Dookoła Araratu 2012

RELCJA Z PODRÓŻY:

Przez przełęcz Sutku

Dojechaliśmy do wschodniego krańca Armenii. Przed nami granica z... No właśnie nie wiadomo z kim. I nie wiadomo czy rzeczywiście jest tu jakaś granica. Górski Karabach oficjalnie należy do Azerbejdżanu, ale chyba przez przypadek, bo Azerów mieszka tam niewielu. Większość mieszkańców to Ormianie i uznający się za oddzielny naród - Karabaszanie. Wszystkiemu winien podział administracyjny Związku Radzieckiego, który był podstawą do tworzenia nowych państw na Zakaukaziu. W ten sposób chrześcijański Karabach został włączony do muzułmańskiego Azerbejdżanu. To nie mogło się udać. W latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku odżyły nadzieje Karabaszan na niepodległość. Wybuchło powstanie, które zostało wsparte przez Armenię i ostatecznie przez nią wygrane. Po zwycięskiej batalii Karabaszanie ogłosili niepodległość. Ich państwa nie uznał nikt na świecie, nawet... Armenia. Zamiast tego Armeńczycy uznali te tereny za swoje własne. Czym więc dziś jest Górski Karabach? Dla Azerów - okupowana część Azerbejdżanu. Dla Karabaszan - niepodległe państwo (mają swój rząd i ambasadę w Erywaniu). Dla Ormian - armeńska enklawa. Dla nas - wielka niewiadoma, przez którą chcemy przejechać.

Podczas załatwiania wizy do Górskiego Karabachu pani ambasador wypytywała nas o cel podróży, po czym stanowczo stwierdziła, że przez przełęcz Sutku nie możemy tam wjechać. Jedyne w miarę oficjalne przejście graniczne znajduje się w pobliżu Goris. Ale dla nas to zupełnie nie po drodze, to przecież 100 km dalej. I to licząc w linii prostej. Nie ma mowy, albo przełęcz Sutku, albo nic. Kalkulując w ten sposób znaleźliśmy się w tym osobliwym miejscu. Przed nami przełęcz, nawet nie wiemy jak wysoka. Jedne mapy podają 2300 m.n.p.m., inne aż 2700 m.n.p.m. Później zmierzyliśmy ją gps-em i wyszło 2440 m.n.p.m. Po obu stronach przełęczy znajdują się wyrobiska kopalni złota. Wygląda to ohydnie. Całe góry są rozkopane i przysypane hałdami urobku. Szutrową drogą jeżdżą wielkie wywrotki wzniecając tumany pyłu i kurzu. Fatalnie się tam podjeżdża, ale innej opcji nie ma. I tak dobrze, że nikt nas nie zatrzymuje.

Po drugiej stronie przełęczy, poniżej kopalnianych hałd droga jest świeżo wyrównana i poszerzona. Pewnie Armenia chce pokazać swoje panowanie na tych terenach i inwestuje w przebudowę drogi. Wygląda na to, że szykują ją do wylania asfaltu, ale na razie jest tylko ubity piach często przysypany warstwą sypkich kamieni. Nie ma jak się rozpędzić. Zjeżdżamy powoli sycąc oczy pięknymi widokami. Gdzieś tam po drodze, już w dolinie, natrafiamy na domek, w którym siedzą Karabachcy pogranicznicy. Grają właśnie w karty i mają gdzieś kto obok nich przejeżdża. Zatrzymujemy się grzecznie i wyciągamy paszporty. Gdybyśmy po prostu przejechali, pewnie w ogóle by nie zareagowali, ale stanęliśmy, więc dla przyzwoitości muszą zajrzeć w paszporty i poszukać wiz. To wszystko. Czas odprawy - 20 sekund. Można wracać do przerwanej partyjki. Jesteśmy w Karabachu. Wbrew pani ambasador i wbrew moim wcześniejszym obawom. Jak tu jest? Jak w Armenii. Różnica jest tylko jedna: komórki straciły zasięg. Jakaś sieć komórkowa tu działa i to prawdopodobnie sieć Orange, ale umowy roamingowej nikt z nią nie podpisał.

Zjeżdżamy doliną rzeki Lev, a później Tartaru. Droga wzdłuż obydwu rzek jest niezwykle malownicza. Ciągnie się wąską, krętą doliną zamkniętą skalistymi ścianami. W pewnym miejscu robi się tak wąsko, że ledwie starcza miejsca na rzekę i kawałek drogi. Pojawiają się nawisy skalne. Ganiamy z aparatami po całej drodze, ale nie ma jak tego objąć. Przełom jest wspaniały. I całkowicie zapomniany. W innym państwie byłaby to atrakcja turystyczna, a tu po prostu jest.

Niewiele jest zabytków w Górskim Karabachu. Jego piękno polega na górach, nie na zabytkach. Coś tam jednak można odwiedzić. Dojeżdżamy do Dadivank, najpiękniejszego z widzianych do tej pory monastyrów. Wznosi się na wzgórzu, ponad wioską o tej samej nazwie. Pilnuje go dwóch mężczyzn, a jeden z nich chodzi za nami krok w krok i opowiada o każdym miejscu i każdym ornamencie. Jest lepszy od przewodnika. Dzięki niemu dowiaduję się, że klasztor założył św. Dadi, uczeń apostoła Tadeusza. Dadi rozprzestrzeniał chrześcijaństwo na terenie Armenii już w I wieku naszej ery. W klasztorze znajduje się jego grobowiec. Następnego dnia odwiedzamy monastyr Gandzasar. Klasztor jest ładny, ale nie powala na kolana. Jest za to oblegany przez turystów, których zupełnie się tutaj nie spodziewałem. Na dodatek jakieś dzieciaki spędzają tu wakacje. Sam monastyr leży na całkiem niezłej górce, a u jej podnóża stoi bardzo osobliwy hotel, swoja bryłą przypominający statek. Podobno dostał nieoficjalną nazwę: Titanic. Hotel do spółki z monastyrem tworzą taki mały, zatłoczony lunapark. Zdecydowanie wolę ukryty w górach Dadivank. Gdybym wiedział co zastanę w Gandzasar, w ogóle bym tu nie jechał.

Gościna w Stepanekert

Górski Karabach okazuje się być tak samo przyjazny, jak każde inne państwo. Wyjechaliśmy z bocznej, pustej, głębokiej doliny i znaleźliśmy się w rejonach gęściej zaludnionych. W państwie mającym status nieuznawanego w świecie, spodziewałem się kontroli wojskowych lub chociaż wojska patrolującego drogi. Widywałem już coś takiego w Turcji, a tutaj nic. Normalnie nic się nie dzieje. Zupełna sielanka. Śladów wojny też nie widać. Czytając przewodniki można odnieść wrażenie, że tu na każdym kroku można natknąć się na pozostałości po wojnie. Spotkaliśmy jeden zniszczony wóz bojowy zamieniony na pomnik i nic więcej. To nawet u nas, w Polsce są takie same pomniki i nikt nie robi z tego sensacji. Ach, ci autorzy przewodników...

Jedziemy na południe, w stronę Stepanekert. Toczymy się powoli, bo Romana dopadło jakieś choróbsko. W nocy miał gorączkę i czuje się bardzo słabo. Przed nami jakieś 50 km, więc nie tak dużo, ale nadziei na szybkie dotarcie do miasta nie mam. Niespodziewanie zatrzymuje się przed nami dostawczy samochód. Jedzie nim dwóch mężczyzn i wiozą jakieś dechy. Koniecznie chcą nas podwieźć. Nie zastanawiamy się ani chwili. Nawet nie pytamy dokąd jadą, ważne, że do przodu. Dopiero w trasie okazuje się, że ich celem jest Stepanekert. Lepiej trafić nie mogliśmy.

Na podwiezieniu się nie kończy. Ba, dopiero się zaczyna. Jeszcze po drodze zatrzymujemy się pod jakimś sklepem i kierowca kupuje wszystkim po piwie. Sam oczywiście też pije. Potem nagle pada propozycja, żeby coś zjeść. Czemu nie? Trafiamy do jakiejś tajemniczej restauracji. Z zewnątrz w ogóle nie widać, że to restauracja. Nie ma żadnych szyldów czy innych oznaczeń. Dostajemy zamknięty pokój i za chwilę stół zaczyna zapełniać się potrawami i przekąskami. Pojawia się flaszeczka, a potem druga. Do naszej czwórki dołącza jeszcze dwóch innych mężczyzn. Jak na ironię, jeden z nich ma na imię... Ararat. Impreza rozkręca się coraz bardziej i przeciąga aż do wieczora.

No tak, ale trzeba przecież gdzieś spać. Nasi gospodarze proponują nocleg u swojego znajomego (być może ojca jednego z nich). Ma nas kosztować po przeliczeniu niecałe 40 zł na osobę. Jedziemy zobaczyć. Warunki rewelacyjne, czysto, przestronnie, łazienka z hydromasażem. Ale najważniejsze jest przed domem. Basen! Nie mogę sobie tego odmówić. Zostajemy. Jednak impreza wcale się nie kończy, tylko przenosi na brzeg basenu. Znów pojawia się piwo. Jak i kiedy trafiłem do swojego łóżka, za bardzo nie pamiętam.

Samotnie do Goris

Podoba mi się w tym Górskim Karabachu. Chętnie pojechałbym jeszcze gdzieś dalej, ale nasza trasa prowadzi już z powrotem do Armenii. Wyjeżdżamy z samego rana. Miasto jeszcze śpi. Ja też chętnie bym jeszcze pospał, ale Roman jest bez serca. Impreza, nie impreza, pobudka o piątej rano musi być. O dziwo, czuję się całkiem nieźle, za to Roman jest bez sił. Rozkłada go choroba. Powinien wyleżeć ją w łóżku, a nie tułać się rowerem po świecie. Od rana przebąkuje nieśmiało o autobusie do Goris, ale ja absolutnie nie chcę się na to zgodzić. Za dużo już na tej wyprawie jeździliśmy autobusami. Tyle fajnych dróg nam umknęło, że żadnej więcej nie chcę stracić. Stepanekert leży w dolinie i ledwie minęliśmy ostatnie domy, a droga już zaczyna wspinać się w górę. Widać, że Roman nie ma siły na ten podjazd. Pewnie nie będzie miał też sił na żaden inny. A więc co? Autobus? Szybko dochodzimy do porozumienia. Roman wraca do miasta szukać autobusu, a ja cisnę samotnie przez góry. Spotkamy się wieczorem w Goris.

Ruszam ostro do przodu. Od Goris dzieli mnie 90 km. I dużo i mało. 90 km jestem w stanie bez problemu zrobić, ale wiem, że mam przed sobą jakąś przełęcz. Nie wiem tylko jak wysoką, na mapie nic nie zaznaczyli. Potem okazuje się, że na dzień dobry mam 1100 metrów podjazdu. Idzie ciężko, głownie dlatego, że ruszyłem bez śniadania, a na dodatek zapomniałem uzupełnić zapas wody. Do miasteczka Shushi, podobno ładnego i zabytkowego nawet nie zaglądam. Leży z boku głównej trasy, a mnie pcha do przodu. Droga po początkowym ostrym podjeździe nieco się wypłaszcza, ale ciągle idzie w górę. Doskwiera mi brak picia, więc gdy widzę kropelki wody ściekające po skale, wspinam się w górę i zbieram je do butelki. Wolno to idzie, ale w końcu jest pełna! Wskakuję na rower, przejeżdżam 200 metrów i co widzę? Pięknie obudowane źródełko. Eeeech...

Na śniadanie połączone z obiadem zatrzymuję się dopiero w połowie trasy, w Berdzor, już za przełęczą. Znajduje się tam jedyny sklep na całej trasie do Goris. A potem rzucam się dalej w dół, w dolinę rzeki Hakari, a potem krótkim podjazdem przeskakuję do doliny rzeki Aghavno. Przez cały czas widoki mam niesamowite. Spoglądając za siebie wciąż widzę przełęcz, z której właśnie zjechałem. Patrząc do przodu, drogę wspinającą się po ścianie doliny. Tamtędy pojadę. A więc znów do góry.

W dolinie Aghavno żegnam się z Górskim Karabachem. Tu znajduje się normalne przejście graniczne. Celnicy dokładnie sprawdzają mój paszport. Mam niepodbitą wizę i brak jakiegoś papierka, który miałem dostać z ambasady. Upieram się, że nic nie dostałem, a tak naprawdę, to ten papierek ma przy sobie Roman. Nie mam go i nic już na to nie poradzę. Chcą mnie odesłać po ten ponoć ważny dokument do Stepanekert, co przyjmuję jak dobry żart. Pogranicznicy w końcu machają na to wszystko ręką i mogę jechać dalej.

Kolejna wspinaczka. Jeszcze bardziej stroma od poprzedniej. Mam nadzieję, że jak wyjadę na krawędź doliny, będzie już płasko, ale nic z tego. Płaskowyż po drugiej stronie doliny dalej wznosi się w górę. Z nieba wciąż leje się niesamowity żar, a ja metr za metrem ciągnę dalej. Dobrze, że z wodą nie mam już problemów, źródełka spotykam wystarczająco często. W jednym z nich wybija woda... mineralna! Tylko butelkować i sprzedawać.

Wieczorem jestem w Goris. Prawie punktualnie, bo mam najwyżej godzinę spóźnienia Biorąc pod uwagę trudność trasy jest to całkiem niezły wynik. Z 90 km pokonanych dzisiaj aż 60 było pod górę. Roman czeka przy drodze, w umówionym miejscu. Tak, jak chciał, dojechał tu autobusem. Pozostało nam tylko wyjechać z miasta i poszukać miejsca pod namiot.