Dookoła Araratu 2012

RELCJA Z PODRÓŻY:

Monastyr Tatev

Monastyry. Stare, średniowieczne chrześcijańskie klasztory. Jest ich w Armenii bez liku. Nie wiem ile musiałaby trwać wyprawa, żeby odwiedzić wszystkie. Niektóre są tak głęboko ukryte w górach, że nawet najdokładniejsza mapa jaką widziałem, nie pokazuje żadnego dojazdu do nich. Inne są tak piękne lub tak malowniczo położone, że stały się atrakcją turystyczną. Widzieliśmy tylko kilka armeńskich monastyrów, ale jednego z nich trzeba okrzyknąć najpiękniejszym. To monastyr Tatev leżący na samej krawędzi potężnego wąwozu Vorotan. To znaczy na krawędzi, ale tej drugiej krawędzi. Przez wąwóz prowadzi niesamowita droga. Ostrymi serpentynami schodzi na samo dno, by potem wspiąć się po drugiej stronie po niemal pionowej ścianie. Dwa lata temu ponad kanionem wybudowano kolej linową. Ma prawie 6 km długości, a w najwyższym miejscu wisi ponad 300 metrów nad ziemią. Przejazd kolejką zajmuje zaledwie 15 minut, natomiast przejazd rowerem przez wąwóz ze 3 godziny. Co wybrać? Akurat tu jesteśmy z Romanem zgodni. Rozumiemy się bez słów. Roman wsiada do kolejki, ja jadę przez wąwóz. Takiej drodze nie odpuszczę.

Zaczynam zjazd. Droga jest piękna, asfaltowa, ale nie rozpędzam się. Co kawałek staję i podziwiam. Kanion jest niesamowity. Najpierw otwiera się widok na wioskę zbudowaną kaskadami na zboczu, potem na jakąś kapliczkę na samym końcu skalnego cypla wiszącego nad kanionem, aż w końcu dostrzegam Tatev. I drogę, którą za chwilę będę musiał pokonać. Na samym dnie kanionu znajduje się niezwykła formacja skalna zwana Diabelskim Mostem. Naturalny most powstał z trawertynu wypłukanego przez gorące źródła. Przez wieki narastał, narastał, aż w końcu zamknął się nad rzeką. Chciałem zobaczyć tę osobliwość, ale tłum miejscowych biesiadujących przed samym zejściem skutecznie mnie zniechęcił. Nie czułbym się pewnie przeciskając się między rozłożonymi dywanami. No i przecież Roman czeka już zapewne na górze. Muszę mu pokazać, że przejazd przez ten wąwóz nie zajmuje całego dnia. A więc w górę. W upale, szutrową drogą. Dwie godziny wspinaczki. Jak to dobrze, że zbudowali kolejkę linową. Nie wyobrażam sobie, jak by mogła wyglądać ta droga zapchana samochodami. Teraz jest prawie pusta. I piękna. A na końcu niezwykła radość z pokonania kolejnej malowniczej drogi. Podjeżdżam pod klasztor i odnajduję Romana.

W klasztorze tłum ludzi. No tak, dziś niedziela, można było się tego spodziewać. Zwiedzam wnętrza i uciekam stamtąd. Nie wnętrza klasztoru są przecież najpiękniejsze, tylko jego położenie. Skąd będzie go najlepiej widać? Z drogi, kilkaset metrów dalej. Jedziemy tam i stajemy jak wryci. Tatev wygląda niesamowicie! Równie niesamowite jest, że mimo tłumów turystów wewnątrz klasztoru, tu nie dociera nikt. Ci ludzie są jednak jacyś dziwni. Przyjechali podziwiać najpiękniejszy klasztor w Armenii i go nie widzą, bo wymaga to małego spaceru.

Jedziemy dalej. Tej drogi nie mam na mapie, więc jedziemy trochę na czuja. Wciąż wspinamy się w górę, aż osiągamy 2000 metrów. Dopiero za przełęczą pojawiają się pierwsze wioski i jakaś cywilizacja. Droga jest podła. Na niewielkich odcinkach zachował się stary asfalt, ale większość trasy to szutrówki i gruntówki.

Roman jedzie słabo. Wciąż zostawiam go z tyłu, a potem na niego czekam. Nie potrafię jeździć wolniej. Wolniej to chodzi się pieszo. Na którymś z podjazdów jest tak samo. Czekam na Romana na zakręcie, ale zamiast niego widzę nadjeżdżającą starą Wołgę. Z otwartego bagażnika wystaje rower Romana, a on sam wychyla się przez okno i macha mi radośnie. Jak on to robi? Nikt się nie zatrzymuje przy mnie i nie oferuje mi podwózki, a on wyłapuje każdy, nawet najbardziej niedorzeczny transport. A najlepsze jest to, że wcale nie łapie okazji, to kierowcy sami się zatrzymują i go zabierają. Dla mnie to jakaś magia.

Dzień się kończy i musimy gdzieś zrobić zakupy. Wyboru nie mamy wielkiego. Akurat trafiliśmy do jakiejś niewielkiej, zagubionej w górach wioski. Następnej dzisiaj na pewno nie będzie. Pytamy się miejscowych czy jest tu jakiś sklep. Oczywiście, że jest, stoimy przed nim. Patrzę zdziwiony. Dom, jak wszystkie inne, stary, sypiący się, furtka w płocie zamknięta. W życiu bym nie zgadł, że to sklep. Wchodzimy do środka. Zaopatrzenie jest mizerne. W zasadzie można kupić tylko ciastka i słodycze. Miejscowi zgromadzili się na ulicy i na nas czekają. Widzą jak wychodzimy z niczym. Pytają się czego nam potrzeba. W zasadzie to tylko chleba i jajek. I nagle dzieje się coś dziwnego. Ktoś biegnie w prawo, ktoś w lewo i po chwili mamy to, co chcieliśmy. O pieniądzach nie chcą nawet słyszeć.

Przez przełęcz Meghri

Jesteśmy w Kapan. To całkiem spore miasto, zewsząd otoczone górami. Trudno nazwać je pięknym, gdyż poradzieckie wieżowce nie mogą być piękne, ale pierwszy raz widzę takie molochy wspinające się schodami na strome zbocza. Kapan leży w ciasnej dolinie, nad rzeką Voghji. Dalej na południe prowadzi tylko jedna droga, wspinająca się na solidna przełęcz. Roman nawet nie zamierza się na nią porywać. Ciągle jest na antybiotykach i czuje się po prostu słabo. Mnie wciąż rozpiera energia i żadnej przełęczy nie chcę odpuścić. Nie ma wyjścia, znów musimy się rozstać. Roman szuka autobusu, a ja cisnę samotnie dalej.

Droga prowadzi doliną rzeki. Początkowo nachylenie nie jest duże, ale droga jest wąska i zapchana samochodami. Jeździ tędy sporo ciężarówek. Tuż za Kapan na stromej skale stoi osobliwy pomnik. Przedstawia niedźwiedzia trzymającego w pysku klucz. Pomnik nazywa się "Klucz do Kajaran" i właśnie Kajaran jest następną miejscowością na trasie.

Kajaran znajduje się na samym końcu doliny, tuż przed kluczowymi serpentynami na przełęcz. Aż do Kajaran droga prowadzi w zasadzie prosto, trzymając się blisko rzeki. Wielkie hałdy ziemi wznoszące się nad miastem mówią wyraźnie, że to górnicza osada. Tutejsza kopalnia jest olbrzymia. Ziemią zalegającą we wszystkich okolicznych dolinkach i na wszystkich okolicznych zboczach można by było zasypać całe to miasto tak, że nawet dachów by nie było widać. W Kajaran wydobywa się głownie miedź. Pierwsze kopalnie powstały tu już w XIX wieku, a dziś jest to największa kopalnia miedzi i molibdenu w całej Armenii.

Za miastem zaczyna się wreszcie prawdziwy podjazd na przełęcz Meghri. Serpentyny ciągną się kilometrami, ale wciąż jestem na tej samej ścianie. Metr po metrze wspinam się wyżej i wciąż widzę całą drogę, którą od rana jadę. Wzrok sięga prawie po sam Kapan. Końcówka tej drogi jest bardzo zwodnicza. Wciąż wydaje mi się, że już jestem na przełęczy, po czym robię zwrot i wspinam się wyżej. To, co uznawałem za przełęcz, to tylko jakiś mało znaczący garb. Godzinę później patrzę na niego z góry, a przełęczy jak nie było, tak nie ma. Gdy już jestem pewien, że jestem na samej górze, zatrzymuje mnie jakiś miejscowy zbieracz jagód i mówi, że mam już blisko, najwyżej kilometr drogi. Masakra.

W końcu osiągam Meghri. Jestem na wysokości 2535 m.n.p.m. Jest późne popołudnie. Czas skontaktować się z Romanem. Wysyłam sms-a. Okazuje się, że dojechał busem do Agarak, ostatniej mieściny przed irańską granicą. Tam znalazł nocleg u kogoś w domu. Pisze, że spotkamy się jutro. Jeszcze czego! Zamierzam wkręcić się do niego na noc. W końcu teraz mam już tylko w dół. Za dwie godziny jestem!

Pędzę szybko, ale zjazd nie idzie tak sprawnie, jak sądziłem. Tu jest za pięknie. Zatrzymuję się co kawałek i robię zdjęcia. Pod przełęcz próbują powoli podjechać wielkie, irańskie ciężarówki, ale jakoś nie mogę ich uchwycić tak, żeby na zdjęciu wyszły równie niesamowicie, jak ja widzę je w rzeczywistości. Zanim wyjmę aparat, jest już po ujęciu. A wyglądają naprawdę nierealnie. Jak oni się mieszczą na tych zakrętach?

W końcu zjeżdżam do miasteczka Meghri. Krajobraz się zmienia. Przede mną pojawia się poszarpana, skalna ściana. Już zdążyłem przyzwyczaić się do zieleni, a tu nagle coś takiego. Suche, skalne iglice zamiast zielonych gór. Dolina, którą jadę już dawno tonie w cieniu, a resztki słońca oświetlają te szczyty na żółto. Widok jest oszałamiający. Patrzę na mapę. To skalne pustkowie to... Iran! Przede mną zmiana nie tylko krajobrazu, ale i całej kultury! Jadę wzdłuż rzeki Araks mając po lewej stronie zasieki z drutu kolczastego. To granica. Po prawej widzę resztki linii kolejowej przeciskającej się arkadami i tunelami przez góry. Żaden pociąg już tędy nie jeździ i nie pojedzie. Dawniej szła tędy kolej z Azerbejdżanu do Nachiczewan, azerskiej enklawy, ale to było wtedy, gdy wszystko należało jeszcze do Związku Radzieckiego. Dziś Ormianie na żaden pociąg nie pozwolą. Nawet tory już rozebrali.

Robi się już ciemno, gdy dojeżdżam do Agarak. Roman z gospodarzem na mnie czekają. Dostajemy pokój z wielkim łożem i kolację. Na deser osobliwy rarytas: orzechy w syropie. W życiu bym nie poznał, że to orzechy. Wyglądają raczej jak przerośnięte, czarne oliwki. W rzeczywistości są to młode, jeszcze niedojrzałe orzechy jakimś tajemniczym sposobem przerobione na konfiturę. Nigdy wcześniej nie jadłem czegoś takiego.