Bałkany 2014

Albania, wzdłuż Drinu


Albania, Czarny Drin

Drin jest najważniejszą rzeką północnej Albanii. Jego źródeł można szukać w Kosowie (Biały Drin) lub w Macedonii (Czarny Drin). Obie rzeki łączą się w pobliżu Kukës i pod wspólną nazwą Drin płyną w kierunku Szkodry. Przez wieki Drin był rwącą rzeką przedzierającą się przez góry głębokimi dolinami. Wszystko zmieniło się w latach 60. XX wieku. Podjęto wtedy decyzję o budowie systemu hydroelektrowni, które miały uniezależnić Albanię od dostaw prądu z zagranicy. Plan się powiódł. Górski odcinek Drinu przecięły dwie zapory, które nawet dzisiaj dostarczają 90% energii elektrycznej zużywanej w Albanii. Zapory nie są największe, ani najwyższe, ale do zapewnienia odpowiedniej mocy elektrowniom wcale nie musiały takie być. Wody rzeki zostały zamknięte w wąskie i kręte jeziora, ale za to długie na kilkadziesiąt kilometrów. Efektem ubocznym budowy zapór było całkowite zniszczenie głównych dróg w tym rejonie. Pisałem już wcześniej o Theth, które zostało pozbawione jedynego sensownego dojazdu. Podobny los spotkał wiele innych mniejszych osad. Albania w ubiegłym wieku nie inwestowała w drogi, nawet w te ważniejsze. Droga ze Shkodry do Kukës zamiast doliną pobiegła przez góry i często zimą stawała się nieprzejezdna. Do odciętych od świata wiosek prowadziły takie ścieżki, że tylko osły mogły je pokonać. Jako środka komunikacyjnego zaczęto używać łodzi pływających po zalanych dolinach. I tak jest tutaj do dzisiaj. Ludzie sobie jakoś radzą, a my mamy okazję przepłynąć się statkiem po zaporowym jeziorze.

Jezioro Koman

Opuszczamy Shkodrę i kierujemy się w górę Drinu. Jest trochę późno, ale postanawiamy jechać tak długo, aż dojedziemy do celu. Łodzie ruszają tylko raz dziennie, z samego rana, więc do tego czasu musimy być na przystani. Zachód słońca wypada nam nad jeziorem Vau i Dejës. Ono tez jest zaporowe, ale to jeszcze nie ta zapora i nie to jezioro. Jedziemy dalej. Droga strasznie kręci i pokonuje jakieś wzniesienia. To w górę, to w dół. Robi się ciemno. Całkiem ciemno. W nikłym świetle diodowych lampek nie widać już drogi, nie widać dziur i kałuż, które czasem rozlewają się na całą szerokość drogi. Miejscami w ogóle zaczyna brakować asfaltu. Chcemy spać na samej przystani. Liczymy, że znajdzie się tam kawałek miejsca na namiot, lub chociaż śpiwór. Okazuje się, że przed przystanią jest jeszcze most nad rzeką, a obok niego camping. Długo się nie zastanawiamy. Jest noc, nie wiemy jak wygląda przystań, a tu przynajmniej nocleg mamy pewny. Nie ma co kombinować, zostajemy.

zachód słońca nad jeziorem Vau i Dejës
camping "Natura" w Koman

Camping jest całkiem przyjemny i niedrogi. Za namiot i dwa rowery (liczą to oddzielnie) płacimy ledwie 4€. Jest tu też hotel, a jego pokoje znajdują się... pod mostem. Od tej pory jak tylko usłyszę, że ktoś mieszka pod mostem od razu będzie mi się przypominał ten albański hotel. Na campingu nocuje grupka Polaków. Rejs stateczkiem mają już za sobą, więc zaciągam języka. Prom samochodowy nie kursuje. W ogóle. Zawieszono jego rejsy w 2012 roku i do dzisiaj nie wznowiono. Po jeziorze pływają małe łódki dla miejscowych i jeden stateczek dla turystów. Tylko, że ceny biletów są jakieś chore. Rejs w jedną stronę kosztuje 5€. Można popłynąć z rowerem za 10€ lub z motorem za 25€, ale na pokładzie zmieszczą się maksymalnie trzy motory. No cóż, drogo, ale płyniemy.

Od campingu do przystani są jeszcze 3 km. Najciekawsza jest końcówka tej drogi, gdyż prowadzi w tunelu. Wyjeżdżamy z niego bezpośrednio na przystań. Chcieliśmy tu spędzić noc, ale dobrze, że wcześniej trafiliśmy na camping. Przystań to mały placyk wciśnięty między wodę a pionowe skalne ściany. Są do nich przyklejone budynki kasy i restauracji. Miejsca na spędzenie nocy nie ma żadnego. Chociaż, jeśli byłaby taka konieczność, to pewnie gdzieś byśmy się rozłożyli. Może nie z namiotem, ale dwa leżące gdzieś w kącie śpiwory nie powinny wzbudzić sensacji. Trochę tylko straszy napis "hotel" na jednej z szyb. Głupio tak spać na dziko pod drzwiami hotelu.

przystań Koman

Kupujemy bilety i pakujemy się na pokład. Łódka nie jest wielka, może zabrać jakieś 30 osób na dolnym pokładzie i z 10 na górnym. Jest zimno, więc pakujemy się na dół. I to jest błąd. Jeśli chcecie zobaczyć jezioro Koman, to od razu zajmujcie górny pokład. Z dołu niewiele widać, a podczas rejsu nie pozwalają wchodzić na górę ze względu na stateczność łódeczki. Jeśli nikt z góry nie zejdzie na dół (a nie zejdzie, bo po co), to nikt z dołu nie wejdzie na górę. Niefortunnie zostajemy na dolnym pokładzie. Miałem nadzieję, że wyjdę sobie na dziób i stamtąd popatrzę na jezioro, ale tuż przed odpłynięciem pakują tam trzy motory i całkowicie tarasują wyjście. Utknęliśmy. Z rejsu mającego być atrakcją turystyczną zrobił nam się zwykły transport do Fierzë.

W przewodnikach jezioro Koman porównują do norweskich fiordów. Coś w tym jest. Jezioro jest bardzo wąskie, a otaczające je góry mają z 1000 metrów wysokości. Dolne partie są zalesione, ale ponad nimi wystają suche, skaliste szczyty. Raz po raz wyłaniają się boczne odnogi, które kiedyś były dolinami innych rzek. Któraś z tych odnóg to dawna dolina Shalë prowadząca do Theth. Z promu nie widać żadnych dróg przecinających góry, a jednak ludzie tam mieszkają. Razem z nami w podróż wyruszył drugi stateczek, ale nie z turystami, tylko z miejscowymi. Też jest pełen ludzi, a do tego wiezie stos worków z towarami. Przez pierwsze kilometry płynie razem z nami, a potem przybija gdzieś do brzegu. Nie widzę tam żadnej przystani czy choćby pomostu. Ale widocznie był na pokładzie ktoś, kto akurat tu chciał wysiąść. Drugi stateczek szybko zostaje w tyle i ginie nam z oczu, ale miejsca, w których czekają na jego przybycie widzimy co kawałek. Widzimy też inne łódki z ludźmi i towarami kręcące się po jeziorze i cumujące do brzegów. Zadziwiająco duży ruch, jak na te kilka domów, które udaje nam się dostrzec na obu brzegach.

rejs przez jezioro Koman

Rejs z Koman do Fierzë trwa trzy godziny. Najpiękniejszy jest środkowy odcinek, czyli miejsce, w którym góry są najwyższe, a jezioro najbardziej kręte. Później zaczyna się trochę dłużyć. Pod koniec rejsu ciężko na czymś zawiesić wzrok. Przebijamy się przez tony śmieci pływające po jeziorze. To w Albanii norma. Tu nie ma koszy, tu wszystko ląduje na ziemi, a w najlepszym razie jest wyrzucane do rzeki. Woda gdzieś te śmieci zabiera. Gdzieś, czyli do najbliższego zaporowego jeziora. Tam już zostaną na wieki. Przed samym Fierzë widzimy jeszcze dwa pordzewiałe promy samochodowe przycumowane do brzegu. To właśnie one obsługiwały kiedyś to połączenie. Nie wiadomo czy jeszcze wrócą na swoją trasę. Docieramy do Fierzë. Rejs się kończy. Stateczek ma tutaj dwie godziny postoju, po czym wraca do Koman. My robimy sobie obiad nad brzegiem jeziora, a potem ruszamy dalej.

Jezioro Fierzë

Zaraz za małą osadą Fierzë kończy się jezioro Koman i wznosi kolejna zapora, która spiętrza wody następnego jeziora. Żadne promy tędy nie pływają. Drogi wzdłuż jeziora też nie ma. Żeby pojechać do Kukës trzeba wbić się w góry. Najkrótsza droga prowadzi po południowej stronie jeziora i jest zawieszona bardzo wysoko. Do tego kręci, trawersuje zbocza i okrąża każdą boczną dolinkę. Jezioro (które też jest kręte) ma 40 km długości, ale ciągnąca się w tym samym kierunku droga ma grubo ponad 100 km. Z drogi czasem widać jezioro, ale przeważnie jesteśmy za daleko i tylko po kształcie terenu czujemy jego obecność.


wzdłuż jeziora Fierzë

Nie tylko my dzisiaj jedziemy wzdłuż jeziora Fierzë. Na podjeździe spotykamy Przemka z Saszką (blog Przemka)(blog Saszki) oraz Nicka i Lael (blog Nicka)(blog Lael). Właściwie to spotkaliśmy ich już wcześniej, na drodze SH20. Pędzili wtedy w przeciwną stronę zjeżdżając asfaltem w dolinę Ljimi i Cemit. Czasu starczyło co najwyżej na podniesienie ręki w geście pozdrowienia i tyle ich widzieliśmy. Przez ostatnie dni odwiedzili Czarnogórę i Kosowo, potem wjechali do Albanii i zagłębili się w dolinę Valbonë, która leży dokładnie po drugiej stronie Theth. Oddziela je tylko nieprzejezdna przełęcz Denellit. Teraz jadą do Kukës.

Nick i Lael pochodzą z USA i podróżują rowerami po całym świecie. Ich wyprawy trwają po kilka miesięcy. Teraz są w drodze z Austrii przez Słowację, Polskę, Ukrainę, Rumunię, Serbię, Czarnogórę, Kosowo i Albanię, a przed nimi są jeszcze Macedonia i Grecja, a później cała Afryka. Przemek jest Polakiem i wraz ze Słowenką, Saszką towarzyszą im na bałkańskim odcinku wyprawy. Podczas podróży starają się unikać asfaltów i podobnie jak my szukają trudnych, kamienistych dróg. Różnica między nimi, a nami polega jednak na rowerach. Ja z Grażynką jedziemy tradycyjnie, z sakwami, a oni spakowani są minimalistycznie, wyłącznie w torby mocowane pod siodełkiem, kierownicą i w trójkącie ramy. Czytałem już o takim sposobie pakowania, ale nigdy tego nie widziałem na żywo. Nawet mi przez myśl nie przeszło, że tak spakowanym rowerem można wyruszać w długie podróże. Jakieś jedno, albo dwudniowe wypady jak najbardziej, ale wyjazd na kilka miesięcy? Ta czwórka kompletnie rozwala mój pogląd na sakwiarstwo. Jak widać można tak jeździć. Od tej pory w mojej głowie zaczynają się kotłować myśli jak ograniczyć bagaż i zrezygnować z sakw. Przecież jazda po tych bałkańskich dziurach byłaby o wiele przyjemniejsza, gdyby nie trzeba było taszczyć z sobą sakw. Nawet przeniesienie roweru czy jego prowadzenie jest prostsze, gdy nie przeszkadzają sakwy. Po tym co zobaczyłem w Albanii nie chcę już rezygnować z bezdroży, natomiast bardzo chętnie zrezygnowałbym z sakw.


od lewej stoją: Nick, Lael, Przemek, Saszka, Grażynka i Robert

Nick i Lael zachowują się w podróży bardzo swobodnie. Nie jedziemy zwartą grupą, często nas wyprzedzają i potem gdzieś czekają. A gdy dojeżdżamy do wioski w której siedzą, zawsze pierwsze co widzimy, to jakichś miejscowych dzieciaków jeżdżących na ich rowerach. Oddają je bardzo chętnie i bez żadnych obaw. Noc, którą z nimi spędzamy jest podobna. Po prostu rzucają rowery na ziemię i to każdy w innym miejscu i zaszywają się w namiocie. Naprawdę nie boją się, że ktoś ich okradnie? Jakoś nasz, polski tok myślenia jest trochę inny. Boimy się nawet wejść do sklepu zostawiając niepilnowany rower, a tu proszę jaka beztroska!

Droga wzdłuż jeziora Fierzë jest asfaltowa, ale zupełnie pusta, więc jedzie się bardzo przyjemnie. Nick z Lael pognali gdzieś do przodu, a my z Przemkiem i Saszką snujemy się powoli z tyłu. Dnia nie zostało już wiele. Zaczynamy rozglądać się za noclegiem. I nagle podbiega do nas jakaś dziewczynka i zaprasza do swojego domu. Jesteśmy trochę sceptyczni, ale idziemy za nią. Jej matka również ochoczo nas zaprasza. Szybka konsultacja z naszymi dziewczynami i przyjmujemy zaproszenie. Dom, w którym się zatrzymaliśmy stoi samotnie na skarpie. Mieszka w nim małżeństwo z szóstką dzieci. Najbardziej rezolutna jest dwunastoletnia dziewczyna, która nas zaprosiła. Usiłuje rozmawiać po angielsku i całkiem nieźle jej to wychodzi, a biorąc pod uwagę, że języka uczy się dopiero od roku, to nawet rewelacyjnie. Na dzień dobry na stole pojawia się rakija, a potem kolacja. Wszystko jest tutaj własne, z własnego chowu, z własnego ogródka i własnymi rękami przyrządzone. Kupnych produktów nie ma. Skoro tak tu ludzie żyją, to nic dziwnego, że w wioskach nie ma sklepów. Po kolacji znów rakija, a potem spać. Otrzymujemy cały, duży pokój. Wygląda na to, że w domu jest tylko kuchnia, łazienka i ten pokój. Gdzie w tym czasie śpią gospodarze, nie mam pojęcia. Podobno w piwnicy jest jeszcze jedno pomieszczenie, ale nie zaproszono nas tam i nie wiem jak wygląda.

gościna w albańskim domu

Cały następny dzień kluczymy po dolinkach wcinających się głęboko w góry i pokonujemy jakieś przełączki. Nie spodziewałem się, że ta droga może aż tak kręcić. Nie jedziemy razem z Przemkiem i Saszką, ale co jakiś czas się spotykamy. Gdzieś tam po drodze robimy wspólny popas, potem znów się rozstajemy, potem doganiamy Nicka i Lael, a potem dzień się kończy i na jakiejś przełęczy stawiamy namioty. Widać już stąd światła miasteczka Kukës. Osiągamy je następnego dnia, gdzie po raz ostatni spotykamy się wszyscy razem. Siadamy w jakimś barze, popijamy piwo, a potem rozjeżdżamy się każdy w swoją stronę. Nick i Lael jadą do Peshkopi, ale swoim tempem i jak zwykle nie oglądają się za nikim. Przemek z Saszką obierają kierunek na Tiranę, skąd będą już wracać do domu. Ja z Grażynką też jedziemy do Peshkopi, ale ruszamy w trasę ze dwie godziny później. Nie mamy nadziei, że dogonimy Nicka i Lael.

w drodze do Kukës

Czarny Drin

Z Kukës do Peshkopi prowadzą dwie drogi. Pierwsza, oznaczona na mapie jako główna wiedzie doliną Czarnego Drinu, a druga, oznaczona jako boczna wyprowadza w góry. W ostatnich latach ta boczna droga została wyasfaltowana przejmując cały ruch samochodowy, zresztą i tak niewielki. A więc my pojedziemy sobie główną. Jeszcze przed nocą udaje nam się zjechać w dolinę, nad samą rzekę. Szukamy jakiegoś miejsca pod namiot. W zasadzie coś fajnego już znalazłem, gdy zaczepia nas dwóch miejscowych chłopaków. Tłumaczę im, że chcemy tu spać, na co oni ciągną nas w inne miejsce, podobno lepsze. Idziemy za nimi. Miejsce faktycznie jest lepsze. Mamy rzekę, jakiś prawy dopływ Czarnego Drinu, mamy zieloną trawę, mamy trochę płaskiego. Czego więcej chcieć? Pytam się czy tą wodę z rzeki można pić? Nie, nie można, ale oni przywiozą wodę. Zabierają nasze rowery, butelki i znikają za mostem. Dopiero po chwili przychodzi konsternacja. Zachowaliśmy się jak Nick i Lael. Oddaliśmy nasze rowery nie wiadomo komu i zostaliśmy z górą bagaży gdzieś na odludziu. A jak nie wrócą? Na szczęście wracają. Najpierw pierwszy, z wodą. Potem wraca drugi oddać rower. A potem jeszcze raz przybiega ten pierwszy upewnić się, czy drugi oddał rower.

Miejsce na nocleg jest bajeczne. Chyba piękniejszego na tej wyprawie nie było. Rozpalamy ognisko i siedzimy przy nim do nocy. Wokół nas jest tylko głęboka czerń, a nad nami migocze chmara gwiazd. Jedynym dźwiękiem, jaki do nas dociera jest miarowy szum rzeki. W takim miejscu moglibyśmy obozować o wiele dłużej niż tylko jedną noc. Rano w ogóle nie chce się nam stąd ruszać. Krzątamy się, szykujemy śniadanie, ja biegam z aparatem próbując uwiecznić to miejsce. Zanim stąd wyjedziemy, wybije południe.

nocleg w dolinie Czarnego Drinu

Droga wzdłuż Czarnego Drinu należy do tych najpiękniejszych na tej wyprawie. Jest szutrowo-kamienista, ale jedzie się nią dobrze. Początkowo idzie doliną, wzdłuż rzeki, ale potem dolina zamienia się w ciasny wąwóz, a droga ucieka gdzieś w górę, robi wielkie koło, zahacza o jakieś wioski i ponownie wraca w dół. Przejeżdżamy na drugą stronę rzeki, ale robimy to takim mostem, że pieszo strach tędy iść. Na stalowej konstrukcji ułożone są deski, które zdążyły się już połamać i wyszczerbić. W moście są takie dziury, że można wpaść w nie razem z rowerem. Dla nas ta droga i ten most są po prostu piękne, ale mieszkańcy pewnie klną na całego, gdy muszą tędy jeździć. Nic dziwnego, że i tą drogę wkrótce pokryje asfalt. Spotykamy dwie tablice, które informują, że remont poszczególnych odcinków zakończy się w 2015 i 2016 roku. Jeśli jeszcze kiedyś trafimy do tej doliny, będzie to już zupełnie inne miejsce.

dolina Czarnego Drinu

Jeszcze jedną noc spędzamy w dolinie Czarnego Drinu. Znów mamy wodę, znów mamy ognisko. Z pobliskiej wioski dochodzą do nas jakieś głosy i śpiewy, ale nikt nas nie odwiedza. Przynajmniej do rana, kiedy to pastuszkowie przyganiają tu swoje stado i podchodzą kolejno pod namiot tak, by móc zajrzeć do środka. Namiot postawiliśmy wejściem od strony wody, więc nie robią tego przypadkiem. Muszą wejść między namiot i rzekę, a miejsca nie ma tam wiele. Na próby nawiązania rozmowy jednak nie reagują, więc i my przestajemy reagować na nich. W końcu mają dośc i sobie idą.

nocleg nad Czarnym Drinem

I jesteśmy w Peshkopi. Nawet przyjemne miasteczko. Jakaś zacieniona uliczka pełniąca funkcję deptaka, sklepiki, bary, restauracje. Panuje tu taki fajny klimat. Mógłbym powiedzieć, że to miasto z duszą, chociaż do pięknych nie można go zaliczyć. Ale za to piękna jest panorama miasta widziana z pnącej się w górę drogi, którą stamtąd wyjeżdżamy. Peshkopi to już ostanie miejsce, jakie widzimy w Albanii. Do granicy z Macedonią została zaledwie godzina jazdy równą, asfaltową drogą.

Peshkopi