Bałkany 2014

Bośnia i Hercegowina


pustkowia Bośni i Hercegowiny

Na jakiś czas żegnamy się z Chorwacją. Ostatnią noc spędzamy wśród pól. Na wyciągnięcie ręki mamy winogrona, melony i arbuzy. Z samego rana ruszamy w trasę i chwilę później przekraczamy granicę z Bośnią i Hercegowiną. To taki dziwny kraj. Został stworzony sztucznie z dwóch różnych narodów i dwóch zupełnie odmiennych kultur i religii. Jak oni tu się dogadują? Nie dogadują się. Chrześcijanie i muzułmanie żyją obok siebie, ale wieść niesie, że w każdym domu można znaleźć broń. Tolerują się, ale to, co popchnęło ich do wojny w 1992 roku nadal jest obecne. Bośnia i Hercegowina to naprawdę dziwny kraj. Kraj z olbrzymim bezrobociem i przerośniętą do granic możliwości administracją. Kraj zaminowany wzdłuż i wszerz. Na rozminowanie oczywiście brakuje pieniędzy. Tuż przed naszym przyjazdem Bośnię nawiedziła ogromna powódź. Zalała domy, drogi i co gorsze, przesunęła wiele ukrytych w ziemi min. To wszystko działo się jednak na północy i w centrum kraju. Nasza trasa prowadzi przez południowy skrawek państwa, czyli tylko przez Hercegowinę. Nie powinniśmy mieć kłopotu z minami.

Wzdłuż Trebižat

Początkowo jedziemy asfaltami, jakoś nie potrafiłem na tym odcinku znaleźć ciekawszej, szutrowej alternatywy. Drogi są jednak puste, więc jedzie się nam bardzo dobrze. Na pierwsze niezwykłe miejsce trafiamy zupełnie przypadkiem. Dojeżdżamy do zaporowego jeziora, które... nie ma zapory. Zamiast zapory mamy górę. Woda płynie podziemnym tunelem? A jakże! Po drugiej stronie góry znajduje się elektrownia wodna. Ciekawie wygląda wieża będąca awaryjnym przelewem wody z jeziora, gdyby jego stan podniósł się za wysoko. Chciałbym to zobaczyć, jak z budowli przypominającej wieżowiec wylewają się masy wody. Ale elektrownia to nie wszystko. Znajdują się tu źródła rzeki Tihaljina. Mówiąc dokładniej, to nie jest Tihaljina, a Trebižat, który akurat na tym odcinku nazywa się Tihaljina. Trebižat to taka bardzo nietypowa rzeka. To pojawia się, to znika gdzieś pod ziemią, potem znów pojawia się w innym miejscu pod inną nazwą. W sumie tych nazw jest aż dziewięć, ale to ciągle jest jeden i ten sam Trebižat. Tu, gdzie teraz się znajdujemy, spod potężnej góry wypływa odcinek zwany Tihaljina. Od razu jest to całkiem spora rzeka, ale nie płynie jednym korytem, a rozlewa się na wiele mniejszych, lawiruje, tworzy wodospady, przeciska się między głazami. Dawniej w tym miejscu były jakieś młyny, po których pozostały ruiny i one też dokładają swoje do malowniczości rzeki. Oprócz tradycyjnych wodospadów mamy też te sztuczne, gdzieś tam woda przepływa pod budynkiem, a w innym miejscu płynie akweduktem. Miejsce jest bajkowe i zupełnie zapomniane. Stworzono tam nawet jakieś alejki spacerowe, ale nie spaceruje nimi nikt. W internecie też próżno szukać informacji o tym miejscu. Nawet zdjęć nie ma w sieci za wiele. Ot, taka mała, nieodkryta jeszcze perełka.

wywierzysko rzeki Tihaljina

Trebižat na całej swojej długości jest bardzo ciekawą rzeką, ale jeden punkt jest wyjątkowy. To wodospady Kravica. Już podczas ostatnich moich odwiedzin na Bałkanach słyszałem o tych wodospadach. Że piękne, że puste, że trudno je znaleźć, że gdzieś tam na odludziu jest takie baśniowe miejsce, którego nikt nie zna. Nie pojechaliśmy tam wtedy. Prawdę mówiąc nie wiedzieliśmy nawet gdzie ich szukać. Dziś jest inaczej. Dziś wiemy co i gdzie się znajduje. Dziś wszyscy to wiedzą. Trafiamy prosto do wodospadów. Drogę mamy asfaltową, chociaż jeszcze dwa lata temu był to gruntowy trakt. Na końcu drogi znajdujemy ogromny parking, autokary i tłumy ludzi. Jak to niewiele czasu potrzeba, by z zapomnianego miejsca zrobić atrakcję turystyczną. Kamiennym chodnikiem zjeżdżamy w dół. Wodospady są wspaniałe. Rzeka rozlewa się tu bardzo szeroko i wieloma kaskadami sięgającymi 25 metrów wpada do jeziora. Wszędzie pełno ludzi. Chodzą, kąpią się, robią sobie zdjęcia, siedzą przy stolikach i sączą piwo. Każdy wolny skrawek ziemi zamieniony jest na bar. Są miejsca, w których woda podchodzi wprost pod stoliki. Ciężko się przez to wszystko przepchnąć. Wodospady nadal są piękne, nadal można się za darmo i bez ograniczeń pod nimi kąpać, ale komercja pochłania je coraz bardziej. Wkrótce będzie jeszcze gorzej. Spoglądając w dół rzeki widać ogromny most budowanej właśnie autostrady. Jeszcze trochę, a szum wodospadów będzie konkurował z szumem samochodów. Czyżbyśmy trafili tu w ostatnim momencie? Czyżby to, co właśnie oglądamy, to była granica między "jak tu pięknie" a "jak tu okropnie"? W pobliżu wodospadów zostajemy na noc. Wystarczyło odjechać 200 metrów dalej i mamy ciszę, czystą rzekę i piękne miejsce pod namiot.

wodospady Kravica i nocleg nad Trebižat

Przez pustkowia do Trebinje

No tak, ale miała to być przecież podróż off-road, a my tu asfaltami pomykamy. Terenu jak dotąd nie było za wiele. A więc czas na zmianę. Za miastem Čapljina zjeżdżamy w końcu z asfaltu i wbijamy się w starą drogę przez płaskowyż. Droga okrąża Hutovo Blato, unikalne mokradła na których gniazduje ponad 200 gatunków ptaków. W 1995 roku utworzono tam park narodowy i pozostawiono ten zakątek wyłącznie przyrodzie. My objeżdżamy go dookoła i podziwiamy patrząc na niego z góry. Jedziemy starą, nieużywaną już drogą. Początkowy asfalt szybko ustępuje miejsca kamieniom. Mijamy resztki wiosek, których po wojnie nikt nie odbudował. Otaczają nas karłowate drzewka i kolczaste krzaki. Tylko tyle było w stanie przetrwać na tym suchym płaskowyżu. I to wszystko rzut kamieniem od pełnych krystalicznie czystej wody mokradeł.

wokół Hutovo Blato

Mijają godziny, a droga się nie zmienia. Wciąż kamienie, po których nie da się jechać. Coraz częściej pchamy rowery. Na jakimś zjeździe Grażynka zalicza wywrotkę. Powoli zaczyna doskwierać nam brak wody, ale nie mamy wyjścia, musimy ciągnąć dalej. Na mapie widzę, że już niedługo dojedziemy do asfaltu i do wsi. Liczę na to, że tam nabierzemy wody. Wieś okazuje się zupełnie opuszczoną ruiną. Wody brak. Stawiamy namiot wewnątrz dawnego sklepu. Jego ściany ozdobione są odpryskami od kul, a w stropie widnieje potężna dziura. Kiedyś ktoś się tu musiał zaciekle bronić.

nocleg w ruinach

Następnego dnia mamy dylemat. Jechać dalej? Przed nami góry, może i niewysokie, ale na pewno suche. Mamy się w nie zapuścić bez kropli wody? Ryzykujemy. Najwyżej zawrócimy. Przejeżdżamy może ze dwa kilometry, gdy nagle widzimy jadący z przeciwka ciągnik. Dwóch mężczyzn z ciągnika jest tak samo zdziwionych naszym widokiem, jak my ich. Chcą wiedzieć dokąd jedziemy, przecież dalej nie ma już drogi. A my chcemy tylko wiedzieć, czy gdzieś dalej jest woda. Twierdzą, że wody nie ma, ale oni mają przy sobie wodę i chętnie się nią dzielą. Po tym debatują między sobą czy damy radę przejechać. Któryś stwierdza, że auta dają radę, więc my na rowerach też powinniśmy. Jedziemy dalej. Wskazówki, jakie nam dali okazują się wyjątkowo precyzyjne. Droga znika w wysokiej trawie, ale jej ślad wciąż jest rozpoznawalny. Przedzieramy się na drugą stronę płaskowyżu i znów trafiamy na asfalt.

przez płaskowyż

Woda. Wciąż doskwiera nam brak wody. Co z tego, że mamy asfalt, jak ludzi i wody nadal tu nie ma? Jedziemy już tylko siłą woli. Przecież musimy w końcu gdzieś dojechać. I nagle pojawia się przed nami prawdziwa oaza. W tej bezludnej dziczy trafiamy na przydrożną restaurację. Jesteśmy uratowani! Zamawiamy baraninę, raczymy się piwem, a potem... wskakujemy do basenu! Tak, tak, ta restauracyjka ma nawet basen! Dwie godziny później znów jesteśmy na szlaku. Po raz kolejny zjeżdżamy z asfaltu i gubimy się w górach. Znów jest sucho, gorąco i samotnie.

basen w przydrożnym zajeździe

Przez góry prowadzi nas gps, ale miejscowi też czuwają. Jedziemy jakąś całkiem niezłą drogą, gdy dogania nas ciężarówka. Kierowca pyta dokąd jedziemy, po czym stwierdza, że tą drogą nie pokonamy gór. Droga kończy się w jakiejś wiosce. Żeby pokonać góry, musimy skręcić w boczną, dużo gorszą. Żebyśmy tego zjazdu nie ominęli, oznaczy go trzema kamieniami. Kawałek dalej, w miejscu, w którym gps pokazuje nam skręt w prawo, przy drodze leżą trzy kamienie...

przez góry do Trebinje

Droga do Trebinje okazuje się bardzo ciężka. Skacze z kotliny w kotlinę, aż można się pogubić ile tych kotlin już było. Podjazdy są tak strome, że obładowanymi rowerami nie jesteśmy w stanie ich pokonać. A więc pchamy ten nasz złom pod górę, by potem ostrożnie zjechać w dół. Gdzieś tam po drodze wkręcam patyk w tylną przerzutkę i wyginam hak. Jakoś udaje mi się to naprostować, ale precyzja zmiany biegów przechodzi do historii. I tak dobrze, że nie pękł. O złapanych gumach nie ma co pisać. Już 6 razy łatałem dętki w swoim rowerze i 3 razy w rowerze Grażynki. A to przecież początek wyprawy! W tym tempie za kilka dni zabraknie nam łatek!

Tego dnia nie dojeżdżamy do Trebinje. Gdzieś tam po drodze, wśród niesamowitych, pustych gór wypada nam kolejny nocleg. Dookoła nas nie ma żadnych świateł, nie słychać żadnych odgłosów. Jesteśmy tylko my i nasz mały namiocik stojący pod rozgwieżdżonym niebem.

Na szczęście w tej części gór udaje nam się czasem trafić na wodę. Nie są to naturalne strumienie, tylko studnie, albo nawet zbiorniki na deszczówkę. Przy każdym jest jednak jakieś wiadro i lina, więc można sobie tej wody nabrać.

przez góry do Trebinje

W końcu docieramy do Trebinje. Po prawie trzech dniach kamieni, kurzu i gór znów zjeżdżamy do cywilizacji. Nie wiem czy Trebinje naprawdę jest takie ładne, czy tylko nam się tak podoba, bo tak bardzo kontrastuje z górami, które właśnie przejechaliśmy. Krążymy po wąskich, zacienionych uliczkach, zjeżdżamy nad rzekę. Mówiąc krótko - odpoczywamy. Nie czekamy jednak do nocy. Po krótkim postoju w mieście ruszamy dalej i wieczorem jesteśmy z powrotem w Chorwacji.

Trebinje