z wiosny, tyle, że pada jeszcze bardziej. To jesienne deszcze czynią najwięcej szkód. Chcąc przejechać całe Maroko, bardzo ciężko wstrzelić się w idealny termin. W końcu wybraliśmy końcówkę maja i czerwiec. Już po wiosennych deszczach, a jeszcze przed letnimi upałami. W górach śniegu już nie ma, a wszystkie drogi są przejezdne. Jedynie z Sahary trzeba w tym czasie zrezygnować. Tam już jest za gorąco.



Którędy jechać?

Większość ludzi odwiedzających Maroko lata do Marakeszu lub Agadiru i stamtąd robi dłuższe lub krótsze trasy po okolicy. Nie jest to takie głupie, bo od razu znajdują się w ciekawym regionie i przejeżdżając niewiele mogą zobaczyć dużo. Mi jednak to nie wystarczało. Maroko to nie tylko piaszczysta plaża i zaklinacz węży. Maroko to nie tylko jedna przełęcz w Atlasie, przez którą jeżdżą wszyscy. Chciałem czegoś więcej, chciałem zobaczyć całe Maroko, od wschodu - po zachód. To właśnie dlatego wylądowaliśmy w Oujda. Dalej na wschód już się nie dało. Stamtąd skierowaliśmy się na zachód, przez góry Beni-Snassen i dalej przez suche, stepowe fragmenty gór Rif aż do Tazy. Tam na chwilę wskoczyliśmy w zielone góry Parku Narodowego Tazekka, by następnie dotrzeć do Fezu. W Fezie dwa dni przerwy i przeskok autobusem do Midelt, na skraj Atlasu Wysokiego. Tam dopiero się zaczęło. Najpiękniejsze drogi, najwyższe przełęcze, gliniane wioski i... burze co wieczór. W końcu pokonaliśmy Atlas i zjechaliśmy do jego południowego podnóża. Zaczęła się kraina usiana słynnymi, glinianymi kazbami. Gdy już nasyciliśmy się widokiem tych niezwykłych warowni, odbiliśmy jeszcze bardziej na południe, w rzadko odwiedzany przez turystów Antyatlas. Nasza podróż zakończyła się w jednym z najpiękniejszych miejsc nad Atlantykiem, na niezwykłej plaży w Legzira.

Trasa, którą pokonaliśmy była trudna, w dużej części szutrowa lub kamienista. Bardzo dała nam się we znaki pogoda. Oczekiwaliśmy upałów, a przez pół trasy walczyliśmy z deszczem i burzami. Gdy w końcu pogoda zrobiła się taka, jaka powinna być, to zaczęło wiać. Przyznam się, że planując trasę w ogóle o wietrze nie myślałem. Tymczasem w Maroku jeden schemat powtarzał się codziennie. Poranki były zupełnie bezwietrzne, potem budził się wiaterek, na początku słaby i nieśmiały, ale z biegiem dnia stawał się coraz silniejszy. Zaczynał wiać z różnych kierunków, ale koło południa był to już wyraźnie wiatr zachodni. Pod koniec dnia wiał z prędkością dochodzącą do 30 km/h! Bywało i tak, że na równej, płaskiej drodze nie byliśmy w stanie wyciągnąć więcej, niż 10 km/h. Na zjazdach, przy prędkościach powyżej 20 km/h czułem się tak, jakbym właśnie pobijał swój życiowy rekord. Wiatr urywał głowę, a rower próbował odlecieć. Rozbijanie namiotu w takiej wichurze to też niezła zabawa. Nie zawsze udawało się znaleźć jakieś osłonięte miejsce. W nocy wiatr cichł zupełnie i następnego dnia zabawa zaczynała się od nowa. Gdybyście wpadli na pomysł zrobienia podobnej trasy, co my, to już dziś Wam powiem - wybierzcie przeciwny kierunek. Jedźcie od Atlantyku do Oujdy.



Co jeść i pić?

W Maroku z zaopatrzeniem w produkty spożywcze jest raczej marnie. Sklepiki w wioskach spotykaliśmy dość często, ale nic w nich praktycznie nie było. Dobrze, jeśli udało nam się dostać pieczywo (głownie bagietki, ale były też małe, okrągłe chleby) i jakąś czekoladopodobną maż do smarowania. Był też topiony ser i puszki z tuńczykiem. Na tym koniec. Żadnych przetworów mięsnych. Mięso jada się tam świeże i to do tego stopnia, że w miastach można spotkać sklepy, w których wałęsają się luzem kury. Jak klient chce kupić kurę na obiad, to jedna z nich traci życie i już po chwili jest gotowa do sprzedaży. Warzywa i owoce kupuje się na targach, które odbywają się w określonych wioskach w określone dni. Kilka razy na taki targ udało nam się trafić. Lepiej jest oczywiście w miastach, bo tam jakiś mały targ czy warzywniak funkcjonuje każdego dnia, nawet w sobotę czy niedzielę. W miastach są też bary i restauracje, w których za niezbyt wysoką cenę można zjeść coś na ciepło.

Innym problemem jest zaopatrzenie w wodę. Można ją oczywiście kupić w sklepikach, ale nie jest to konieczne. Chociaż w stanie naturalnym wody pitnej w zasadzie nie ma, to jednak mieszkańcy coś piją i nie jest to woda butelkowana. W wielu miejscach spotkać można swoiste wodopoje, czyli murowane ściany z kranami. Niestety, zdecydowana większość z nich jest zdewastowana i wody w nich nie ma. Na północy po wioskach często jeżdżą beczkowozy z pitną wodą, na południu spotkać można studnie, a w górach obmurowane źródła. Jeśli już wszystkie sposoby zawiodą, te jest jeszcze najprostszy, czyli bary. W wiosce może nie być sklepu, ale bar zawsze jest i nie spotkałem się z odmową uzupełnienia zapasu wody. Nigdzie też nie chcieli za to pieniędzy.



Gdzie spać?

Wszędzie. Gdzie dusza zapragnie. W Maroku nikt nie robi żadnych problemów z rozbijaniem namiotu na dziko. Sypialiśmy nawet całkiem na widoku, przy drodze i jedyną reakcją przejeżdżających miejscowych były pozdrowienia. Przygotować się jednak trzeba na dwie inne rzeczy, na kamienie i kolce. W Maroku praktycznie nie ma trawy, szczytem luksusu jest nocleg na piasku, ale czystego piasku też za wiele nie było. Praktycznie każdy nocleg poprzedzało żmudne wydłubywanie ostrych kamieni i czyszczenie podłoża z kolczastych roślinek. Mieliśmy z sobą fajny, lekki namiocik, ale w obawie przed podziurawieniem podłogi i tak zawsze rozwijaliśmy najpierw grubą folię, i dopiero na niej stawialiśmy namiot. To była folia, w którą zawinięte były rowery do transportu samolotem i mieliśmy zamiar wyrzucić ją zaraz po przylocie. Widząc jednak na czym musimy spać, zatrzymaliśmy ją aż do końca wyprawy.

A miejsca pod namiot bywały niemal bajkowe. Każdy następny nocleg był piękniejszy od poprzedniego. Czasem spaliśmy w miejscach widokowych, czasem bardziej schowanych, ale i tak każdego ranka biegałem z aparatem starając się zatrzymać tę chwilę, to miejsce, zanim zniknie i zatrze się w pamięci.

Kilka razy spaliśmy w hotelach. W Maroku można znaleźć nocleg już za 90 dirhamów (ok. 35 zł.) za dwuosobowy pokój. W takim spaliśmy w Fezie. Warunki były odpowiednie do ceny, głośno, duszno, do toalety daleko, a prysznic w ogóle na innym piętrze. Za bardzo przyjemny i niemal luksusowy pokój w Agadirze zapłaciliśmy 220 dirhamów (ok. 85 zł). Nie są to więc zaporowe ceny.



Jak kontaktować się ze światem?

O rozmowach telefonicznych można zapomnieć. Ponad 8 zł za minutę połączenia w roamingu to lekka przesada. Sms-y są sporo tańsze, ale w dzisiejszych czasach nie wystarczają. Dziś liczy się tylko internet. Przeglądając propozycje marokańskich dostawców telefonii komórkowej znalazłem ciekawą ofertę. Meditel za marne 50 dirhamów (ok. 20 zł) oferuje 4GB internetu ważnego 30 dni. Do tego doliczyć trzeba jeszcze koszt zakupu karty, czyli 25 dirhamów (ok. 10zł). Czyli za głupie 30 zł można mieć pełen dostęp do sieci na cały okres wyprawy. Kuszące, prawda? Ja się skusiłem i... praktycznie zostałem z bezużytecznym telefonem. Sieć Meditela zadowalającej jakości (minimum 3G) jest tylko w dużych miastach. Poza nimi mamy do dyspozycji zaledwie 2G lub nawet 1G! To się w ogóle nie nadaje do połączeń internetowych. Zdawałem sobie sprawę, że na znacznym obszarze mogę nie mieć zasięgu, ale nie przewidziałem, że mogę mieć pełen zasięg i brak połączenia internetowego. Przestrzegam przed tą ofertą. Jeśli w Maroku chcecie mieć dostęp do internetu, szukajcie wśród propozycji innych sieci, Meditel do niczego się nie nadaje.

Czy było warto?

Ależ oczywiście! Zastanawiać można się tylko dlaczego tak długo zwlekaliśmy z tą wyprawą? Przecież przewodniki i mapy zacząłem gromadzić już z 10 lat temu. Maroko w pełni spełniło nasze oczekiwania, zostawiło nawet pewien niedosyt. Przecież drogi, którymi jechaliśmy i miejsca, które widzieliśmy to jeszcze nie jest wszystko, co oferuje ten niezwykły kraj. Już w trakcie tej podróży rodził nam się w głowie plan na następną wyprawę. Chcemy tam wrócić, chcemy znów zagłębić się w Atlas, chcemy pokonać jeszcze inne przełęcze. I to takie, na które rower będzie wnosił na górę osiołek. A może sami będziemy targać je na plecach? Jesteśmy już w domu, a jeszcze wspominamy wszechobecny zawodzący śmiech osłów, jeszcze w uszach mamy pozdrowienia miejscowych, w pamięci ich uśmiechy. Trasa, którą przejechaliśmy nie należała do łatwych. Doskwierał upał, doskwierał wiatr, o którym pisałem wcześniej, zatrzymywały nas ulewy i burze. Ale bez tego wszystkiego Maroko nie byłoby takie, jakie było. Dzięki temu, co przeżyliśmy, dziś mamy co wspominać i o czym marzyć. Jeszcze tam wrócimy.