Bałkany 2014

Albania, Góry Przeklęte


Albania, Góry Przeklęte

Kolejny poranek w wynajętym domku nad jeziorem Plavsko. Poprzedni dzień minął nam na patrzeniu jak pada deszcz. Nawet próbowaliśmy wyjechać, ale zdążyliśmy się tylko spakować, a potem patrzyliśmy jak krople deszczu rozbijają się o sakwy. Dopiero pod wieczór udało się zrobić mały spacer do miasta. Czy dziś będzie podobnie? Zanim podniosę się z łóżka uważnie nasłuchuję odgłosów z zewnątrz. Cisza. Nawet przemoczony kot, z którym zdążyliśmy się zaprzyjaźnić nie miauczy błagalnie, by wpuścić go do środka. Czyżby przestało padać? Wychodzę na taras. Świat się odmienił i nabrał kolorów. Nie tracimy ani chwili. Po całym dniu lenistwa pcha nas w drogę. Przed nami przecież Albania, kraj, na który czekamy od początku tej podróży.

Do granicy mamy kilkanaście kilometrów prostej, asfaltowej drogi. Jedziemy szybko nie zwracając uwagi na drogowskazy i zamiast do Albanii, trafiamy do miasteczka Gusinje. Pełne zaskoczenie. Te domy, życie wylewające się na ulicę, ludzie i ogólny gwar w ogóle nie pasują do Czarnogóry. Poczułem się, jakbym powrócił do Turcji. Tylko tam widywałem takie miasta. Robimy odwrót i wracamy na właściwą drogę. Dopiero po chwili zdaję sobie sprawę, że nie zrobiliśmy w tej niezwykłej osadzie żadnego zdjęcia. Uciekliśmy z niej, jakby była z zupełnie innej bajki, z innego czasu i innej wyprawy. Jakby była snem, a my chcemy się obudzić i zobaczyć w końcu Albanię.

Przekraczamy granicę. Małe, odludne przejście. Dwie budki i żadnego samochodu. Kilka metrów dalej kończy się asfalt. Na to właśnie liczymy i tego szukamy. Jeszcze do niedawna cała Albania pocięta była właśnie takimi szutrowymi drogami. Asfaltu było tam jak na lekarstwo. To trochę dziwne, bo Albania szczyci się największymi w Europie złożami naturalnego asfaltu. Ale kilkadziesiąt lat temu Albania nie inwestowała w drogi, lecz w żelbetowe bunkry i tych jest tam zatrzęsienie. Dziś zmienia się to bardzo szybko. Tak naprawdę nie wiemy, którą drogę zastaniemy szutrową, a którą asfaltową. Początek jest jednak bardzo obiecujący.

zaczyna się Albania, kończy się asfalt
zaczyna się Albania, zaczynają się bunkry

Droga SH20

Jedziemy słynną drogą SH20. Niektórzy nazywają ją drogą przez dolinę Vermosh, ale to niezbyt precyzyjne określenie. Vermosh jest wsią leżącą nad rzeką Lim. Droga SH20 nie zagląda tam, tylko niemal od razu wykręca na południe, przekracza Lim i prowadzi w górę rzeki Ljpuša, dopływem Lim. Z drogi SH20 nawet nie widać zabudowań Vermosh, trudno więc, by przejęła od niej nazwę. Z internetem nie warto jednak dyskutować. Jeśli będziecie szukać zdjęć z drogi SH20, znajdziecie je pod nazwą Vermosh.

Wsie leżące wzdłuż SH20 są niemal całkowicie odizolowane od reszty Albanii. Droga zaczyna się na granicy z Czarnogórą i kończy 60 km dalej nad jeziorem Szkoderskim, też przy granicy z Czarnogórą. I tylko tam, w Hani i Potit jest możliwość wykręcenia w głąb Albanii. Na całej długości droga zamknięta jest wysokimi i niedostępnymi ścianami Gór Przeklętych. Nieliczne dróżki odchodzące w boczne dolinki są ślepe. Nie ma wyjścia, jak już wjechało się w SH20, to trzeba nią dojechać do końca.

Pierwsze kilometry to podjazd wzdłuż rzeki Ljpuša. Nawierzchnia jest taka, jakiej oczekiwaliśmy: kamienista. Droga wcina się w strome zbocze i jest tak wąska, że dwa samochody miałyby problem, by się tam minąć. Gdy robi się trochę szerzej, pojawia się wioska Budace. Budace to luźno rozrzucone domy z rozległymi obejściami ogrodzonymi prowizorycznymi, drewnianymi płotami. Do tego kilka mostków nad rzeką zbudowanych ze wszystkiego, co akurat było pod ręką. Takie mostki z pewnością każdej wiosny zabierane są przez wezbrane wody rzeki, a potem stawia się je na nowo. Tego już się nie spotyka w innych miejscach w Europie. Jak długo przetrwa to tutaj?

wzdłuż rzeki Ljpuša
wieś Budace

Zmieniamy rzekę. Do tej pory jechaliśmy w górę, teraz uczepiamy się rzeki Ljimi i Cemit i jedziemy w dół. Droga z każdym kilometrem zmienia się oferując całą plejadę wrażeń i atrakcji. Raz jedziemy wysoko ponad kanionem, innym razem zjeżdżamy na samo dno wąwozu i jedziemy mając na wyciągnięcie ręki szumiącą rzekę. Widzimy głębokie wąwozy, a później sami takim wąwozem jedziemy. Zjazd jest obłędnie piękny. Czasem jest stromo, czasem mniej, ale cały czas mamy pod kołami kamienie. Jedziemy bardzo powoli i ostrożnie. Z jednej strony to kwestia bezpieczeństwa, by nie stracić kontroli nad obładowanymi rowerami, z drugiej po prostu jest tak pięknie, że aż nie chce się jechać dalej. Naprawdę jest co podziwiać.

wzdłuż rzeki Ljimi i Cemit

Myślałem, że w ciągu dnia pokonamy całą drogę, ale jest zbyt ekscytująca, by tak po prostu nią przejechać. Pod wieczór osiągamy dopiero wieś Tamarë. Na rozbicie namiotu w tej wąskiej dolinie nie ma co liczyć, ale w Tamarë trafiamy na agroturystykę. Właścicielka, z pochodzenia Włoszka zaprasza nas do siebie. Zostajemy. Mamy wygodny pokój, ciepły prysznic i pyszną kolację przyrządzoną przez właścicielkę. Jemy ją na zadaszonym tarasie patrząc jak przez dolinę przetacza się krótka, ale gwałtowna burza. Co za luksus, zupełnie do nas niepodobny. Za gościnę nie płacimy wiele. Pokój kosztuje nas 10€ za dwie osoby i kolejne 10€ dajemy za wypasioną kolację.

Tamarë, ostatni fragment kamienistej drogi
Tamarë, pensjonat Jerina

Następnego dnia jedziemy dalej. Liczę na drugą część wspaniałej SH20. Rzeka Ljimi i Cemit wykręca na zachód, do Czarnogóry, a na nas czekają największe i najpiękniejsze serpentyny na całej SH20. Z samego rana ruszamy w drogę i nagle... koniec! Drogę zagradzają nam maszyny budowlane. Przeciskamy się między nimi i jedziemy świeżutkim asfaltem. Szok. To już tu, na to zadupie prowadzą asfalt? Spóźniliśmy się? Podjazd, na który czekaliśmy jest bardzo widokowy, ale już tak nie ekscytuje. Pod kołami nie ma kamieni, jest czarny, śmierdzący nowością asfalt.

podjazd z doliny Ljimi i Cemit do Rrapsh

Nie mogę odżałować tej drogi. Mamy zaledwie rok spóźnienia. Co zrobią dalej? Wyasfaltują całą SH20? To już chyba tylko kwestia czasu, a każdy turysta będzie mógł ją podziwiać z okien autokaru. Poniżej, na otarcie łez zamieszczam znaleziony w necie filmik. Tak to wyglądało jeszcze nie tak dawno i szkoda, że już nigdy tak nie będzie wyglądać. Dla porządku jeszcze dodam, że motocykliści na tym filmie jadą w drugą stronę niż my.

Theth

Zjechaliśmy do Koplik. Góry Przeklęte zostały za nami. SH20 została za nami. Ale SH20 to nie jedyna tak pasjonująca droga w okolicy. Jest jeszcze SH21, czyli droga do Theth. A więc wykręcamy na północ i znów kierujemy się w stronę Gór Przeklętych.

Theth jest małą wioską, która znajduje się na samym końcu doliny Shalë. Założyli ją chrześcijanie uciekający w góry przed najazdem Turków. Przez wieki jedyną możliwością dotarcia do Theth była ciężka i długa podróż doliną. Dopiero w 1936 roku wybudowano nową drogę, która pokonywała przełęcz Buni i Thorës. Droga była przejezdna tylko latem, ale i tak bardzo skracała czas potrzebny na dotarcie do cywilizacji. Od tamtej pory do Theth zaczęli docierać pierwsi turyści. W latach 60. XX wieku zbudowano zaporę w Komanie zalewając wodą dolinę Drinu i częściowo Shalë oraz likwidując przy okazji biegnącą tamtędy drogę. Tym sposobem sezonowa droga przez przełęcz stała się jedyną możliwością dotarcia do wioski. Co prawda powstała wtedy druga droga, ale była dłuższa i wcale nie lepsza od tej przez Buni i Thorës. I tak sobie Theth trwało odcięte od świata w samym sercu Gór Przeklętych zachowując swoje własne prawa i zwyczaje. To właśnie tu najdłużej przetrwało prawo do rodowej zemsty zwane gjakmarrja lub wendeta. Wraz z upadkiem komunizmu i otwarciem granic zaczęło zmieniać się także Theth. Część mieszkańców wyjechała, ale za to zaczęli docierać tam szukający wrażeń offroadowcy z Europy. Ciągnęła ich niedostępność Theth. Wioska stała się mekką fanów aut terenowych. Tak, jak każdy rowerowy sakwiarz z Europy wcześniej czy później wybiera się na Nordkapp, tak każdy offroadowiec pragnie dotrzeć do Theth. W wiosce zaroiło się od turystów. Mieszkańcy zaczęli na nich zarabiać oferując nocleg i wyżywienie. Ale mimo tych wszystkich zmian, charakter Theth się nie zmienił. Nadal jest odciętą od świata osadą żyjącą własnym życiem. Do dziś nie ma tam ani jednego sklepu.

Jedziemy do Theth kolejną słynną albańską drogą. Pod kołami asfalt. Nie jestem zaskoczony. Jeszcze przed wyjazdem czytałem, że aż do Bogë pociągnięto asfalt. Szybko im to idzie, bo relacje sprzed kilku lat mówią o ciężkiej, szutrowej drodze. Teraz jest asfalt. Wąski, malowniczy, ale to jednak asfalt.

pomnik w Bajzë
droga do Bogë

W pobliżu wioski Ducaj wypada nam nocleg. Mija drugi dzień względnie ładnej pogody. I to by było na tyle. Następnego ranka nadciągają ciężkie chmury. Liżą szczyty gór i schodzą coraz niżej. Jeszcze przed południem z tych chmur zaczyna sączyć się deszcz. Czyżby to już był koniec maratonu widoków? Uda się coś jeszcze zobaczyć w Albanii, czy będziemy przemykać przez nią asfaltami, jak to robiliśmy w Czarnogórze? Póki co jedziemy dalej.

Dojeżdżamy do Bogë. Tu kończy się asfalt. To znaczy chciałbym, żeby skończył tu się asfalt. Ale nic takiego się nie dzieje. Asfalt zmienia kolor na głęboką czerń i zaczyna śmierdzieć smołą. Tylko nie to! To już nawet do najbardziej niedostępnej wioski w Albanii będzie można dojechać wszystkim, nawet hulajnogą? Czar Theth pryska. Oczami wyobraźni widzę już autokary, hotele, pensjonaty, Krupówki... Tak, tak. Theth ma szansę stać się albańskim Zakopanem!

Asfalt mamy aż do przełęczy. Dopiero po drugiej stronie zaczyna się droga, jakiej oczekiwaliśmy. Po drugiej stronie otwierają się też zupełnie inne widoki na Góry Przeklęte. Nie mówię, że południowa strona gór jest nieciekawa, ale to, co widać po pokonaniu przełęczy przekracza wszystko, czego moglibyśmy się spodziewać. Przed nami pojawia się wielka i głęboka dolina. Gdzieś tam w dole leży Theth, ale to "gdzieś" jest z 1000 metrów niżej. Szczyty gór toną w chmurach. Brakuje słońca, ale i tak jest pięknie. Wąska droga, którą jedziemy zawieszona jest nad przepaścią. Przez pierwsze kilometry w ogóle nie opada, tylko prowadzi wciętą półką po stromym zboczu. Z przeciwka jedzie bus i ledwie mija się z nami. Musimy się zatrzymać i specjalnie go przepuścić. Chciałbym widzieć co robią kierowcy, gdy z przeciwka zamiast roweru nadjeżdża inny samochód.

droga do Theth

Zaczynają się serpentyny. Bierzemy je ostrożnie, bo o utratę kontroli nad rowerem nie jest trudno. Droga coraz odważniej opada w dół. Jedziemy wolno, ześlizgując się po mokrych kamieniach. Wciąż siąpi nam deszcz, a im niżej jesteśmy, tym mocniej pada. Wjeżdżamy między drzewa. Chronią nas trochę przed deszczem, ale całkowicie odcinają od widoków. Rowery skaczą na kamieniach, sakwy wyczepiają się z mocowań. Co by nie mówić o sakwach Ortlieba, jak bardzo ich nie chwalić, to nie są projektowane na jazdę w terenie. Dolny hak jest za miękki i notorycznie wygina się i odpina od bagażnika. Ale to nie problem, da się z tym jechać. Nagle dzieje się coś gorszego. Grażynka traci bagażnik! Urywają się dolne pręty mocujące i cały bagaż siada na kole. Deszcz leje. Ja grzebię przy bagażniku. Grażynka stoi i coraz bardziej się wychładza. Wraz z deszczem i siadającymi coraz niżej chmurami siada też temperatura. Co za pech.

Bagażnik to jakaś dziwna konstrukcja firmy Ibera. Jest bardzo szeroki, w sumie nawet nie wiadomo po co. Może był projektowany do fatbików z pięciocalowymi oponami? Ale to nieważne. Ważne, że chociaż cały bagażnik jest z grubych rurek, to dolne mocowanie wykonane jest z cienkiego pręta. Dodatkowo jest on jeszcze przewiercony tak, że w sumie całość trzyma się na dwóch ściankach grubości 2 mm. To nie ma prawa wytrzymać. Tym razem daję sobie jeszcze z nim radę. Trochę druta, trochę opasek zaciskowych i można jechać dalej, ale po powrocie do domu bagażnik idzie do reklamacji. Na zdjęciu poniżej dokładnie widać najsłabsze miejsce tego bagażnika. I nie tylko tego. Bagażników z podobnym rozwiązaniem jest na rynku sporo. Uważajcie na nie. Najlepiej w ogóle takich nie kupujcie. Drugie zdjęcie to sposób na rozwiązanie problemu wyczepiających się sakw Ortlieba. To akurat zdjęcie z innej, późniejszej wyprawy, ale nauczony bałkańskim doświadczeniem znalazłem skuteczne rozwiązanie. Jeśli wybieracie się z Ortliebami na wertepy, zainwestujcie w dodatkowe haki. Są łatwo dostępne.

miejsce uszkodzenia bagażnika Ibera
dodatkowy dolny hak w sakwie Ortlieba

Zjeżdżamy do Theth. Jest zimno, ciemno i nieprzyjemnie. Nie mamy czasu i ochoty na zwiedzanie, czy choćby rozglądanie się za jakimś fajnym noclegiem. Po prostu podjeżdżamy pod pierwszy napotkany dom i chwilę później stawiamy namiot. Cena za camping? Raptem 5€. Oprócz nas stoi tu kilka terenowych aut. Miejsc na namioty czy samochody jest mnóstwo. Hotelowy budynek też jest spory. To chyba największy hotel i zarazem największy budynek w całym Theth. Przy lepszej pogodzie pewnie poszukalibyśmy czegoś bardziej kameralnego, ale okazuje się, że tutaj też nie jest źle. Gdy zapada noc mamy wrażenie, że wokół nas i tego hotelu nie ma nic. Nie widać żadnych świateł, nie ma żadnego ruchu, nie słychać żadnych dźwięków.

Ranek mało optymistyczny. Całą noc padało i to chyba jeszcze nie koniec. Po górskich zboczach snują się chmury. Wygląda to może i fajnie, ale my przecież w te góry i w te chmury będziemy musieli wjechać. Moglibyśmy zostać w Theth ten jeden dzień, ale co tu robić? W góry nie pójdziemy, w wiosce też za wiele atrakcji nie ma. Mamy siedzieć i patrzeć jak pada deszcz? Może nie będzie tak źle, chmury wydają się być bardzo cienkie i raz po raz odsłaniają trochę błękitnego nieba. Nie ma co marnować czasu na czekanie, trzeba ruszać dalej.

deszczowe Theth

Jak pisałem wcześniej, do Theth prowadzą dwie drogi. Pierwsza to ta słynna, właśnie asfaltowana droga z Koplik przez przełęcz Buni i Thorës. Druga, znacznie dłuższa i nieobecna na większości papierowych map prowadzi ze Szkodry przez dolinę Kir. I właśnie tą drugą drogą zamierzamy wrócić do cywilizacji. Kierujemy się na południe prawą stroną rzeki. W ten sposób całe Theth zostawiamy na drugim brzegu, ale nie mamy innego wyjścia. W Theth jest tylko jeden most i gdybyśmy pojechali przez wieś, musielibyśmy wrócić do miejsca, w którym spaliśmy. Nie zobaczymy samego Theth, ale na brak widoków nie możemy narzekać. Droga jest wąska i bardzo kamienista. W ogóle mam wrażenie, że Theth zbudowane zostało z kamieni na kamieniach. Wokół nas nie ma nic innego, tylko kamienie. Jedziemy wolno, powoli zanurzając się w chmury. Zaczyna padać, ale nas to już nie zatrzyma. Metr po metrze ciągniemy w dół doliny Shalë.

dolina Shalë

Deszcz, chmury, kałuże i kamienista droga. Nie ma ludzi, nie ma samochodów. Rzeka ucieka w dół, a my zostajemy na półce skalnej. Powoli zjeżdżamy z niej w dół i mostem przedostajemy się na lewą stronę rzeki. Wokół nas pusto. Gdzieś tam po okolicznych wzgórzach rozrzucone są inne osady, jeszcze bardziej odcięte od świata niż słynne Theth. Może kiedyś szukając bezdroży trzeba będzie i ich poszukać? W samej dolinie osad nie ma, poza jedną, zwaną Breg-Lumi. Wyrasta nagle, zaskakuje opuszczonymi ruinami i samotnie stojącym dużym kościołem. Potem nagle pojawia się asfalt! Jesteśmy zszokowani, ale nim zdążymy ochłonąć, asfalt już się kończy. Jest go raptem z 200 metrów. Mijamy kilka magazynów, w których można kupić worek mąki czy owsa. Miejscowi przyjeżdżają na zakupy osiołkami i wracają do siebie w góry. Normalnego sklepu też tu nie ma. Chwilę później znów jesteśmy na kamienistej drodze. Przejeżdżamy w bród jakieś potoki, a potem kolejnym mostem przeprawiamy się na prawy brzeg. Od tego miejsca zaczyna się podjazd na przełęcz Aster. Jakaś droga dalej wiedzie w dół doliny Shalë, ale na pewno jest ślepa. Być może to właśnie tędy dawniej wyjeżdżało się z Theth, ale po zalaniu doliny Drinu pozostało już tylko odbicie w góry.

podjazd z doliny Shalë na przełęcz Aster

Zwróciliście uwagę na ten słup na ostatnim zdjęciu? Takich słupów w Albanii jest sporo. Można pokusić się o zrobienie galerii drewnianych słupów zanim całkiem znikną, jak dziś znikają szutrowe drogi. Mam nadzieję, że są to słupy telefoniczne, bo aż strach pomyśleć, że rozwieszonymi na nich drutami płynie prąd. Poniżej dwie wycudowane konstrukcje z wielu, jakie spotkaliśmy.

drewniane słupy

Podjazd jest trudny, ale nie dlatego, że jest stromy, a dlatego, że koła ślizgają się po mokrych kamieniach i ciężko złapać przyczepność. Rowery z sakwami są za ciężkie na takie warunki. Do wieczora pokonujemy podjazd w całości. Pewnie poszlibyśmy spać już wcześniej, ale nie znaleźliśmy odpowiedniego miejsca. Tu, na przełęczy mamy i trochę płaskiego i piękne widoki. Zostajemy. Gdy zapada noc siadamy przed namiotem i obserwujemy okolicę. Gdzieś w dole zapala się światło, potem drugie. A więc ktoś tam mieszka. Po drugiej stronie doliny Shalë zapala się kilkanaście świateł. Wioska? Tak wysoko? Przecież oni mieszkają jeszcze wyżej niż my teraz jesteśmy.

W nocy znów zaczyna padać. Ciężkie krople bębnią o namiot i nie pozwalają spać. To już nie jest zwykły deszcz. Nad nami przechodzą fale konkretnej ulewy. Po każdej takiej fali czujemy, jak pod namiotem przepływa potok. Poranek niczego nie zmienia, obnaża tylko beznadziejność naszego położenia. Siedzimy w chmurach. Z namiotu nie widać nawet drogi, obok której się rozbiliśmy. Skończyły nam się zapasy jedzenia i pitna woda. Leje bez przerwy. Wystawiamy garnek przed namiot i dwie godziny później jest pełen wody. Przynajmniej zupkę chińską możemy sobie zagotować. Już wiemy, że tego dnia nie ruszymy dalej. Nie chcieliśmy spędzić dnia w Theth, spędzimy go na przełęczy, kiblując w namiocie.

Przez cały dzień na przełęczy pojawiają się tylko trzy pojazdy. Pierwszym jest miejscowy pick-up. Kierowca zatrzymuje się obok nas, trąbi i pyta czy wszystko w porządku. Potem nadjeżdża busik pełen ludzi. Transport publiczny nawet na takiej drodze działa sprawnie. Ostatni pojawia się samotny motocyklista, podróżnik z Czech. Gdzie te wszystkie terenowe auta, które widzieliśmy w Theth? Czekają na lepszą pogodę, czy wracają asfaltem?

Kolejna noc i kolejny poranek. Dzisiaj musimy już pojechać dalej, niezależnie od pogody. Powód jest oczywisty, nie mamy już co jeść. Na szczęście wygląda na to, że deszcz powoli ustępuje. Chociaż jeszcze przez przełęcz przewalają się chmury, chociaż jeszcze raz po raz trochę popaduje, to przez to wszystko przebija się też słońce. Piękna tęcza wlewa w nasze serca nadzieję. Zwijamy namiot i ruszamy w dalszą drogę.

przełęcz Aster

Dzień zaczynam od serwisu rowerów. Łatanie dwóch dętek, wymiana klocków hamulcowych, smarowanie. Po wczorajszych ulewach szczególnie to smarowanie jest potrzebne. Nie mam w zwyczaju chować rowerów do namiotu, czy ukrywać ich pod plandeką. Jak pada, to po prostu mokną i tyle. Łatanie dętek też stało się rutyną. Szczególnie opony w moim rowerze okazały się wyjątkowo kiepskie. Skrupulatnie zliczane statystyki podają, że złapałem już 12 dziur, natomiast Grażynka zaledwie 5.

Pierwsze kilometry jedziemy jeszcze w chmurach. Kamienista droga wije się wcięta w górskie zbocze. Myśleliśmy, że czeka nas już tylko zjazd, ale nic z tych rzeczy. Przełęcz Aster to był tylko mały garb, prawdziwa przełęcz jest dopiero przed nami. Droga nie zamierza jednak opadać, ale od razu ciągnie po zboczu w górę. Nie będzie więc zjazdu, a potem kolejnego ciężkiego podjazdu. Malowniczą drogą zmierzamy wprost na przełęcz Malit Shoshit. Najpiękniejsze na tym odcinku są dwa wodospady przecięte betonowymi mostkami. Potem nagle trafiamy na bar. Zaskoczenie jest całkowite. Tutaj? Dookoła nie ma ani jednego domu, ani jednego gospodarstwa, ale bar jest. Później, patrząc na mapę stwierdzam, że ma on sens. W dolinie i po okolicznych zboczach rozrzuconych jest sporo samotnych gospodarstw i właśnie tutaj, obok tego baru zbiegają się prowadzące do nich drogi. Bar jest dla nas jak wybawienie, w końcu od wczoraj żyjemy na zupkach chińskich, czyli naszej żelaznej rezerwie żywnościowej. Pytam się o obiad i dowiaduję się, że jak najbardziej, można tu zjeść, ale nie w tej chwili. To jeszcze nie pora obiadowa. Pozostają nam tylko kawa i ciastka. Siedzimy przy stoliku, a w tym czasie gospodarz sprząta w jakimś pomieszczeniu. Potem zaprasza mnie do środka i oferuje... nocleg. Odpowiadam, że jak najbardziej, ale to jeszcze nie pora na spanie. Nie wygląda na zaskoczonego moją odpowiedzią. Zawsze warto spróbować. A my zbieramy się i robimy krótki, ostatni już podjazd na przełęcz.

pomiedzy przełęczami Aster a Malit Shoshit

Teraz już naprawdę jest w dół. Mamy w końcu długi i niezwykle malowniczy zjazd w dolinę rzeki Kir. Poprawia się też pogoda i to, co wcześniej chowało się w mlecznej zasłonie, teraz otwiera się na oścież. O rany, jak tu pięknie! Nie wiem czy bardziej zachwycać się widokiem rozległych, zalesionych gór o stromych ścianach czy samą drogą, która wcina się w zbocze, a czasem po prostu wisi nad przepaścią. Droga jest bardzo trudna technicznie. Dużo śliskich kamieni, koleiny i wypłukane przez wodę koryta. Grażynka nic sobie z tego nie robi i zasuwa odważnie w dół. Jej sakwy znowu wyczepiły się z mocowań i skaczą na boki, jakby machała skrzydłami. Nie da się jechać i podziwiać widoków. Stajemy więc co chwilę i robimy zdjęcia. Gdzieś po drodze obżeramy się jeżynami. To nasz obiad. Powoli docieramy do wioski Kir, a potem zjeżdżamy jeszcze niżej, na samo dno doliny.

zjazd w dolinę Kir

Droga nie zmienia się ani trochę. Nadal jest szutrowa lub nawet kamienista. Nadal jest wcięta w zbocze. I nadal jest bajkowa. Teoretycznie to nadal jest zjazd, ale w ogóle tego nie czuć. Pojawia się nawet kilka tak stromych podjazdów, że musimy rowery pchać. Przy drodze stoją tablice z listą nazwisk. Od razu wiadomo co to za nazwiska. Oni pewnie wierzyli, że na tej drodze mogą minąć się dwa samochody. Najwyraźniej nie minęły się. Na szczęście my nie mamy tego problemu. Spotykamy busa, chyba nawet tego samego, co wczoraj na przełęczy i jakąś miejscową terenówkę. Turystów nadal brak. Tylko my jedziemy tą doliną i ją podziwiamy. Słońce chowa się za górami i w dolinę rzeki Kir zaczyna zaglądać noc. Znalezienie tutaj miejsca do spania wydaje się niemożliwe. Byłem pewien, że jeszcze dziś dotrzemy do Shkodry, a tu okazuje się, że jeszcze jedną noc będziemy musieli spędzić w górach. Tylko gdzie? Niespodziewanie między drogą a rzeką otwiera się małe wypłaszczenie porośnięte metrową trawą i krzakami. A w środku tej trawy ktoś wykosił małą polankę. Cóż to za dobra dusza przygotowała nam miejsce do spania? Niemozliwe stało się możliwym.

dolina Kir

Noc mija bardzo spokojnie. Zwijamy namiot i wracamy do świata ludzi. Niedaleko naszego noclegu znajduje się wioska Prekal i jest o tyle ważna, że od tego miejsca zaczyna się asfalt. Zjechaliśmy z niego cztery dni temu. Mimo fatalnej pogody uważamy, że to były najfajniejsze cztery dni na wyprawie. Takich dróg szukaliśmy i takie znaleźliśmy. Teraz trzeba gnać do przodu, do Shkodry, bo nawet zupek chińskich zaczęło nam brakować.

Jazda asfaltem idzie szybko, więc koło południa wpadamy do Shkodry. To bardzo dziwne miasto. Od razu kierujemy się do centrum, które bardzo przypomina miasta tureckie. Chaos na ulicach, brak znaków, wszyscy jeżdżą i parkują jak im wygodnie. Do tego sklepy w garażach, stragany i masa ludzi. Wypisz, wymaluj - Turcja. Ale już ulicę dalej mamy europejski deptak z restauracjami i ładnymi sklepami. Zupełnie inny świat. My zatrzymujemy się w części tureckiej. Tam jemy obiad, tam robimy zakupy, a potem uciekamy z miasta, bo jeszcze dziś chcemy dotrzeć nad jezioro Koman.

Shkodra