Bałkany 2014

Macedonia


Macedonia, Park Narodowy Mavrovo

Nasza rowerowa włóczęga przez Bałkany powoli dobiega końca. Pozostała nam już tylko Macedonia, a dokładniej przejazd do Skopje, skąd ma nas zabrać powrotny autokar. Za bardzo nie wiemy czego możemy spodziewać się w Macedonii. W mediach poczytać można o problemach z nazwą tego państwa i jego największym bohaterze, Aleksandrze Wielkim. Powodem problemów są Grecy, którzy twierdzą że Aleksander był Grekiem, a Macedonia to nazwa greckiej prowincji. Macedończycy uważają oczywiście inaczej i na złość Grekom gdzie się tylko da stawiają pomniki upamiętniające swojego herosa. My nie zamierzamy rozstrzygać ich sporu, chcemy tylko zobaczyć kawałek tego słabo znanego państwa, wybierając boczne i mało uczęszczane drogi. Czas nas goni, więc siłą rzeczy największe atrakcje Macedonii musimy ominąć. Nie zobaczymy jeziora Ochrydzkiego i jego okolic. W ogóle nie ruszymy na południe. Musimy skupić się na małym, północno-zachodnim skrawku państwa. Mamy jednak szczęście, bo właśnie tutaj leży niezwykły Park Narodowy Mavrovo.

Park Narodowy Mavrovo

Zjeżdżamy do Debar. To małe miasteczko, które niczym szczególnym się nie wyróżnia. Dla nas wystarczy, że są tu bankomaty, więc można zaopatrzyć się w macedońską gotówkę i coś zjeść w pierwszej z brzegu restauracyjce. Przed nocą ruszamy dalej, bo nie bardzo uśmiecha nam się szukanie płatnego noclegu. Zanim całkiem się ściemni, udaje nam się dotrzeć do granic parku i rozbić namiot nad rzeką Radika, w pobliżu wioski Jance.

Nie znaleźliśmy się tu przypadkowo. Chcemy przejechać przez Park Narodowy Mavrovo, ale przecież nie asfaltem. Dróg, które by prowadziły w głąb parku nie ma za wiele, a od tej strony nie ma ich w ogóle. Gdzieś w sieci trafiliśmy na relację, w której kilku rowerzystów pokonało pieszy szlak z Galicnik do Jance. Mieli kilka godzin schodzenia wąską, niebezpieczną ścieżką. Ale w sumie dali radę. Skoro oni mogli tędy zejść, to przecież my możemy tą samą ścieżką podejść.


wieś Jance, a za nią ściana na którą zamierzamy się wdrapać

Zaczynamy z samego rana. Od początku jest stromo, ale da się jeszcze jechać. Mijamy wioskę, podobno bardzo nietypową ze względu na starą, miejscową zabudowę. Nie za bardzo nas to jednak urzeka, więc wjeżdżamy wyżej. A wyżej jest jeszcze bardziej stromo, więc mimo szerokiej drogi musimy już rowery pchać. To jednak jeszcze nie jest to. Zabawa zaczyna się dopiero tam, gdzie zupełnie kończy się droga. Dalej pnie się już tylko znakowany na czerwono pieszy szlak turystyczny. O jeździe nie ma mowy. Nawet o pchaniu rowerów nie ma już mowy. Walczymy z nimi jak z upartymi osłami wciągając je metr po metrze coraz wyżej i walcząc o to, by nie zsunęły się ze zbocza. Wąska, ale dość wyraźna ścieżka prowadzi nas zakosami w górę. Brakuje słońca, które schowało się za mlecznymi chmurami, ale i tak jest pięknie. Co kawałek drzewa rozstępują się pozwalając zobaczyć jak wysoko już się wdrapaliśmy. Z każdym metrem jest coraz piękniej. Gdy wychodzimy ponad drzewa nie możemy uwierzyć, że dotarliśmy tu z obładowanymi rowerami. Z przeciwka pojawia się kilku pieszych turystów i są tak zaskoczeni naszym widokiem, że nie wiedzą czy mają gratulować, czy wzywać pomoc. A my ciągniemy rowery jeszcze wyżej, po zawieszonej nad przepaścią półce skalnej. Gdybym wiedział, że tak ta ścieżka wygląda, to... też bym tędy wytyczył trasę. Mimo wysiłku, mimo wylanych wielu litrów potu i poświęconych kilku godzin na pokonanie pięciu kilometrów i tak uważam, że jest to najbardziej ekscytujący kawałek tej wyprawy. Tymczasem ścieżka zaczyna się wypłaszczać i docieramy do parkingu. Jesteśmy w Parku Mavrovo. Pokonaliśmy 900 metrów w pionie, a licznik pokazał, że maksymalne nachylenie wyniosło 30%. A liczył tylko tam, gdzie jeszcze kręciły się koła.

na pieszym szlaku Jance - Galicnik

Jak jednym słowem opisać Park Mavrovo? To przecież trawiaste, bieszczadzkie połoniny! Tyle, że sto razy większe. Początkowo jedziemy wąskim asfaltem i nim pokonujemy przełęcz o wysokości 1700 m.n.p.m. Potem droga faluje przez płaskowyż, ale nie schodzi niżej, by w końcu ostrym zjazdem sprowadzić nad zaporowe jezioro, które też nazywa się Mavrovo i do leżącej nad nim wioski o tej samej nazwie. To jest serce parku i najbardziej charakterystyczne miejsce. A wszystko za sprawą dachu kościoła, który wystaje ponad taflę jeziora. To pozostałość po wiosce, która została zatopiona podczas budowy zapory. Nie tędy prowadzi jednak nasza trasa. Pozostajemy w górach i zamiast zjeżdżać asfaltem nad jezioro, skręcamy w boczną dróżkę i gubimy się wśród traw.

morze traw w parku Mavrovo

Okazuje się, że przez Mavrovo prowadzi całkiem sporo dróg. Gdyby nie nawigacja, z pewnością byśmy się tam pogubili. Drogowskazów nie ma żadnych, a na papierowej mapie w ogóle tych dróg nie zaznaczono. No i nikt nimi nie jeździ. Jesteśmy tu całkiem sami. Wieczorem znajdujemy sobie miejsce pod namiot. W sumie to można się tu rozbić dosłownie wszędzie i nasz wybór polega bardziej na tym, by z namiotu był piękny widok na to bezkresne morze traw, niż na szukaniu dogodnej miejscówki.

nocleg w parku Mavrovo

Trawy, trawy, trawy. Nie widzimy żadnego drzewa, tylko same trawy. Spośród tych traw swoje kapelusze dumnie wystawiają dorodne kanie. Jest ich tu mnóstwo, a nie ma komu ich zbierać. Przez cały dzień jazdy spotykamy tylko jedno samotne gospodarstwo. Poganiani przez ciemne, deszczowe chmury pokonujemy kolejne wzgórza, by w końcu przedostać się na drugą stronę parku. Trawy kończą się zupełnie niespodziewanie, a my zjeżdżamy niżej. Trafiamy w dolinę, w której kiedyś znajdowała się jakaś kopalnia. Pozostały po niej zabudowania i osobliwa grobla przecinająca dolinę w poprzek. Kopalnia musiała być bardzo prężna, bo drogę do niej wybrukowano. Dziś drobna kostka zarasta trawą lub miejscami jest po prostu rozbierana i rozkradana. Właśnie tą drogą ostatecznie opuszczamy Mavrovo i wracamy do świata ludzi. Na tej drodze dopada nas też ulewa. I tak dobrze, że dopiero teraz, że cały bajecznie piękny Park Narodowy Mavrovo udało się przejechać w słońcu.

Park Narodowy Mavrovo

Kanion Matka

Wśród największych atrakcji Macedonii zawsze wymieniany jest znajdujący się w pobliżu Skopje kanion Matka. Jest to wąskie, zaporowe jezioro na rzece Treska. Jezioro zamknięte jest wysokimi, pionowymi ścianami. Wzdłuż jeziora w skałach wykuto pieszą ścieżkę, z której można podziwiać kanion, a dołem pływają turystyczne łódeczki. Ścieżka jest ślepa, więc rowerami nie zamierzamy się tam zapuszczać. Podjeżdżamy tak daleko, jak się da, czyli do hotelu i przystani łódek.

hotel w kanionie Matka
dalej rowerami nie pojedziemy

W sumie nie wiem po co pojechaliśmy aż tak daleko i to pod wieczór. Przecież w hotelu i tak nie zamierzamy spać, a na spacer wzdłuż jeziora jest już za późno. I gdy tak stoimy nie wiedząc co dalej z sobą począć, nagle zagaduje nas miejscowy sternik z łódki. Całkiem dobrze mówi po polsku. Nie, nie był w Polsce, nie uczył się nigdy polskiego, ale większość przybywających do kanionu turystów to właśnie Polacy. Zagaduję go o jakiś nocleg, ale inny niż ten hotel z chorymi cenami, a on proponuje nam... nocleg w chatce nad jeziorem. Mówi, że przewoźnicy mają gdzieś w głębi kanionu, na drugim brzegu mały domek letniskowy. Dojazdu nie ma tam żadnego, prądu też nie ma, ale jest bieżąca woda ze źródełka i można się tam przespać. Domek zbudowali dla siebie, żeby mieć gdzie odpocząć w wolne dni, ale czasem wynajmują go turystom. Wsiadam do łodzi i płynę zobaczyć co to za cudo. Gdy tylko zbliżamy się do brzegu już wiem, że tu zostaniemy i to niezależnie od ceny (zapłaciliśmy 15€). Rowery zostają na przystani, a my zabieramy tylko śpiwory i coś na kolację, po czym płyniemy w głąb kanionu.

nasz nocleg w kanionie Matka

Cóż to za bajeczne miejsce. Jesteśmy kompletnie odcięci od świata. Małe wypłaszczenie zamknięte jest pionowymi skałami. Nie ma szans się stąd wydostać w żaden inny sposób, niż łodzią. Łodzi też nie mamy, bo gospodarz właśnie odpłynął. Do dyspozycji zostawił nam drewniany domek z jednym pomieszczeniem i wielkim tarasem. Pod tarasem ukryte jest coś na kształt kuchni. W szafkach stoją spore zapasy jedzenia i przypraw i z tego też możemy korzystać. Domek otaczają stare, wysokie drzewa. Miejsce bardzo nam się podoba i chętnie byśmy tu trochę pomieszkali. W duchu mamy nadzieję, że jutro nie przypłyną po nas tak szybko, jak się umawialiśmy, że pozwolą nam nacieszyć się tym miejscem trochę dłużej. Nasze prośby zostają wysłuchane. Następnego ranka widzimy przepływające obok łodzie z turystami, ale po nas nikt nie zawija. Ruch mają spory, a my po prostu odpoczywamy. W końcu ktoś się zjawia i nasza sielanka zostaje przerwana. Wracamy na przystań. Zanim stąd odjedziemy, robimy sobie jeszcze spacer ścieżką wzdłuż kanionu. Jezioro wygląda z niej bardzo piękne.

Ścieżka wzdłuż kanionu Matka. Po drugiej stronie widać miejsce, w którym spaliśmy
kanion Matka

Skopje

Dotarliśmy do końca wyprawy. Został nam jeszcze jeden dzień na zwiedzenie stolicy Macedonii, Skopje. Niewiele o nim wiemy, więc każdy krok jest zaskoczeniem. Na początek trafiamy do centrum. Tego nowego centrum, w którym wielkie, monumentalne budowle stoją dumnie wzdłuż rzeki Wardar. Wyglądają okazale. Niejedno, nawet dużo większe i ważniejsze miasto nie może poszczycić się takim szeregiem majestatycznych budowli. Można się spierać czy tu pasują czy nie, czy mają jakiś określony styl czy nie, ale trzeba przyznać, że robią wrażenie. Warto je zobaczyć szczególnie nocą, gdy są pięknie podświetlone. Jest jednak coś jeszcze, co bardzo razi. Na obu brzegach rzeki aż roi się od pomników. Małych, dużych i przesadnie wielkich pomników. Stoją samotnie i w grupach. Pieką się w słońcu lub mokną oblewane wodami fontann. W życiu nie widziałem tylu pomników na tak małej przestrzeni. Chociaż same w sobie nie są takie straszne, to głupio to wygląda, gdy fotografując jeden pomnik w kadr wchodzą dwa inne. Przypomina to raczej muzeum pomników. Zrobił się z tego straszny kicz. Na dwóch głównych placach, naprzeciw siebie stoją te najważniejsze, czyli Filip II i Aleksander Wielki. Obydwa zostały oprotestowane przez Greków, bo to przecież greccy wojownicy. Macedończycy wypięli się jednak na Greków i oficjalnie nazwali je „Wojownik” oraz „Wojownik Na Koniu”. No i o co się Grecy czepiają? Zupełne przegięcie z tymi pomnikami. Czy ktoś w ogóle policzył ile ich tam jest? Albo te dwa, piękne mosty dla pieszych spinające brzegi rzeki Wardar. Stoi na nich po dwadzieścia dziwnych postaci przypominających urzędników lub jakichś antycznych bohaterów. Stoją tam sobie bez żadnego sensu i ciężko odgadnąć jaka myśl popchnęła projektantów do ich ustawienia. Kicz, kicz i jeszcze raz kicz. Jakby tego było jeszcze mało, to w korycie rzeki budowane są właśnie... betonowe żaglowce! Będą trzy. Jeden już jest w zasadzie ukończony i wygląda tragicznie. Ktoś tu naprawdę przedobrzył. A mogło być tak pięknie.

reprezentacyjna część Skopje w dzień i w nocy
Skopje, miasto pomników
betonowe żaglowce w trakcie budowy i po ukończeniu

Na szczęście trafiamy też do innego Skopje. Nagle zamiast szerokich arterii, wielkich placów i wszędobylskich pomników, mamy ciasne uliczki i niskie budyneczki. Są sklepiki, restauracyjki i rzemieślnicy. Jest gwarnie i przyjemnie. Wreszcie znajdujemy miejsce, w którym można tanio i dobrze zjeść. Trafia nam się mały lokal z tradycyjnymi potrawami. Niektóre z dań widzimy pierwszy raz w życiu i nawet nie potrafimy ich nazwać. Smakują jednak wybornie. To taka turecka część miasta. Zupełnie inna, przyjemniejsza i bardziej ludzka. Mam nadzieję że nie zginie przygnieciona wielkimi gmachami i pomnikami. Niech trwa jak najdłużej.

„turecka” część Skopje

Powrót i podsumowanie

Następnego dnia rejsowy autobus zabiera nas do domu. Nie odbywa się to tak standardowo, jak by się mogło wydawać. Zamiast normalnego, dużego autobusu, w umówionym miejscu pojawia się kilkumiejscowy busik na macedońskich numerach i z macedońskim kierowcą. Ignorujemy go i mało brakuje, a by nas po prostu zostawili. Tymczasem okazuje się, że to tutaj normalna praktyka. Autobus jedzie z Grecji i jeśli ma opóźnienie, omija Skopje i zatrzymuje się na stacji benzynowej na autostradzie. Pasażerów ze Skopje dowozi miejscowy busik. I nieważne, że chętnych na podróż jest więcej niż miejsc siedzących. Nieważne, że mają ponadgabarytowy bagaż (rowery). Jakimś cudem wszystkich daje upchnąć się w środku i wywieźć za miasto.

Nasz bałkański miesiąc przechodzi do historii. Patrzymy na świat migający za oknami i na przemian wspominamy to, co właśnie się skończyło i snujemy plany kolejnych wyjazdów. Pokręciliśmy się po tych Bałkanach. To nie była droga z punku A do punktu B. Zrobiliśmy niezły szlaczek w poszukiwaniu najciekawszych dróg. Zresztą zerknijcie na mapę. Większego zygzaka nie mogłem już wymyślić. Ale tak to jest, jak celem podróży jest droga, a nie jakieś konkretne miejsce. A ciekawych dróg na tej wyprawie przejechaliśmy sporo.

Co dalej? Odchudzenie bagażu! Zaraziliśmy się zapomnianymi drogami i chcemy więcej. Sakwy nagle zaczęły nam przeszkadzać i uwierać jak znoszone buty. Na razie jeszcze nie potrafię tak po prostu rzucić ich w kąt. Przyzwyczaiłem się. Ale myśl kiełkuje i kierunek jest jeden: trzeba wozić mniej i lżejszego sprzętu. Wtedy może na wyprawach będzie więcej jeżdżenia, a mniej pchania? A może po prostu pchać będzie łatwiej?

Czy jeszcze kiedyś wrócimy na Bałkany? No pewnie! Mimo strasznie pokręconej trasy nadal nie przejechaliśmy wszystkich ciekawych dróg. Odkrywam je dzień po dniu. Piszę relację z tej wyprawy i w mapach Googla sprawdzam gdzie byliśmy. Za każdym razem odkrywam nową drogę, jadę nią wirtualnie, a w myślach już układa się plan następnej podróży. Tam jeszcze jest dużo do odkrycia, więc na pewno tam wrócimy. Nie wiadomo tylko kiedy.

koniec