Dookoła Araratu 2012

RELCJA Z PODRÓŻY:

Przełom rzeki Araks

Z samego rana przekraczamy granicę z Iranem. Na przejściu pusto. Znudzony celnik podbija nam wizy i bez problemów puszcza dalej. Będąc jeszcze w Erywaniu pól dnia załatwialiśmy jakieś obowiązkowe ubezpieczenie, które niczego nie ubezpiecza, a tutaj, na granicy nawet o nie nie spytali. Na przejazd przez Iran mamy 3 dni. To niewiele, nie zapuścimy się nigdzie dalej. Musimy najkrótszą drogą jechać w stronę Turcji. Zresztą Iran nie jest celem tej wyprawy. jesteśmy tu z tego samego powodu, jak wcześniej w Gruzji. Po prostu nie da się z Armenii inaczej przedostać do Turcji jak przez Gruzję lub Iran. Wracając wykorzystujemy ten drugi wariant. Wjeżdżamy do Iranu praktycznie w ciemno. Nawet nie wiemy jakimi pieniędzmi się tu posługują. Na granicy wymieniamy armeńskie dramy na tutejsze riali i dopiero później próbujemy zorientować się jak wyglądają i ile są warte. Tak naprawdę, jakby nas oszukali na granicy z kursem wymiany, to nawet byśmy się nie zorientowali. Na podstawie tego, co mam w ręku próbuję przeliczać ceny i wychodzą mi jakieś śmieszne kwoty. Nie wiem czy źle liczę, czy tu jest aż tak tanio. Np. za obiad popijany oranżadą płacimy jakieś 7 zł. To chyba niemożliwe, w Turcji kosztuje to ok. 20 zł.

Wytyczamy najkrótszą drogę do Turcji. Wychodzi nam, że powinniśmy kierować się od razu na zachód, wzdłuż granicy i wzdłuż rzeki Araks. Od razu wjeżdżamy w ciasny wąwóz, którym Araks przebija się przez góry. Niesamowity przełom! Niezwykłe miejsce! Skaczę z aparatem po skałach w nadziei, że chociaż trochę swoich wrażeń uwiecznię na zdjęciach.

Co za zmiana. Jeszcze wczoraj było zielono, a tu jest sucho i pustynnie. Niczego nie zmienia fakt, że płynie tędy rzeka Araks. Ona tylko przepływa, niczego nie nawadnia. Wokół rzeki jest taka susza, jakby w ogóle nie płynęła nią woda. Zresztą kolor tej wody jest taki sam, jak okolicznych gór: żółty. Wiatr wieje nam w plecy, więc jedziemy szybko i lekko. Patrzę na rachityczne, pojedyncze drzewka rosnące tuż nad wodą. Wszystkie pochylone są w jedną stronę. Czyżby tu wiatr zawsze wiał w tą samą stronę?

Jedzie się wyjątkowo dobrze, tylko skwar leje się z nieba nieziemski. Piję co chwilę, a i tak po kilku minutach mam gardło wyschnięte na wiór. Z każdym oddechem wciągam w płuca rozgrzane powietrze. Czuję się, jakbym był opiekany na grillu. Woda w butelkach nagrzewa się szybko i osiąga taką temperaturę, że można w niej zaparzyć herbatę. Nie spodziewałem się tu takiego klimatu.

Jedziemy do Jolfy, małego miasteczka nad Araksem. Po drugiej stronie rzeki leży równie mała Culfa. Łączący je most to jedno z dwóch przejść granicznych, którym można dostać się do Nachiczewan. To drugie znajduje się na granicy z Turcją.

Odbijamy od rzeki i jedziemy do Khoy, nieco większego, a zarazem ostatniego miasteczka, jakie zobaczymy w Iranie. Khoy nie wyróżnia niczym szczególnym. Architektonicznie niewiele różni się od miast tureckich. Do znanych mi z Turcji niebotycznie wysokich krawężników doszedł jeszcze jeden element: otwarte kanały ściekowe wzdłuż ulic. Trzeba nieźle się nagimnastykować, by rowerem przedostać się przez takie przeszkody. Na ulicach oczywiście ścisk i wieczne klaksony. No cóż, mało przyjaźnie wyglądają takie miasta. W Khoy pozwalamy sobie na dłuższy odpoczynek. W zasadzie nie ma tam czego zwiedzać. Jeździmy po ulicach, leżymy w parku pastwiąc się nad arbuzem, a potem zaglądamy na targ. Targ jest piękny, kryty ceglanym stropem, pełen sklepików ze wszystkim, co tylko można zapragnąć. Lubię takie miejsca.

Dolina Qoutor

Za Khoy droga wprowadza nas w dolinę rzeki Qoutour. Oprócz drogi biegnie tędy także linia kolejowa z Tabriz do Van. Pojedynczy tor malowniczo kręci po zboczach raz po raz chowając się w tunelach. W dwóch miejscach przechodzi z jednej krawędzi doliny na drugą. Przejazd pociągiem po tej trasie mógłby być niezłą przygodą. Podobno jeździ tędy pociąg z Teheranu aż do Stambułu. Podróż trwa kilka dni, a oprócz dolin takich, jak ta, na trasie jest też przeprawa promem przez jezioro Van.

Nie pisałem o tym wcześniej, ale jeszcze w Armenii zauważyłem rozrywającą się oponę w moim rowerze. Nie chce mi się w to wierzyć, to przecież słynna Schwalbe Marathon XR. Mówią, że można na niej okrążyć kule ziemską. Moja ma przejechane najwyżej 10 000 km. To dużo? Opona rozpada się w oczach. W jednym miejscu pękniecie jest już tak duże, że zaczął odpadać bieżnik. W powstałą dziurę mogę włożyć palca. Ciągłe łatanie pękającej dętki to syzyfowa praca. Nie mam wyjścia. Rozpinam hamulec i owijam oponę wraz z obręczą taśmą klejącą. Od środka też naklejam taśmę, żeby ochronić dętkę przed dalszym przecieraniem. Nie spodziewałem się, że tak może skończyć najlepsza opona na świecie.

Ciągniemy asfaltową drogą w górę doliny. Jest bardzo malowniczo. Nawet towarzysząca nam błotnista rzeka wygląda pięknie w tym krajobrazie. Od wjazdu do Iranu wiatr ciągle wieje nam w plecy. Mimo podjazdu, jedziemy szybko. Zresztą to nie tylko wiatr pomaga w szybszej jeździe. Roman w końcu odzyskuje siły. Antybiotyk, który brał od tygodnia w końcu przestaje działać. Już wczoraj Roman ciągnął ostro do Khoy, a dziś całkiem nieźle radzi sobie pod górę. Nie poznaję go.

Nad nami utrzymuje się piękna, słoneczna pogoda. Ale do czasu... Nagle zza którejś góry wyłazi czarna chmura. Wygląda groźnie i równie groźnie mruczy. Zaczynam rozglądać się za jakimś schronieniem. Roman ani myśli się chować. Ciśnie w pedały i próbuje uciec. To chyba się nie uda. Zaczyna padać. Co tam padać, to istne oberwanie chmury! Wpadam pod wiadukt kolejowy. Niestety jest za wysoki i deszcz przeplatany z gradem zacina tu nieźle. Mało tego, wiadukt ma jakieś kanały ściekowe i z góry zaczyna lać się woda. Ja jakoś się przed tym chowam, ale rower mam cały zachlapany błotem. Pod wiaduktem zaczyna zbierać się woda i gdy przestaje opadać, muszę wychodzić przez kałużę głęboką do kolan. Chyba nie wyszło mi to schronienie.

Roman nie znalazł żadnego zadaszenia. Na środku drogi zarzucił na siebie kurtkę i skulił się obok roweru. I tak wyszedł na tym lepiej niż ja. Obaj jesteśmy mokrzy, ale on ma przynajmniej czysty rower. Ja swój doprowadzam do porządku kilka kilometrów dalej, z pomocą miejscowych dzieciaków. Myją mi rower wodą z węża ogrodowego.

Dolina się kończy. Dojeżdżamy do granicy. Czas żegnać się z Iranem. Na granicy konsternacja. Tureccy celnicy nie wiedzą skąd jesteśmy. Debatują nad naszymi paszportami, chodzą z pokoju do pokoju, naradzają się. W końcu któryś sprawdza w internecie co to za państwo ta Polska i z ulgą oddają nam paszporty.

Z powrotem w Van

Znów jesteśmy w Turcji. Jedziemy przez pagórkowaty płaskowyż pełen pól uprawnych i pastwisk. Nad nami wciąż krążą burze. Z drogi idealnie widać gdzie są i gdzie pada. Jedna z burz zaczyna za bardzo zbliżać się do naszej drogi. Tym razem ja próbuję ucieczki. Przede mną wioska Saray, może tam znajdę schronienie? Burza dopada mnie szybciej. Deszcz zacina okrutnie, ale ja i tak jadę. W końcu dopadam wioski, widzę jakiś otwarty garaż i kieruję się wprost do niego. Dach jest, ale nie przewidziałem jednego. Przed garażem jest plac błota. Wrednego, lepkiego błota. Przejeżdżam przez nie i już wiem, że wjechać się jeszcze dało, ale wyjechać po deszczu będzie dużo trudniej. Stojąca w garażu stara ciężarówka aż po osie kół zakopana jest w błocie. Tragedia. Roman jak zwykle wyszedł na tym lepiej. Widzę go jak wjeżdża do wioski i chroni się pod jakiś daszek. Przed deszczem chroni mizernie, ale błota tam nie ma.

Po burzy świat wygląda zupełnie inaczej. Zalane pola, rwące rzeki zamiast polnych dróg i... piękne słońce nad nami. Kolejne burze przychodzą dopiero wieczorem, gdy już mamy rozbity namiot. Są dwie. Siedząc w środku podziwiamy spektakl błyskawic i zastanawiamy się czy zejdą się nad nami. A jednak tym razem nam się udaje. Obydwie burze odchodzą gdzieś w dal i milkną. Noc mamy spokojną.

Pozostał nam ostatni etap tej podroży, zjazd do Van. To znaczy myślałem, że to będzie zjazd, bo tak wynikało z mapy, ale okazało się, że droga prawie cały czas biegnie po płaskim. Spad jest niezauważalny. Wiatr wieje jednak w plecy, więc jadę szybko. Roman został gdzieś z tyłu i dopiero jego sms, że złapał gumę zatrzymuje mnie w miejscu. Roman pisze, że sobie poradzi, więc czekam. No i widzę jak jedzie. Podnoszę rower i jestem gotowy, by też ruszyć. Widzę, jak obok Romana zatrzymuje się dolmusz, widzę jak rozmawiają i nagle... Roman zdejmuje sakwy i pakuje się do środka. No tak, Roman nie byłby sobą, gdyby nie skorzystał z okazji i ostatnich 40 km nie pokonał dolmuszem. Zatrzymują się przy mnie, ale każę im jechać dalej. Ja mam przecież rower. To co, że z oponą zaklejoną taśmą, bez hamulca i z wybitymi sterami. On ciągle nadaje się do jazdy i ja też ciągle jeszcze mogę jechać. Dolmusze mi niepotrzebne.

Droga do Van jest w remoncie. Nie ma asfaltu, jest tylko walcowany szuter. Przejeżdżające samochody wzbijają tumany kurzu. Mało który trzyma się swojego pasa, zresztą pasów przecież nie ma. Każdy jedzie gdzie chce i jak chce. Anarchia jak się patrzy. Nowa droga jest jednak bardzo szeroka i w razie czego może się tam minąć z sześć samochodów. Nieźle to wygląda.

Po drodze widoków nie ma najciekawszych. Wszystkie najpiękniejsze miejsca już za nami. Ciekawie wygląda jezioro Erçek z linią kolejową biegnącą samym brzegiem. Ten, kto projektował tą trasę, miał jednak fantazję.

W końcu doczekałem się zjazdu. Pędzę prosto do Van. Mijam jakieś podmiejskie osiedla wyglądające jak slamsy, gdzieś tam po drodze mijam wysypisko śmieci i nagle wpadam prosto do miasta. Roman już od dwóch godzin kręci się po mieście. Udało mu się nawet znaleźć... prawdziwe centrum! Okazuje się, że będąc tu trzy tygodnie temu kręciliśmy się po niewłaściwej części Van! Teraz miasto zaczyna przypominać to, które pamiętamy sprzed sześciu lat! Odnajdujemy miejsca i budynki, które pamiętamy. Trzęsienie ziemi nie pochłonęło ani naszego dawnego hotelu, ani herbaciarni, w której wieczorem siedzieliśmy. Wracają wspomnienia. Czuję się, jakbym wrócił do domu. Dziwne wrażenie. Jednak zanim znajdziemy sobie tani hotelik i ruszymy w miasto, muszę zrobić jeszcze jedną rzecz: umyć mój rower. Tym razem zatrudniam do tego profesjonalistę z myjki samochodowej.

Wieczorem robimy spacer po mieście. Jakieś ostatnie zakupy, ostatnie zdjęcia. Kryje się z aparatem, by nie drażnić miejscowych. Próbuję robić im zdjęcia z ukrycia. Błąd! Okazuje się, że wystarczy powiesić ostentacyjnie aparat na szyi, a Turcy sami będą się prosić o zdjęcia!

W końcu wracamy do hotelu i robimy przegląd naszego bagażu. Jutro nadamy go na samolot i po wyprawie zostaną tylko wspomnienia...

Podsumowanie

Wstajemy z samego rana i idziemy w miasto na śniadanie. Podobno w Turcji zwyczaj jadania śniadań w restauracjach praktykowany jest tylko w Van. Nigdy się nad tym nie zastanawiałem, ale może to i prawda. Znajdujemy sobie knajpkę, siadamy za stołem i jemy. Nagle podchodzi do nas jakiś człowiek i proponuje... wyprawę na Ararat. Dziś już się na to nie skusimy, ale może za kilka lat? Może wyprawa pod Ararat rozpoczęta w 2002 roku jeszcze się zakończyła? Może zakończy się kiedyś zdobyciem szczytu? Kto wie?

Na ten rok wystarczy. Chciałem zobaczyć Ararat i go zobaczyłem. Pętla, jaką zrobiliśmy nie była mała. W wielu miejscach można było poprowadzić trasę bliżej Araratu lub odnaleźć lepsze punkty widokowe. Ale to już nieważne. Pod pretekstem wyprawy dookoła Araratu zobaczyliśmy kawał świata, o jakim wcześniej nie marzyłem. Pierwszy raz w życiu byłem w państwie nie uznawanym na świecie, pierwszy raz w życiu mam w paszporcie wizę, która zamyka mi drzwi do innego państwa (z wizą Górskiego Karabachu nie da się wjechać do Azerbejdżanu). Liznąłem Iranu, który teraz ciągnie mnie jak magnes. Podobny niedosyt czuję po tych paru dniach w Gruzji. Tam jeszcze jest gdzie jeździć i wiem, że wcześniej czy później znów wrócę na Zakaukazie.

koniec