Dookoła Araratu 2012

RELCJA Z PODRÓŻY:

Skalne miasto Vardzia

Busy, autobusy, dolmusze. Mam już dość tych słów. To nie pierwsza moja wyprawa z Romanem. Myślałem, że go znam, a tymczasem Roman naciska na autobusy coraz bardziej. Teraz wysuwa propozycję przejechania połowy Armenii autobusem! Nawet nie chcę o tym słyszeć! Przez ostatnie kilka lat nie byłem z Romanem na żadnym wyjeździe. W tym czasie on nie próżnował, zrobił dwie naprawdę duże wyprawy, tyle, że... z plecakiem. I chyba już mu tak zostało. Teraz traktuje rower jak taki większy plecak, który w każdej chwili może wrzucić do busa. W Akhaltsikhe Po raz ostatni godzę się na busa. Przynajmniej takie mam postanowienie. Jedziemy do Vardzi, do miasta wykutego w pionowej skale wąwozu. Droga jest smętna i mało widokowa. Bus mija jakieś zapomniane wioski i powoli gubi pasażerów. W pewnym momencie skręca w wąwóz rzeki Kura i znów zaczynam żałować, że siedzę zamknięty w metalowym pudle. Chwytam strzępy widoków gapiąc się w okna. Próbuję panicznie robić jakieś zdjęcia, ale wszystko tak szybko umyka! Kolejna piękna droga przez piękny wąwóz została po prostu zmarnowana.

Vardzię było widać już z daleka. Wyglądała jak nadrzeczna, piaszczysta skarpa z wydrążonymi przez jaskółki tunelami. Teraz zamierzamy w te tunele wejść. Busem docieramy pod samą skałę. Na chwilę tylko zatrzymujemy się pod kasą, kupujemy bilety i jedziemy dalej drogą, którą chodzą już tylko piesi. Dopiero w miejscu, gdzie asfalt zamienia się w wąską ścieżkę, wypakowujemy rowery, spinamy je i idziemy zdobyć miasto.

Początki Vardzi sięgają XII wieku. Wydrążono ją w pionowej ścianie wąwozu w takim samym celu, jak inne tego typu miasta: by chronić się przed najeźdźcami. Imponujące są rozmiary miasta. Podziemia mogły pomieścić nawet 60 tys. osób. Skalna ściana skrywała ok. 6000 pomieszczeń rozmieszczonych na 13 kondygnacjach. Z zewnątrz Vardzia była praktycznie niewidoczna. Jak to często bywa, kres Vardzi nastąpił przez trzęsienie ziemi, po którym 2/3 miasta zjechało do rzeki. Praktycznie wszystko, co zostało z Vardzi jest teraz widoczne z zewnątrz. Liczyłem na jakieś włóczenie się po podziemiach, ale nic z tego. Jak ktoś chce obejrzeć prawdziwe skalne miasto, nie ma wyjścia, musi jechać do Turcji, do Derinkuyu lub do Kaymakli. Vardzia jest piękna w inny sposób. Jej największym atutem jest niezwykle malownicze położenie.

W pewnym sensie dobrze zrobiliśmy, że wzięliśmy dziś tego busa. Dzięki temu dotarliśmy do Vardzi na tyle wcześnie, że słońce pięknie oświetlało całą podziurawioną ścianę. Po południu nie byłoby już takiego efektu i takich zdjęć. Było to dobrze widać wieczorem, gdy opuszczaliśmy to niezwykłe miejsce. Na wyjazd upatrzyłem sobie trochę nietypowy wariant. Według wszystkich map, do Vardzi prowadzi tylko jedna droga. To znaczy jedna droga asfaltowa, ale jak dobrze się przyjrzeć zdjęciom satelitarnym, to okazuje się, że są jeszcze dwie inne. Obydwie wspinają się ostro w górę serpentynami wykutymi w ścianie wąwozu. I właśnie jedną z nich postanowiłem pojechać dalej. Droga jest szutrowa, miejscami wręcz kamienista, ale tak piękna, jak tego oczekiwałem. To tylko 10 km mozolnego podjazdu, a ileż przy tym zachwytów! Najpierw mamy widoki na Vardzię. Powoli wykute komnaty stają się coraz mniej widoczne, aż wreszcie całkiem zlewają się ze skalną ścianą. Potem nagle na horyzoncie pojawiają się ruiny zamku. W żadnym przewodniku nie natrafiłem nawet na wzmiankę o nim. A on jest i też wygląda pięknie. Najpiękniejsza jest jednak sama droga, kręta i niesamowicie widokowa. Kocham takie podjazdy i takie drogi.

Biedniejsza strona Gruzji

Gdy dotarliśmy na krawędź doliny, powoli kończył się już dzień. Okazało się, że znajduje się tam zapomniana przez wszystkich wioska. Zapomniana nawet przez tych, którzy ją zakładali i budowali. Wszystkie domy w wiosce to po prostu klocki z wielkiej płyty. Są brzydkie, niewykończone, a na dodatek połowa z nich została po prostu porzucona w trakcie budowy. Smętnie to wygląda. Niespodziewanie znajdujemy w tej wiosce miejsce na nocleg. Roman chciał tylko kupić od jakiegoś miejscowego jajka, a on najpierw zaprosił nas na kolację w ogrodzie, a potem wziął do domu. Naczytałem się sporo o gruzińskiej gościnności i właśnie mieliśmy okazję z niej skorzystać. Nasz gospodarz podzielił się wszystkim, co miał, a wcale nie miał wiele. Mieszkał z żoną i trójką dzieci w jednym z tych obskurnych domów. W środku stało tylko kilka niezbędnych mebli i nic więcej. Przez cały wieczór siedzieliśmy przy stole i próbowaliśmy rozmawiać. Jakoś to jednak nie wychodziło. Z dużym trudem dobieraliśmy słowa i dochodziło przez to do nieporozumień. Czuliśmy się bardzo nieswojo. Mieliśmy wrażenie, że za naszymi plecami trwa cicha wojna z żoną gospodarza o to, że tu jesteśmy. Na dodatek w tym samym czasie, gdy gospodarz dwoił się i troił, żebyśmy czuli się u niego dobrze, jego dzieci przetrzepały nam sakwy. Powyciągały rzeczy i sprzęt, ale już nie potrafiły go schować tak, jak był wcześniej. Nic nie zginęło, ale jednak niesmak pozostał. Rankiem, na pożegnanie gospodarz poprosił jeszcze o mój kapelusz, żeby mieć pamiątkę, a ja, głupi mu go dałem. W zamian dostałem zwykłą, białą czapeczkę bejsbolówkę. Jakoś nie za bardzo mi się spodobała ta gościna. Chyba mimo wszystko wolę sypiać na dziko w namiocie.

Przewodnik podaje, że tereny, przez które właśnie jedziemy, należą do najbiedniejszych w całej Gruzji. I rzeczywiście, zapomniana wioska, w której spaliśmy to nie jedyna zrujnowana miejscowość tego dnia. Jedziemy przez rozległe łąki w stronę wsi Okami. Przynajmniej wydaje nam się, że w jej stronę jedziemy, bo gruntowe drogi tak kręcą, że właściwie nie wiemy, gdzie jesteśmy. Gdy trafiamy do Okami (mam taką nadzieję, że to była Okami), znów witają nas ruiny i walące się domy przypominające ziemianki. Wygląda to nawet malowniczo, ale niestety biednie.

Gdy planowałem wyjazd z Vardzi tą piękną drogą ostro w górę, na pustkowia, przez które teraz jedziemy, to wydawało mi się, że to bardzo oryginalny pomysł. Nie spodziewałem się spotkać tu turystów. Tymczasem nagle staję jak wryty. Z przeciwka jadą rowerzyści. Połyskujące w słońcu sakwy i kaski mówią wszystko. Spotykamy się na środku drogi i po raz drugi wpadam w osłupienie. To Polacy! Mało tego, że Polacy, to jeszcze znajomi! Znamy się co prawda tylko przez internet, ale zaskoczenie jest zupełne. To Małgorzata i Krzysztof z Zielonej Góry. Relacja z ich wyprawy przez Gruzję znajduje się tutaj: wyprawyrowerowe.zgora.pl. Jadą do Vardzi moją drogą. Drogą, którą tylko my mieliśmy jechać.

Wkrótce udaje nam się wydostać z łąk na główną drogę, ale pustkowia wcale się nie kończą. Aż do wieczora jedziemy przez płaskowyż wciąż wspinając się w górę. Nachylenie nie jest duże, ale jednostajne. Do tego wzmaga się wiatr i dmucha prosto w twarz. Nie jestem w stanie wyciągnąć więcej, jak 13 km/h. Jedzie się bardzo ciężko. Po drodze, w Ninotsminda spotykamy kolejnego rowerowego podróżnika. Jest z Holandii i podobnie jak spotkani wcześnie Polacy jeździ wyłącznie po Gruzji. My już powoli się z Gruzją żegnamy. W najwyższym punkcie płaskowyżu, na wysokości ponad 2100 m.n.p.m. przekraczamy granicę z Armenią. Trudno to miejsce nazwać przełęczą, ale ważne, że po drugiej stronie płaskowyż w końcu zaczyna opadać w dół. W Armenii nie przejeżdżamy już wiele. W pierwszej napotkanej wiosce robimy zakupy i powoli rozglądamy się za miejscem pod namiot.