Dookoła Araratu 2012

RELCJA Z PODRÓŻY:

Znowu w Van

Wyjeżdżamy z Van

To było dawno, naprawdę dawno, a dokładniej 10 lat temu, gdy z Tomkiem Kłosińskim ruszałem pod Ararat. Porywaliśmy się na coś niemożliwego. Chcieliśmy pokonać 5000 km dzielące Polskę od Araratu. Z góry było wiadomo, że celu nie osiągniemy. I nie osiągnęliśmy. Splot różnych wydarzeń, a głównie wypadek jaki mieliśmy po drodze spowodowały, że dojechaliśmy tylko w okolice Izmiru. Marzenia o Araracie jednak pozostały. Kilka lat później, w 2006 roku wyruszyłem w swoją drugą podróż pod Ararat. Towarzyszył mi wtedy Roman Wantoła. Udało nam się przejechać przez całą Turcję, ale Araratu znów nie osiągnęliśmy. I znów zostały tylko marzenia. Minęło kolejne 6 lat. A może tak znów pod Ararat? I znów z Romanem?

Zaczynamy w Van. Dokładnie tam, gdzie 6 lat temu skończyliśmy. Od Araratu dzielą nas raptem dwa dni drogi. Cel wydaje się być bliski, więc wymyślamy ciąg dalszy wyprawy. A może tak zobaczyć Ararat od strony Armenii? Podobno stamtąd wygląda dużo piękniej. A jak już będziemy w Armenii, to może... dookoła Araratu? Może tak zacząć w Van i skończyć w Van? Po drodze można odwiedzić Iran, może uda się wjechać do Górskiego Karabachu? Plan coraz bardziej nam się podoba i sam Ararat pozostaje nieco odpuszczony. To będzie wyprawa dookoła Araratu, ale takim kołem, że nawet nie będzie go widać.

Jedziemy tylko we dwóch, ja i Roman. Tak, jak 6 lat temu. Zrobiliśmy razem także kilka innych wypraw, więc znamy się dobrze. Lubię podróżować z Romanem, chociaż nie należy do połykaczy kilometrów. Gdy przedstawiam Romanowi zarys trasy przekraczający 2000 km, na które mamy 3 tygodnie czasu, jego reakcja jest prosta: "to jest nierealne, będziemy musieli podjechać część autobusem!". Ja tam bym to przejechał, ale dla Romana rzeczywiście może być nierealne. Zgadzam się więc na ten autobus. Roman szybko idzie za ciosem i rzuca propozycję: z Van do Doğubayazıt! A potem dalej do Kars! No i fajnie. Cel podroży ma być osiągnięty, a nawet ominięty autobusem. Nieźle się zaczyna.

No więc zaczynamy w Van. Jedziemy przez miasto próbując odnaleźć miejsca, które zapamiętaliśmy z poprzedniej wizyty. Bezskutecznie. Zaledwie pół roku temu było tu silne trzęsienie ziemi, które zamieniło miasto w kupę gruzu. Wiele budynków trzeba było zrównać do fundamentów, inne gruntownie wyremontowano. To pewnie dlatego miasto wygląda zupełnie inaczej. Jeździmy tam i z powrotem szukając dworca autobusowego. Dworzec jest, autobusu do Doğubayazıt brak. Proponują nam dolmusza, który odjeżdża z centrum. Szukamy centrum i właściwego dolmusza. Nic z tego. Mieszkańcy kierują nas na dworzec autobusowy, a przecież już wiemy, że stamtąd się nie wydostaniemy. A więc falstart. Pozostaje nam ruszyć w trasę rowerami. W sumie nawet się z tego cieszę, ale Roman nie daje za wygraną. Gdzieś tam po drodze łapie dolmusza jadącego do Çaldıran. Jest pełen, ale jakimś cudem pakujemy się do środka. Jedziemy siedząc na deskach dostawionych do foteli, a inni pasażerowie trzymają nasze rowery, żeby nie przewracały się na nich. A więc nie uniknęliśmy busa na samym początku. Dopiero pod koniec dnia przejeżdżamy kawałek rowerem.

Nasz pierwszy nocleg w Turcji wypadł w niezwykłym miejscu. Rozbiliśmy namiot wśród poszarpanych skał, będących pozostałością jęzorów zastygłej lawy. Leży to tutaj od ponad 2000 lat i pokrywa obszar o powierzchni 500 km². Wygląda to niesamowicie. Dookoła nie ma nikogo, tylko na pobliskiej górze majaczy strażnica wojskowa, strzegąca granicy z Iranem. Do Doğubayazıt nie zostało nam wiele, więc następnego dnia jedziemy tam rowerami. Po drodze mamy jakąś przełęcz o wysokości ponad 2500 metrów. Spaliśmy jednak niewiele niżej, więc wyjeżdżamy na nią szybko. Za to na przełęczy... Jest! Oto i on! Nasz pierwszy widok na Ararat! Jest piękny, ale powoli zaczyna chować się w chmurach. To chyba codzienny rytuał. Tylko o poranku można go zobaczyć w pełnej krasie, potem wokół wierzchołka zaczyna pojawiać się coraz więcej chmur. Ale o poranku słońce jest z drugiej strony, więc... trzeba jechać do Armenii. Stamtąd z pewnością będzie wyglądać najefektowniej.

Pałac Işak Paşa

Pałac Işak Paşa

Doğubayazıt to małe, zatłoczone miasteczko. Na wjeździe zostajemy obrzuceni kamieniami przez dzieciaków. Tak to już z nimi jest. Jak nie żebrzą, to próbują kraść, albo jak teraz, rzucają kamieniami. Lubię Turcję (jako kraj), ale Turków (jako naród) już nie. Najgorsze są właśnie dzieci. Aż strach pomyśleć jacy będą, gdy dorosną.

Doğubayazıt jest brzydkie, jak zresztą wszystkie tureckie miasta, ale jedną uliczkę ma nawet ładną. Jest to deptak z kostki, ozdobiony zielonymi klombami i kolorowymi witrynami sklepowymi. Albo Turcja się zmienia, albo to tylko wpływ pobliskiej atrakcji turystycznej, do której i my jedziemy.

Niedaleko Doğubayazıt, na skalistych wzgórzach na południe od miasta wznosi się niezwykły, monumentalny pałac uważany za jeden z najwybitniejszych przykładów XVIII-wiecznej architektury osmańskiej. Najefektowniejsza jest sama lokalizacja pałacu. Stoi na wzgórzu wyrównanym masywnym fundamentem, który w najwyższym miejscu ma aż 15 metrów wysokości. Z okien roztacza się niezrównany widok na całą okolicę. Całą, ale Araratu stamtąd nie widać. Wyglądałem przez okna, wychylałem się z resztek dawnego balkonu i nic. Araratu nie widać i już. Podobno Çolak Abdi Paşa, który rozpoczął budowę tego pałacu bał się Araratu i stąd takie, a nie inne położenie. Sam pałac to mieszanina kilku rożnych stylów i kilku rożnych rodzajów kamienia. Całkiem nieźle zachowane komnaty i tarasy wyglądają naprawdę pięknie. Do niedawna pałac był niszczejącą ruiną, z rzadka tylko odwiedzaną przez zapaleńców. Teraz został zakonserwowany i przykryty szklanym dachem. Z daleka wygląda to dziwnie, ale w środku daje niezłe wrażenie.

Wracamy do Doğubayazıt. Poganiają nas ciężkie, deszczowe chmury. Myśli Romana od razu wędrują w stronę autobusów. Pałac zaliczony, teraz aż do Kars nie ma nic, tylko pustkowia. Ja przez te pustkowia chętnie przejechałbym rowerem, ale przecież wiem, że jest to "nierealne". Zgodziłem się na autobus, więc nie będę wydziwiał. Bezpośredniego połączenia z Kars nie ma. Są za to dolmusze do Iğdır. Niech będzie Iğdır. Pakujemy się do drugiego, stojącego w kolejce, bo jest całkiem pusty. Najwyżej trochę poczekamy. Deszczowe chmury też na nas czekają. Gdy jesteśmy już w środku zaczyna się istne oberwanie chmury! Leje tak mocno, że świata nie widać. Dopiero po ponad godzinie deszcz trochę się uspokaja i zaczynają zbierać się pasażerowie. Dolmusze mają to do siebie, że na pusto nie jeżdżą, a w taką ulewę mało kto ma ochotę wyjść z domu. W końcu ruszamy w drogę i dopiero wtedy widzę, co stało się w mieście. Rzeka wystąpiła z brzegów i płynie ulicami. Podmyte domy wiszą nad wodą. Tylko chwile dzielą je przed ostatecznym zawaleniem. Mijamy to wszystko i uciekamy do Iğdır.

W Iğdır jesteśmy późno. Za późno na dolmusze, które w trasy ruszają rano. Znajdujemy sobie obskurny, ale w miarę tani hotelik. Wieczorem robimy jeszcze rowerową przejażdżkę po mieście. Iğdır jest ostatnim miejscem, skąd widać Ararat. Powoli musimy się z nim żegnać, przynajmniej na jakiś czas. Granica turecko-armeńska jest zamknięta, więc chcąc dostać się do Armenii, musimy najpierw odwiedzić Gruzję.

Ruiny miasta Ani

Ruiny miasta Ani

Do Kars znów jedziemy autobusem. Mam nadzieję, że to już ostatni raz, w końcu pokonaliśmy w ten sposób niezły kawał drogi. Szosa wije się przez bezkresne pustkowia, a gdzieś tam po drodze przecina imponujący wąwóz. Większość trasy jednak po prostu śpię. I bardzo dobrze, czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal. Do celu docieramy w niecałe dwie godziny. Jemy na mieście jakiś kebab, robimy jakieś zakupy i dalej w drogę. Tym razem w końcu rowerami. W Kars zrobiłem nietypowy zakup, jak na rowerzystę. Kupiłem sobie śliczny kapelusz z dużym rondem :)

Nasza dalsza droga prowadzi prosto na wschód, do ruin miasta Ani. Cały czas mamy pustkowia, czasem wykorzystywane rolniczo, czasem do wypasów krów lub owiec. Zadziwia mnie sama droga. Jest szeroka jak autostrada, a prowadzi przecież donikąd.

Ani to zapomniane miasto na samym krańcu Turcji. Tysiąc lat temu było stolicą państwa Ormian, a swoją wielkością i bogactwem mogło konkurować z Konstantynopolem czy Bagdadem. Nazywano je miastem 1001 kościołów i było to bliskie prawdy. Nie miało jednak szczęścia. Było napadane, łupione i okupowane. W końcu dzieła zniszczenia dokończyło trzęsienie ziemi w 1319 roku. Po tej tragedii miasto powoli popadało w zapomnienie. Z czasem granice państw się poprzesuwały i Ani znalazło się na samej tureckiej granicy. To niezbyt fortunne położenie sprawiło, że przez długie lata stacjonowało tam wojsko. Żeby dostać się do miasta, trzeba było mieć specjalne pozwolenie. Od kilku lat wojska już nie ma i zwiedzić może je każdy. A jest co oglądać. Wydawać by się mogło, że to tylko kilka ocalałych kościołów i jedno wielkie gruzowisko, ale klimat tego miejsca jest niesamowity. Trudno o tym opowiedzieć, trzeba to po prostu poczuć. Trzeba zobaczyć głęboki wąwóz z wydrążonymi w jego ścianie komnatami, wejść do ocalałych świątyń i przespacerować się między kamieniami leżącymi tu od setek lat. Wtedy można poczuć klimat wielkiego i bogatego miasta. Miasta, przez które dawniej biegł słynny jedwabny szlak. Ani to najbardziej niezwykłe miejsce, w którym do tej pory byłem. Dzień kończymy niedaleko tych ruin. W niewielkim zagłębieniu terenu stawiamy namiot. Nas tam nie widać, za to my widzimy oświetlone ostatnimi promieniami słońca mury obronne Ani.

Pustkowia wschodniej Turcji zdają się nie mieć końca. Następnego dnia jedziemy przez rozległy płaskowyż, wciąż kierując się na północ. W Turcji posiłkuję się bardzo ogólną mapą w skali 1:1000000. Jakież jest moje zdziwienie, gdy okazuje się, że zaznaczone na niej drogi to zwykłe polne trakty! Przez cały dzień mijamy tylko małe, biedne wioski zagubione w morzu traw. Czasem którąś z piaszczystych dróg przemknie jakiś dolmusz wzbudzając tumany kurzu, ale prawdę mówiąc, ruch jest niewielki. Jedyne, czego nie brakuje, to słońca. Żar leje się z nieba i wypala nas na wiór. Pierwszą miejscowością, w której można chociaż trochę odpocząć jest Arpaçay. Pierwszą i zarazem jedyną, w której można coś zjeść lub zrobić zakupy. Arpaçay zaskakuje mnie z jeszcze jednego powodu. W samym centrum tej mieściny znajduje się skwer pełen fontann! Jak na standardy tureckie to wielka osobliwość. Czyżby tureckie miasta starały się nie być tak brzydkie, jak są w rzeczywistości?

Za Arpaçay świat trochę się zmienia. Pod kołami znów pojawia się asfalt, a kawałek dalej pojawia się też tafla sporego jeziora. To jezioro Çıldır. Leży wysoko, na prawie 2000 metrów. Brzegi początkowo są podmokłe, ale szybko zamieniają się w skaliste klify. Wokół nas znów są góry, a droga wiedzie brzegiem jeziora to wznosząc się, to opadając. W którymś miejscu znajdujemy sobie miejsce na nocleg. Plaży tam nie ma, ale dojść do wody można. Kończymy dzień podziwiając mieniący się odcieniami czerwieni zachód słońca.

Granica z Gruzją

przełęcz Mozeret

To już ostatni dzień w Turcji. Powoli zbliżamy się do Gruzji. Do przekroczenia granicy upatrzyliśmy sobie małe i niezbyt popularne przejście w Aktaş. Ruszamy pełni werwy. Robimy szybki skok rowerami do miasteczka Çıldır. Jest wcześnie, więc szybko jedziemy dalej. Przed nami przełęcz Mozeret o wysokości 2159 m.n.p.m., ale co to za wysokość, przecież od dawna nie zjeżdżamy niżej jak 1900 m.n.p.m. Na podjeździe spotykamy kolumny wojska i jakieś wojskowe patrole. Nikt nas jednak nie zatrzymuje. To pocieszające, bo w necie można natknąć się na relacje z informacją, że przejście bywa zamknięte właśnie z powodu wojskowych manewrów. Nas jednak ciągle nikt nie zatrzymuje, nawet oficer na stacji benzynowej, któremu mówię dokąd jedziemy. Zdobywamy przełęcz. Tam dogania nas jakaś cywilna ciężarówka i kierowca mówi, że przejście jednak jest nieczynne. Wierzyć mu, czy nie? Przecież wojsko nas nie zatrzymuje, a oni wiedzą najlepiej. Nie wierzymy. Zjeżdżamy w dół. Jesteśmy już tylko 4 km od granicy, gdy w końcu zatrzymuje nas wojsko. Przejście zamknięte. A więc jednak. Następne mamy 100 km dalej. 100 km i do tego przełęcz 2500. To jest nie do zrobienia dzisiaj. Zapada decyzja: jedziemy czym się da.

Na początek łapiemy stopa do Çıldır. Trafia nam się pusty dostawczak. Ideał. W miasteczku próbujemy znaleźć jakiegoś dolmusza, ale bezpośredniego do przejścia granicznego nie ma. Jeżdżą do Ardahan, ale trzeba na niego jakoś za długo czekać, lepiej te 30 km pokonać rowerami. Może dalej coś złapiemy. Rowerami dojeżdżamy do głównej drogi prowadzącej w stronę granicy. Stajemy na skrzyżowaniu i rozglądamy się. Złapiemy tu coś? Pierwszy samochód, który jedzie to... dolmusz. I znów jesteśmy w środku. Jedzie do Hanak. To tylko 10 km, ale zawsze 10 km do przodu. Wywala nas na stacji benzynowej. Podwieszamy sakwy, ruszamy w drogę, ale udaje nam się przejechać raptem 2 km i już mamy następnego dolmusza. Ten jedzie aż do Posof, ostatniej większej miejscowości przed granicą. Zadziwia mnie ta turecka komunikacja. Przecież przy takich połączeniach rower staje się zbędny.

Droga do Posof przez przełęcz Ilgardagi o wysokości 2540 m.n.p.m. to coś pięknego. Szczególnie jej północna strona, czyli zjazd. Gdybym wiedział, że tak wygląda, nigdy nie przejechałbym jej dolmuszem! Widząc te ostre serpentyny zawieszone nad przepaścią postanawiam sobie w duchu: "Koniec z busami!" To w końcu wyprawa ROWEROWA! Wieczór blisko, więc wyjeżdżamy z Posof i jedziemy w stronę granicy. Powoli rozglądamy się za noclegiem, ale nic ciekawego nie możemy znaleźć. Chcieliśmy tego dnia spać jeszcze w Turcji, ale niespodziewanie trafiamy na przejście graniczne. No trudno, poszukamy czegoś po drugiej stronie. Tuż za granicą wypatrujemy małą kapliczkę. Może obok niej? Okazuje się, że jest otwarta. W środku czysto, na podłodze dywan. Niczego więcej nam nie trzeba. Rozkładamy śpiwory pod ołtarzem i kładziemy się spać. Takiego noclegu jeszcze nigdy nie miałem...