Dookoła Araratu 2012

RELCJA Z PODRÓŻY:

Przez przełęcz Karahacz

Już prawie zdążyłem zapomnieć jaki był cel wyprawy. Aaaa, Ararat. Tyle ciekawych miejsc za nami, że sam Ararat przestał być aż tak ważny. O jego istnieniu przypomina mi pierwsza reklama, jaką widzę w Armenii, zaraz po przekroczeniu granicy. Na ścianie niewielkiego sklepiku wisi ogromne zdjęcie butelki piwa Ararat. Ale to chyba nie o taki Ararat nam chodziło. Tym bardziej, że wśród tych wszystkich znakomitych, armeńskich piw, Ararat wypada dość słabo.

Wciąż jesteśmy na wysokości ok. 2000 metrów. Wysokość sprawia, że mimo słońca, wcale nie jest za ciepło. W nocy było wręcz zimno. Temperatura spadła do zaledwie 6°C. W takich warunkach najprzyjemniej jest się zaszyć w śpiworze i spać. Niestety, Roman codziennie robi pobudkę o 5 rano. Dla takiego śpiocha jak ja, to zabójstwo. Całe życie spałem ile chciałem, a teraz, na wakacjach dostaję musztrę jak w wojsku.

Pierwsza noc w Armenii wypada nam w bardzo dziwnym miejscu. Wśród niskich traw wznoszą się resztki zabudowań. Wyraźnie widać, że było tu jakieś gospodarstwo. Zastanawiamy się co mogło spowodować zawalenie tych wyglądających na solidne budynków? Trzęsienie ziemi? To chyba najbardziej prawdopodobna hipoteza. Ale nie same budynki są tak osobliwe. W jednym z nich uszkodzona została rura doprowadzająca wodę i tryska ona w górę tworząc wysoką fontannę. Mamy więc bieżącą wodę i do tego prysznic. Idealne miejsce na dziki nocleg.

Przed nami kolejna przełęcz, Karahacz, o wysokości prawie 2300 metrów. W Alpach to byłoby coś, ale tutaj oznacza to po prostu trochę podjazdu i nic więcej. Od rana rozglądamy się za właściwą drogą, w którą mamy skręcić. Niby jest, ale dla pewności pytamy jakiegoś miejscowego czy to ta. Mówi, że tak, ale próbuje nas zniechęcić tłumacząc, że droga jest w bardzo złym stanie. W końcu podsumowuje dosadnie: „chujowa daroga”. Jakie te języki są do siebie podobne.

Droga jest dokładnie taka, jak powiedział, ale za to bajecznie piękna. Tym razem nie ma urwisk, nie ma ostrych serpentyn. Ba, nie ma nawet normalnej przełęczy. Jest rozległy płaskowyż porośnięty kwiecistą łąką. Już dawno nie widziałem takich łąk. Tak naprawdę nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek coś takiego widział. Przez 20 km otaczały nas tylko kwiaty i kwiaty. Żadnych drzew, żadnych domów, tylko olbrzymi, kwiecisty dywan. W którymś momencie była ta przełęcz, ale tak naprawdę nie wiem w którym. Droga wznosiła się, opadała, znów wznosiła, znów opadała i za którymś razem stwierdziłem, że chyba opadła już na tyle nisko, że przełęcz na pewno została za nami.

Jadę sobie radośnie przez te kolorowe łąki. Ruch na tej drodze panuje praktycznie zerowy, ale tym razem z przeciwka jedzie stara, biała Wołga. Zatrzymuje się obok strumienia, tuż przede mną. Z Wołgi wysiada trzech mężczyzn i gdy do nich dojeżdżam, słyszę: „dawaj, pakuszajem, papijom, pogoworim!” Trochę się wzbraniam, ale nie mam jak się wykręcić. Pytają się skąd jestem, czemu jadę sam. No przecież nie sam, gdzieś tam z tyłu jest Roman, tylko zaginął wśród łąk i fotografuje kwiatki. Więc poczekamy na niego, a przy wódce lepiej się czeka. No i czekamy. W butelce coraz mniej, a Romana nie ma. Taka impreza go mija! Nawet przypadkowy pastuszek zostawił swoje owce i się przyłączył. Roman dojeżdża dopiero na sam koniec. Akurat zdążył jeszcze zrobić zdjęcie i posmakować jakiegoś osobliwego sera. Dostaliśmy go zresztą na dalszą drogę. Śmierdział strasznie i chociaż przy wódce smakował mi nieziemsko, to już następnego dnia nie byłem w stanie wziąć go do ust. Tymczasem flaszeczka się skończyła, więc pastuszek wrócił do owiec, mężczyźni do Wołgi, a my na rowery.

W końcu mamy w dół. Naprawdę w dół. Płaskowyż kończy się ostrym zjazdem, a potem dłuuuuugą prostą do Tashir. Tam robimy sobie postój na obiad, a po wyjściu z restauracji okazuje się, że pogoda zupełnie się zmieniła. Zaczyna nadciągać burza. Wiatr dmucha w plecy, więc uciekamy jak najdalej. Mijamy Stepanavan, ale tam widzimy, że dalsza ucieczka może się nie udać. Zjeżdżamy na jakieś pole i za pasem krzaków rozbijamy namiot. Gdy wrzucamy sakwy pod tropik, pierwsze, grube krople deszczu już o niego bębnią. Udaje nam się schować przed deszczem w ostatniej chwili. Miejsce na nocleg nie jest najszczęśliwsze, ale zostajemy tu do rana.

Przez przełęcz Puszkińską do Dilidżan

Chciałem koniecznie przejechać przez przełęcz Puszkińską. Opisy w przewodniku „najbardziej karkołomna” czy „najpiękniejsza” działały na wyobraźnię. Muszę ją zobaczyć i koniec. Podjazd zaczynamy już od rana. Nie jest trudny. Jedno, co go wyróżnia od wszystkich dotychczasowych podjazdów to… drzewa! To pierwsza przełęcz na tej wyprawie, którą podjeżdżamy jadąc przez las! Do tej pory mieliśmy same otwarte przestrzenie, a tym razem jedziemy w cieniu drzew. Dopiero ponad lasem zaczynają się pierwsze widoki. Pierwsze i zarazem ostatnie. Samą przełęcz osiągamy szybciej niż się mogłem spodziewać. Karkołomna to ona nie była. Piękna - owszem, ale żeby zaraz takie ochy i achy...

Droga przez Przełęcz Puszkińską jest całkowicie pusta, gdyż główna trasa wiedzie dziś wydrążonym tunelem o długości dwóch kilometrów. Stary, zniszczony asfalt coraz bardziej zanika. Lubię takie drogi, ale tym razem nastawiłem się na coś bardziej ekscytującego i czuję się oszukany. Sama przełęcz wita nas kilkoma wiatrakami generującymi prąd. O ile takie konstrukcje to normalność w krajach europejskich, o tyle tutaj są zaskoczeniem. Z umieszczonej przed wiatrakami tablicy dowiadujemy się, że to pierwsza taka instalacja w Armeni, a do tego została ufundowana przez Iran.

Zjeżdżamy do Vanadzor. To jedno z większych miast w Armenii. Nie wygląda zbyt ciekawie. Ot, po prostu duże skupisko domów i plątanina ulic. Ale jest gdzie przysiąść, odpocząć i coś zjeść. Znajdujemy nawet darmowe wi-fi, więc można sobie pocztę sprawdzić. Centrum bardzo różnorodne. Jakieś obskurne stragany, brudne blokowiska, a obok piękne, nowoczesne restauracje i sklepy. Po mieście jeżdżą gaz-busy. To typowo armeński wynalazek. Stare, naprawdę stare autobusy zostały przerobione na zasilanie gazem ziemnym, a butle z gazem umieszczono na dachach. Wygląda to dość osobliwie.

Roman bardzo nie chciał jechać rowerami do Erywania. Najpierw naciskał na przejazd autobusem, ale ponieważ się nie zgodziłem, wpadł na inny pomysł. Pojedziemy do Dilidżan i tam zostaniemy na kilka dni. Dilidżan stanie się naszą bazą wypadową, skąd zrobimy sobie jakiś rowerowy wypad do okolicznych monastyrów, a na koniec, czyli w poniedziałek skoczymy autobusem do Erywania. Ten pomysł nawet mi się spodobał. Nie lubię dużych miast, a Erywań na dodatek jest tak niefortunnie położony, że każdy wariant trasy, jaki sobie upatrzyliśmy, po prostu go omija. Trzeba by wjechać do Erywania, a potem się wracać. No więc niech będzie Dilidżan i autobus.

A po co w ogóle nam ten Erywań? Powody są dwa. Po pierwsze Ararat. Przecież to wyprawa dookoła Araratu, a właśnie z Erywania widać go najlepiej. To kwintesencja całej podróży, nie można z tego widoku zrezygnować. Drugim powodem jest nasza dalsza trasa. Z Armenii możemy wydostać się tylko wracając do Gruzji, lub jadąc dalej do Iranu. Do Iranu potrzebujemy jednak wizy, którą załatwić możemy tylko w Erywaniu. Nie ma więc wyjścia, Erywań musi znaleźć się na naszej trasie. A do tego mamy jeszcze weekend, więc na wizytę w ambasadzie musimy czekać do poniedziałku i tak rodzi się plan spędzenia kilku nocy w Dilidżan.

Wyjazd z Vanadzor okazuje się bardziej męczący od przełęczy Puszkinskiej. Podjazd ciągnie się w nieskończoność. I chociaż nachylenie nie jest duże, to tak zwodnicze, że wciąż wydaje nam się, że to już koniec, że już za chwilę będzie w dół. A tu ciągle jest pod górę. Po drodze dogania nas samochodem jakiś gość i zaczyna oferować nocleg w Dilidżan. W ogóle nie chcę go słuchać, myślę, że noclegów to tam będzie bez liku. W końcu to dawny kurort, podobno w czasach radzieckich bardzo popularny. Wciska nam jednak wizytówkę, więc bierzemy ją, żeby się od nas w końcu odczepił.

Jak na kurort, to Dilidżan wygląda dziwnie. Niektórzy porównują Dilidżan do naszego Zakopanego, ale to jakaś farsa. Może to Zakopane z futurystycznej wizji, gdy zabraknie w nim turystów? Noclegów zero. Knajpek czy restauracji zero. Zachwalany w przewodniku "Stary Dilidjan" okazuje się jedną, krótką uliczką i wcale nie jest stary, tylko stylizowany na stary. Mieści się tam muzeum, sklep z pamiątkami i jedyna w mieście restauracja, ale tak droga, że równie dobrze mogłoby jej w ogóle nie być. Katastrofa. Gdzie my przyjechaliśmy? I tutaj chcemy zostać kilka dni? Nawet głupiej kwatery nie możemy sobie znaleźć. Zrezygnowani wyciągamy z kieszeni wizytówkę i pukamy do drzwi gościa poznanego w drodze. Mieszka 10 metrów od "Starego Dilidżan" i wcale dużo za pokój nie chce. Niech będzie, zostajemy, ale tylko na jedną noc. Nie mamy pojęcia co robić dalej.

Z pomocą przychodzi nasz gospodarz. Skoro chcemy obejrzeć monastyry, to nie ma sprawy, jutro z samego rana zawiezie nas tam samochodem. No proszę, okazuje się, że nie tylko udziela noclegów, ale także robi za taksówkę turystyczną. A więc plan jest prosty: odwiedzamy dwa monastyry, a potem uciekamy dalej, do miasteczka Sewan. Może ono będzie przyjemniejsze od Dilidżan?

Ruszamy o świcie. Chyba nawet za wcześnie, bo monastyr Haghartsin zastajemy zamknięty. Przynajmniej częściowo zamknięty, bo do kilku pomieszczeń można wejść. Wygląda pięknie, ale drugi z monastyrów, Goshavank robi na mnie o wiele większe wrażenie. Przy obu monastyrach jesteśmy sami. Chodzimy, oglądamy, fotografujemy. Zwiedzenie tych dwóch miejsc zajmuje nam raptem 3 godziny, rowerami jechalibyśmy pewnie cały dzień.

Wracamy do Dilidżan, pakujemy sakwy i jedziemy dalej. Droga do Sewan prowadzi tunelem, ale my wybieramy dłuższą i ciekawszą przez przełęcz. Jest pięknie, nawet mimo tego, że po drodze dopada nas burza. Przemoknięci pokonujemy przełęcz i zjeżdżamy niżej. Olbrzymie jezioro Sewan widzimy już z daleka, ale dziś tonie w deszczowych chmurach i mgle. Jeszcze chwila i jesteśmy nad jego brzegiem.

Jezioro Sewan i Erywań

Jezioro Sewan to największe jezioro Armenii i zarazem całego Kaukazu. Należy też do najwyżej położonych jezior świata (ok. 1900 m.n.p.m.). Jego nazwa w języku ormiańskim oznacza Czarny Wan i według legend powstała jako żal za utraconym niegdyś jeziorem Wan (obecnie w Turcji), skąd pochodzi naród ormiański. Mało brakowało, a jezioro zniknęłoby z powierzchni ziemi tak, jak obecnie znika jezioro Aralskie. Powód jest dokładnie ten sam, idiotyczne i nieprzemyślane plany radzieckich inżynierów. W 1949 roku rozpoczęto spuszczanie wody z jeziora w celu nawodnienia pól i zasilania hydroelektrowni. Plan przewidywał obniżenie poziomu wody o 55 metrów. Na szczęście w 1956 roku, po śmierci Stalina realizację projektu wstrzymano, a jezioro straciło „tylko” 20 metrów. To „tylko” sprawiło, że pod najbardziej znany monastyr w Armenii, czyli Sewanawank można podjechać rowerem, chociaż zbudowano go na wyspie. Kiedyś było to tak odludne miejsce, że zsyłano tu mnichów za karę, a dziś cały półwysep przerobiono na lunapark z hotelami i dyskotekami. To tu toczy się turystyczne życie Armenii, a nie w Dilidżan. My jednak uparliśmy się na miasto Sewan, więc zwiedzamy monastyr i jedziemy dalej.

Kto by pomyślał, w mieście Sewan nie ma żadnych noclegów! Żadnych! Sewan to jeszcze większa dziura od Dilidżan! Nie ma tam nic. Podobno w ostatnich latach miasto opuściła 1/3 mieszkańców. Wszystkie noclegi znajdują się nad jeziorem. Są tam hotele, campingi, do wyboru, do koloru. Mają tylko jedną wspólną cechę: są cholernie drogie. Głupio zrobiliśmy opuszczając Dilidżan. Ale trudno, stało się. Jeździmy tam i z powrotem, aż w końcu udaje nam się wynająć domek na campingu. Kosztuje w przeliczeniu jakieś 80 zł za noc. Drogo, ale nie tak tragicznie. Mamy dostęp do jeziora i widok na monastyr Sewanawank.

Następnego dnia jedziemy marszrutką Do Erywania, a potem bierzemy taksówkę do centrum. Jesteśmy już blisko, gdy nagle ponad miastem pokazuje się Ararat! Jest olbrzymi! Piękny! Dostojny! Zatrzymujemy taksówkę i każemy jej wracać. Nie chcemy centrum, chcemy na punkt widokowy, skąd najlepiej widać Ararat! Taksówka czeka, a my podziwiamy i fotografujemy górę. Pogodę mamy idealną, układ słońca też jest idealny. Cel wyprawy został osiągnięty. Właśnie o takim Araracie marzyłem i takiego widzę. Teraz na spokojnie możemy zająć się sprawami przyziemnymi, czyli wizami.

W Erywaniu załatwiamy dwie wizy. Pierwsza do Górskiego Karabachu. Nie wiem czy potrzebna, bo status Górskiego Karabachu nie jest jasny, ale dla świętego spokoju chcemy ją mieć. Na szczęście z uzyskaniem wizy nie ma żadnych problemów. Załatwiamy ją praktycznie od ręki. Z wizą irańską idzie znacznie gorzej. Na początek dowiadujemy się, że akurat dziś ambasada Iranu jest... zamknięta. Mają jakieś święto, czy coś. A więc następnego dnia znów zjawiamy się w Erywaniu. I wtedy się zaczyna. Wiza tranzytowa kosztuje 40€, ale załatwiana w jeden dzień - 60€. Wpłaty trzeba dokonać w irańskim banku, w zupełnie innej części miasta. A więc znów taksówka i krążenie po mieście. Do tego dochodzi obowiązkowe ubezpieczenie. Tak naprawdę, to ono nie jest obowiązkowe, ale akurat pracownicy tej ambasady mają znajomego, który zajmuje się ubezpieczeniami, więc bez ubezpieczenia nie chcą wydać wizy. Załatwiamy wszystko, wracamy do ambasady i dowiadujemy się, że jest już za późno i dziś wizy nie dostaniemy. A więc co? Czeka nas jeszcze jedna wizyta w Erywaniu? W takiej samej sytuacji, jak my, są też inni i głośno protestują. Pracownicy w końcu miękną i zgadzają się, że możemy poczekać na wizy mimo zamknięcia placówki. Udało się. Mamy wszystko, czego potrzebowaliśmy. Możemy ruszać dalej.

Wracamy na camping, pakujemy się i ruszamy w drogę. Jedziemy zachodnim brzegiem jeziora. Droga jest spokojna i widokowa. Gdzieś tam po drodze trafiamy na kolejny monastyr, Hayravank. Jest w remoncie, ale i tak prezentuje się uroczo. Tuż obok monastyru stał kiedyś zamek, po którym pozostały nikłe ślady fundamentów i... piękne miejsce pod namiot. A więc nocleg mamy wręcz bajkowy...

Sevan, olbrzymie jezioro w środku gór. Stoję nad brzegiem i rozglądam się wokół. Niektóre ze szczytów, jakie widzę, są pokryte śniegiem. Jesteśmy na wysokości ponad 1900 metrów. Chociaż słonce pali od rana, wcale nie jest za ciepło. W przewodniku piszą, że wody jeziora Sewan są wyjątkowo ciepłe. Ciepłe? Na tej wysokości? Chciałbym to sprawdzić. Stoję nad brzegiem, ale od wody dzieli mnie kilka metrów skalnego gruzowiska. Wykąpię się w tym armeńskim morzu, ale nie tutaj, nie teraz.

Ruszamy dalej. Prosto na południe. Droga lekko faluje, ale dużych wzniesień nie ma. To najbardziej płaski dzień ze wszystkich dotychczasowych. Na dokładkę mamy wiatr w plecy. Marzenie rowerzysty. Jedzie się lekko i szybko. Prawie cały czas możemy podziwiać błyszczącą w słońcu taflę jeziora.

Wciąż poszukuję miejsca, w którym mógłbym wejść do wody. Uciekają kilometry, a nic takiego nie widzę. W końcu docieramy na południowy brzeg jeziora. Tu świat wygląda inaczej. Są wioski, są pola, są drzewa. No i brzeg jeziora jest całkiem płaski. I bliski. Skręcamy w bok i lądujemy na brzegu. Nie jesteśmy sami. Dwóch miejscowych przyjechało tu samochodem. Nie zważam na nich. Kładę rower na ziemi, zrzucam ciuchy i wskakuję do wody. Jest... ciepła! Naprawdę. Romek zostaje na brzegu i nawiązuje rozmowę z miejscowymi. Przyjechali nad jezioro wykąpać się, ale nie tak, jak ja, w Sewanie. Nad brzegiem stoi coś na kształt hydrantu. To podobno jakiś głębinowy odwiert. Nie wiem po co i na co coś takiego w takim miejscu, ale jest. Po wyjściu z wody wskakuję jeszcze pod ten hydrant. Woda jest... zimna! I to jak! Miejscowi częstują nas piwem i chwilę później znów jesteśmy na rowerach.

Zostawiamy to piękne jezioro za sobą. Dojeżdżamy do największej miejscowości dzisiejszego dnia, do Vardenis. Mamy nadzieję, że uda nam się tu wstąpić do jakieś knajpki na obiad. Rozglądamy się po centrum i nic. Naprawdę nie ma tu żadnej żarłodajni? Roman nie daje za wygraną i pyta miejscowych. Oczywiście, że jest! O, tu, w tym budynku. Tylko wejście jest nie od frontu, a od tyłu. Dokładnie tu, tą ścieżką za krzakami. I tymi schodami prosto do piwnicy. Rowery możemy zostawić, nikt ich nie ukradnie. To co, że ciemno w korytarzu, tam można pakuszać. Weszlibyście tam? My weszliśmy. W środku była... restauracja! Prawdziwa. Z barem, stołami i nawet coś tam dawali do jedzenia.

Dotarliśmy do wschodniej granicy Armenii. A właściwie to nie wiadomo gdzie dotarliśmy. Oficjalne mapy pokazują, że przed nami znajduje się granica, a armeńskie, że jeszcze nie. Więc gdzie jesteśmy? Przed Górskim Karabachem, państwem, które nie istnieje. I właśnie tam prowadzi nasza dalsza droga.