Bałkany 2014

Dubrownik i Czarnogóra


Dubrownik

Dubrownik

Po raz drugi na tej wyprawie wjeżdżamy do Chorwacji. Chcemy odwiedzić Dubrownik, najpiękniejsze miasto w tej części świata. Mówcie sobie, co chcecie. Że tłum. Że komercja. Że ceny z kosmosu. Dubrownik jest najpiękniejszy i na przekór wszystkiemu i tak warto go zobaczyć. Zjeżdżamy do niego prosto z gór. Podziwiamy Dubrownik już z daleka, pod wieczór, gdy niebo staje się coraz ciemniejsze, gdy coraz trudniej odróżnić je od wody, a miasto zamienia się w wyspę świateł. Następnego ranka, stojąc dokładnie w tym samym miejscu mamy zupełnie inny widok. Patrzymy na czerwone dachy i bezkresne, błękitne morze, na którym połyskują większe i mniejsze łódeczki. Widzimy nawet grupki kajakarzy opływających miasto i znikających za wyspą Lokrum. Jeszcze chwila i przekraczamy bramy Dubrownika. Rowery zostawiamy gdzieś w zaułku i zapuszczamy się w malownicze uliczki. Tam, gdzie tłum, komercja i drożyzna. Przez to wszystko ciężko gdzieś przysiąść, ciężko coś kupić, ale z jednej rzeczy nie można zrezygnować, ze spaceru po koronie murów miejskich. Wstęp kosztuje w przeliczeniu jakieś 60 zł od osoby, ale naprawdę warto. Spacerowałem już tymi murami 10 lat temu, ale i tym razem z chęcią tam idę. Zresztą Grażynka jest w Dubrowniku pierwszy raz, więc przede wszystkim chcę jej pokazać miasto takie, jakie zapamiętałem i jakim się zauroczyłem.

W Dubrowniku spędzamy prawie cały dzień. Dopiero pod wieczór ruszamy dalej i nocleg znajdujemy już po ciemku tuż przed granicą z Czarnogórą. Miejsce mamy fajne, w czymś na kształt ogródka. Wokół nas rosną winogrona, pomidory i papryka. Jest tu nawet podciągnięta woda. Luksus jak się patrzy. Aż dziwne, że w takie miejsce trafiamy w nocy, skręcając po prostu w ostatnią ścieżkę, jaką widzimy tuż przed posterunkiem granicznym. Rano odwiedza nas właścicielka. Jest zaskoczona naszym widokiem. Strasznie krzyczy, straszy policją, ale na odchodne obdarowuje nas pomidorami. I to w takiej ilości, że nie wiemy gdzie je zapakować.

Boka Kotorska

Nasza dalsza trasa wiedzie przez Czarnogórę. Na początek objeżdżamy od północy Bokę Kotorską. Nie wiem czy to był dobry pomysł. Można było skrócić sobie drogę promem w Kamenari. Promy kursują tam tak często, że nawet pięciu minut nie trzeba czekać, ale i tak jedziemy dookoła. W rezultacie objazd zatoki zajmuje nam cały dzień. No, oczywiście trzeba odliczyć dłuższy postój w Herceg Novi, gdzie wśród ruin cytadeli, która w 1979 roku runęła do zatoki, zrobiliśmy sobie przerwę na kąpiel. Swoją drogą to bardzo urocze miejsce. Nawet znalazłoby się tam miejsce na namiot, gdyby ktoś chciał przenocować na dziko nie wyjeżdżając z miasta.

Herceg Novi
Perast

Kotor tradycyjnie piękny, ale jesteśmy tam za późno. Zwiedzamy starówkę bardziej myśląc gdzie znaleźć nocleg niż zachwycając się samym miastem. Kotor wcisnął się w jedyną wolną przestrzeń między pionową górą a zatoką i miejsca pod namiot nie ma tam nawet sensu szukać. Ruszamy dalej od razu pnąc się w górę. Jest już po zmierzchu. Szkoda mi widoków, jakie nam uciekną robiąc ten podjazd w ciemności, ale gdzie tu zatrzymać się na noc? I nagle olśnienie. A może tak w apartamencie z widokiem na całe miasto? Akurat mijamy jeden. Jest co prawda w trakcie budowy, ale mamy weekend i próżno szukać tam robotników. Cichutko wślizgujemy się do środka i zajmujemy jeden z pokoi. Widok mamy przepiękny. Pewnie za rok za ten sam widok trzeba będzie słono zapłacić, a my to dzisiaj mamy za darmo. Siedzimy z piwem w ręku i delektujemy się panoramą. Naszą sielankę przerywa dozorca, który pojawia się w drzwiach jak zjawa. A może to my wyglądamy jak zjawy? Dozorca boi się nas bardziej niż my jego. Gdy wstaję, robi dwa kroki do tyłu. Coś mówi, ale nic nie rozumiem. Gdy próbuję wytłumaczyć sytuację gestykulując rękami, cofa się jeszcze bardziej. W końcu udaje mi się nawiązać z nim nić porozumienia. Mówię, że jesteśmy w podróży. Zmyślam, że jedziemy aż z Polski i zmierzamy gdzieś strasznie daleko. Rano już nas tu nie będzie. Chce wiedzieć konkretnie. Rano, czyli o której? Mówię, że o szóstej, chociaż wcale nie zamierzam tak wcześnie wstawać. Uspokaja się i odchodzi. Wraca punktualnie o szóstej robiąc nam pobudkę. Nie pozostaje nam nic innego, jak zwinąć namiot i ruszyć w drogę. Po raz pierwszy tak wcześnie. Przydałby się nam taki dozorca codziennie, więcej byśmy przejechali, a może i jakiś wschód słońca zobaczyli? Na odchodne daję dozorcy jeszcze kilka euro. Mimo pobudki, nocleg był tego wart.

Z samego rana podjeżdżamy najpiękniejszą drogą w okolicy. Obserwujemy jak słońce powoli wznosi się ponad góry i zaczyna zaglądać do zatoki. Jego promienie liżą wodę, odbijają się od pływających łódek i w końcu sięgają aż do Kotoru. Robi się cieplej. Dopiero wtedy rozsiadamy się na skałach i szykujemy śniadanie. Widok mamy stąd niesamowity. Zresztą cała ta droga jest niesamowita. Jakieś 25 serpentyn, które wynoszą nas coraz wyżej i z każdym zakrętem oferują coraz to szerszy i bardziej zachwycający widok. Gdy w końcu udaje nam się pokonać te wszystkie ochy i achy, gdy już mamy uwieczniony ten podjazd na dziesiątkach zdjęć, wtedy trafiamy w zupełnie inny świat. W zieloną, żyzną dolinę słynącą z wędzonej szynki i sera z krowiego mleka. Małe sklepiki i stoiska oferujące te specjały spotykamy co kawałek.

Boka Kotorska

I znów pniemy się wyżej. Dolina Njeguši kończy się kolejnymi serpentynami, którymi pokonujemy przełęcz Krstac. Za nią rozpościera się morze gór. Aż po horyzont widzimy tylko białe, wapienne szczyty porośnięte niską, spaloną przez słońce roślinnością. Wrażenie jest niezwykłe. Jak okiem sięgnąć same góry i żadnej, nawet najmniejszej wioski. Nie mogę dostrzec choćby śladu drogi, którą chcemy dalej jechać. Główna droga odbija tu na południe, do Cetinje. Nasza wykręca w drugą stronę i chowa się między górami. Aż do końca dnia ciągniemy starym, zniszczonym asfaltem. Pojedyncze samochody mijamy tak rzadko, że każdy z nich jest zaskoczeniem. Wioski to samotne domy zagubione pośród niczego. Wszędzie pusto, cicho i... tajemniczo. Czuję się, jakbyśmy wpadli w jakąś pętlę i ta droga, którą jedziemy donikąd nas nie zaprowadzi. Będzie tak wić się wśród pustkowi bez końca.

dolina Njeguši
przełęcz Krstac
droga w okolicy wsi Čevo

Kolejna noc i kolejny poranek. Ale ten jest inny od poprzednich. Chociaż słońce świeci, jak świeciło dotąd, chociaż upał jest taki, jaki był dotąd, to coś jest nie tak. Niebo mruczy nam nad głową. Będzie burza? Zwijamy obóz czy czekamy? Na razie czekamy. I czekamy. I czekamy. I się doczekujemy. Nagle jak nie lunie! Teraz to już na pewno nigdzie nie pojedziemy. Jak już zaczęło padać, to wcale nie ma zamiaru przestać. To, co dziś nadciągnęło, to wcale nie jest jakaś tam letnia burza. To konkretny front, który zmieni pogodę na bardzo długo. Niemal cały dzień siedzimy w namiocie. Dopiero po południu korzystając z chwilowej przerwy w opadach udaje nam się zwinąć namiot i skoczyć do Danilovgrad. Tam, siedząc w podłej budzie z hamburgerami przeżywamy kolejną nawałnicę. I to taką, która łamie drzewa, a ulice zamienia w rwące rzeki. Nasza budka też swoje obrywa. Woda leje się przez dach i wdziera do środka przez nieszczelne drzwi. Pod wieczór uciekamy z miasta, ale nie jedziemy już daleko. Gdy trafiamy na zadaszoną wiatę z betonową posadzką postanawiamy zostać tam na noc. I dobrze robimy, bo przez całą noc przewalają się nad nami kolejne burze.

Przez następne dni naszym największym problem staje się pogoda. Będzie padać, czy nie będzie? Uciekniemy przed deszczem czy zmokniemy? Na razie uciekamy. Monastyr Ostrog zwiedzamy nawet w delikatnym słońcu. Monastyr słynie z cudów, więc to słońce akurat w tym momencie, to chyba cud. W każdym razie mamy okazję podziwiać białe ściany klasztoru wkomponowane w pionową skałę. Z daleka robi to spore wrażenie, z bliska już takie efektowne nie jest. Zresztą do zwiedzania wiele nie ma. To miejsce dla pielgrzymów, nie turystów i po krótkim pobycie ruszamy dalej na północ, znów zmagając się z deszczem.

schody do monastyru Ostrog
monastyr Ostrog

Durmitor

Jedziemy w Durmitor, w najpiękniejsze góry Czarnogóry. Plan był taki, by nie jechać tak, jak wszyscy, by nie jechać tak, jak ja jechałem poprzednim razem. Przez Durmitor prowadzą też inne drogi, gruntowe, nieznane, malownicze. Właśnie nimi chcieliśmy pokonać góry. Niestety, wyszło, jak wyszło. Deszcz, zimno, ciemno. Nie ma co się pchać na drogi, które mogą okazać się po prostu nieprzejezdne. Zostajemy na asfalcie. Jedziemy tradycyjnie przez Plužine, przejeżdżamy mostem nad zaporowym jeziorem Pivskim i skręcamy w boczną dróżkę wspinającą się serpentynami w górę. To dokładnie ta sama droga, którą jechałem poprzednio. Trochę się zmieniła przez te 10 lat. Widać, że tu i tam ją odgruzowano, wygrzebano miejsca postojowe, gdzieś po drodze zbudowano punkt widokowy z wiatą, ale w gruncie rzeczy wciąż jest tak samo malownicza, jak była. Tylko pogoda jest gorsza. Końcówka podjazdu to już regularna ulewa. Mimo deszczu ciągniemy do wioski Trsa. Pamiętam, że można było tam znaleźć nocleg, a dziś jesteśmy tak zziębnięci, że przydałby się dach nad głową. Przydałby się, ale nie za każdą cenę! W jednym domu chcieli 15€ za łóżko, w drugim nie było wolnych miejsc, bo całość zajęli motocykliści, ale mieli jeszcze kilka nieogrzewanych bud dla psa za 10€ od osoby. Przegięcie. Odwracamy się na pięcie i jedziemy na halę. Mina panienki oferującej nocleg - bezcenna. Była pewna, że przy tej pogodzie nie musi schodzić z ceny, bo i tak zostaniemy, a tymczasem to ona zostaje bez kasy w otwartych drzwiach. Tymczasem my tuż za wioską stawiamy namiot, przebieramy się w suche ciuchy, wchodzimy do suchych śpiworów i śpimy spokojnie za 0€. I po co w ogóle pytałem o nocleg?

droga w Durmitor
nocleg w pobliżu Trsa

Poranek w miarę pogodny. Nie, deszczowe chmury wcale nie ustąpiły, ale chwilowo się wypadało. Na moment nawet wygląda słońce pozwalając wysuszyć namiot i ciuchy. Przed odjazdem odwiedza nas jeszcze pasterz na koniu, pozdrawia i częstuje cukierkami. Miło. Wracamy na drogę. Jedyną, asfaltową drogę przecinającą Durmitor. Asfaltowa to ona jest dopiero od kilku lat. Gdy jechałem tędy poprzednim razem, był tylko szuter i kamienie. Obawiałem się, że tym asfaltem zepsuli cały klimat Durmitoru. Nic podobnego. Droga jest taka sama, jak była, wąska, kręta, widokowa. Zmieniła się tylko nawierzchnia. Nie zepsuli jej poszerzaniem, prostowaniem czy budową barierek. Trochę mnie dziwi budowa tej drogi. Durmitor jest parkiem narodowym i jako taki powinien być chroniony. Bardziej spodziewałbym się zamknięcia drogi, niż jej przebudowy. Jak widać ochrona przyrody nie zawsze musi oznaczać zakaz wjazdu samochodami.

Durmitor

Jedziemy przez Durmitor podziwiając rozległe hale i łyse szczyty. W tych górach, chociaż nie są ani najwyższe, ani najrozleglejsze, wyjątkowo czuje się przestrzeń i pustkę. Ludzi nie spotykamy za wielu, od czasu do czasu miniemy się z jakimś samochodem i to wszystko. Z pewnością powodem jest deszczowa pogoda, która odbiera wiele przyjemności z przejazdu tą drogą. Na początku dnia jeszcze było znośnie, potem wracają znane nam opady, by pod wieczór przerodzić się w ulewę.

Jezioro Plavsko

Następny dzień i nic się w pogodzie nie zmienia. Jeśli już, to na gorsze. Leje przez cały dzień. Jedziemy w górę rzeki Tušinja, gdzie w wiosce Krna Jela zaplanowałem kolejne odbicie w zapomniane, szutrowe drogi. Zatrzymujemy się przed właściwym skrętem, ale brak w nas animuszu. Jest zimno, mokro i ciemno. Żadne z nas nie ma ochoty wbijać się teraz w góry. Siadamy z powrotem na rowery i ciągniemy dalej asfaltem. Przed nami tunel Semolj. To najprostsza droga, by wydostać się z tej ponurej doliny. Tunel porzucono w trakcie budowy i nigdy nie został ukończony, ale mam nadzieję, że rowerami uda się go pokonać. Wejście odnajduję bez problemu. Jest zarośnięte, ale wiedząc, w którym miejscu się znajduje, nie można się pomylić. Z wielkiej, czarnej dziury w ziemi wypływa potok. Tunel jest zalany. Przy wejściu wody jest tak gdzieś do kolan, może dalej jest lepiej, ale nie chcę tego sprawdzać. Nie będzie tunelu, będzie 400 metrów podjazdu na przełęcz.

Droga jest pusta. Gdyby nie deszcz, powiedziałbym nawet, że piękna, ale dziś staje się naszym przekleństwem. Temperatura powietrza spada poniżej 10°C. Najgorszy jest zjazd. Tak nas wyziębia, że ledwo żyjemy. Trzymamy się kurczowo klamek hamulcowych, bo każde rozpędzanie roweru oznacza wychłodzenie organizmu. Nie ma gdzie się zatrzymać, nie ma gdzie się ogrzać. Można się przebrać w suche rzeczy, ale pomaga to tylko na chwilę, a zostawia po sobie kolejny komplet mokrych szmat. Mimo wszystko do wieczora udaje nam się pokonać cały zjazd, aż do miejsca zwanego Mioska. Ciężko nazwać to wioską, bo znajduje tam się tylko jeden zamieszkany dom, jeden czynny bar i dwa zamknięte. Pod zadaszeniem jednego z tych zamkniętych barów stawiamy namiot.

nocleg pod zadaszeniem nieczynnego baru w Mioska
Kolašin, wodopój w drzewie

Słabo to widzę. Od tygodnia leje nam dzień w dzień. Każdego ranka budzimy się z nową nadzieją, ale nic się nie zmienia. Znów mamy do pokonania przełęcz i znów robimy ją w deszczu. Tym razem na dokładkę łapię jeszcze na podjeździe gumę. Łatając dętkę jeszcze się jakoś ruszam, ale Grażynka stojąc z boku i moknąc wychładza się okrutnie. Po drugiej stronie przełęczy jest ledwie żywa z zimna. Nie jesteśmy przygotowani na takie warunki, a w szczególności na tak niską temperaturę. Nie ma wyjścia, nie pojedziemy dalej. W przypadkowym miejscu stawiamy namiot i koczujemy do rana.

Dość. Trzeba się w końcu wygrzać i wysuszyć. Następnego dnia podjeżdżamy kawałek do jeziora Plavsko i wynajmujemy domek campingowy. Nie jest tani, kosztuje 25€ za noc, ale tym razem jest nam to wyjątkowo potrzebne. Mamy bardzo niskie morale i rozładowane prawie wszystkie akumulatory. To idealny moment, by naładować siebie i elektronikę. Jesteśmy tuż przed granicą z Albanią. Przed nami jedna z piękniejszych albańskich dróg. Nawet nie chcę myśleć, że ją też będziemy musieli przejechać w deszczu. Po następnym dniu nieprzerwanych opadów postanawiam zostać w tym domku jeszcze jedną noc. Niech to się w końcu wypada!

wynajęty domek nad jez. Plavsko
jezioro Plavsko