z Polski do Wenecji


Z wyborem celu tej podróży nie mieliśmy problemu. Wystarczyło kilka zdjęć znalezionych w sieci i już nie było odwrotu. Jezioro wyglądające jak morze. Woda błyszcząca w słońcu. Przestrzeń. Bezgraniczna przestrzeń, w której woda zlewa się z niebem. A z drugiej strony pionowe ściany sięgające nieba z wykutymi serpentynami zapomnianej drogi. Krajobraz jak z bajki. Jeśli naprawdę tak wygląda jezioro Garda, to musimy je zobaczyć. A kawałek dalej następne bajkowe miejsce. Wenecja. Domy wyrastające wprost z wody. Niezliczone kanały, mostki i oczywiście gondole. Obydwa miejsca dziwnym trafem nie znalazły się dotąd na moich trasach, a przecież obydwa są tak piękne i charakterystyczne, że już dawno powinny stać się celem.

O ile z wyborem celu podróży nie było problemu, o tyle z wyborem miejsca startu już tak. Był pomysł, by autobusem przetransportować się od razu na południe, do Włoch lub Niemiec. Był pomysł, by pojechać na południe samochodem i tam, na miejscu zrobić jakąś piękną pętlę. W końcu stanęło na tym, by ruszyć na rowerach już z Polski. Ale skąd? Z domu? Ze Zgorzelca? Ciągle miałem inne pomysły na trasę i miejsce startu. Wyszedł z tego wszystkiego Wałbrzych i trasa przez Czechy. To była zupełna improwizacja, jak zresztą cała ta podróż. W sumie każda droga byłaby dobra, byle wiodła na południe.

Pociąg do Wałbrzycha wlókł się niemiłosiernie. Kręcił się gdzieś między górami, stawał na małych, pustych stacyjkach. W ogóle nie mogłem się zorientować gdzie jestem. Czekałem na Wałbrzych Główny i doczekałem się go dopiero wtedy, gdy całe miasto zostało z tyłu. Wracaliśmy później do centrum zastanawiając się dlaczego nie wysiedliśmy kilka stacyjek wcześniej. Wałbrzych to jakieś takie dziwne, pokręcone miasto z pokręconą linią kolejową i kawałkiem starówki wciśniętej gdzieś w zbocze góry. A wszystko jakieś takie rozwleczone i zaniedbane. Tutaj nic się nie zmienia. Pierwszy i jak dotąd jedyny raz byłem w Wałbrzychu z 15 lat temu i miałem wtedy dokładnie takie samo wrażenie. Miasto bez duszy, smutne i przygnębiające. Nie chciałbym tu mieszkać.

Robimy ostatnie zakupy i ruszamy w trasę. Jeszcze dziś zamierzamy odwiedzić Adršpach. Właściwie to tylko dla tych skał w Adršpach przyjechaliśmy do Wałbrzycha. Też od lat chciałem je zobaczyć i wciąż nie były mi po drodze. Teraz w końcu jest okazja. Granicę z Czechami przekraczamy jakąś całkowicie boczną drogą, która ma tę zaletę, że prowadzi dokładnie do skalnego miasta. Dojeżdżamy tam późnym popołudniem. Jestem trochę zdziwiony. Spodziewałem się tłumów turystów, a tymczasem nie ma tu nikogo. Nawet kasy biletowe są już zamknięte. Zostawiamy rowery i wchodzimy do środka. Na początek mijamy luźne skały o fantazyjnych kształtach i równie fantazyjnych nazwach, ale potem pojawiają się miejsca, w których pionowe skalne ściany sięgają nieba. Ciężko to do czegokolwiek porównać. Nawet najciaśniejsze, miejskie ulice nie są tak klaustrofobiczne. Ciężko też sobie wyobrazić, że coś takiego mogło powstać bez pomocy ludzkich rąk. Błądzimy tam bez mapy czy też jakiegokolwiek przewodnika. Każde miejsce jest nowym zaskoczeniem. Każde nowym zachwytem. Gasnące słońce nie dociera już do dna wąskich szczelin. Wokół panuje niebywała cisza i półmrok. Moglibyśmy plątać się między tymi skałami jeszcze długo, ale wygania nas stamtąd nadciągająca noc. Niezwykłe miejsce, zobaczyliśmy tylko jego cząstkę, więc może jeszcze kiedyś ponownie tam zawitamy.

Następnego dnia obieramy kurs prosto na południe. Powinniśmy kierować się chociaż trochę na zachód, ale mamy taką fajną drogę na południe, że szkoda z niej rezygnować. Trasę wybieram trochę na oślep, nie wiedząc co ciekawego zobaczymy i gdzie trafimy. Ważne, żeby omijać główne drogi i żeby kierunek się w miarę zgadzał. Jedzie się nam całkiem nieźle, chociaż silny wiatr mocno nas powstrzymuje. Z czasem zaczyna też padać, a to już jest większy problem. Czego jak czego, ale deszczu na rowerze nie lubię.

Dla Grażynki jest to pierwsza tak długa podróż rowerem. Zeszłorocznego wypadu do Rumunii nie ma co liczyć, bo tam na rowerach przejechaliśmy niewiele. Na razie dzielnie przebija się przez wiatr i deszcz. Zastanawiam się jak to będzie, gdy zobaczy Alpy?

Dla mnie wyjazd też jest nietypowy. Po raz pierwszy wybrałem się w podróż z przyczepką Extrawheel. Ostatnio stała się bardzo modna wśród sakwiarzy, więc i ja postanowiłem sprawdzić jak się z nią jeździ. Testy robione w domu wypadły bardzo obiecująco, ale teraz pojawiły się problemy. Co jakiś czas wpada w dziwne wibracje latając w prawo i lewo. Nie wiem jak ją zatrzymać. Cuduję, przechylałem rower na bok, myśląc, że w ten sposób ją usztywnię. Bez rezultatu. Zaczynam przepakowywać się, zamieniać sakwy, tak, by na przyczepce były jak najlżejsze. Też bez rezultatu. Przyczepka jak skakała, tak skacze. Wyjątkowo irytujące i niebezpieczne jest to na zjazdach, gdy na liczniku pojawiają się znacznie większe prędkości. Ki czort? Przecież nikt nigdy nie miał podobnych problemów! Rozwiązanie przychodzi wiele dni później, chyba już w Włoszech. Okazuje się, że mam za słabo zaciśnięty szybkozamykacz na tylnym kole! Wystarczy porządnie go ścisnąć i przyczepka zaczyna zachowywać się jak przyspawana. W ogóle przestaję odczuwać jej obecność. Idzie za rowerem pokonując wszelkie przeszkody z taką lekkością, jakby w ogóle jej tam nie było. Rewelacja! Pojawia się za to drugi problem przyczepki, o którym trzeba w przyszłości pamiętać. Widelec mocujący przyczepkę do roweru cały czas ociera o pancerz tylnej przerzutki. Na rezultaty nie trzeba długo czekać. Po dwóch tygodniach jazdy pancerz nadaje się już tylko do wymiany.

Następną niespodziankę na wyprawie szykuje nam mój stary, wysłużony namiot. Trzeciego dnia podróży, gdy składam go rano, nagle pęka w nim aluminiowy pałąk. W jednej chwili namiot przestaje być namiotem, a staje się z zwykłym kawałkiem mokrej szmaty. Co teraz? Wrócić do domu? Szukać sklepu i kupić nowy namiot? Jak naprawić pałąk będąc w podróży? Z pomocą przychodzi przyczepka Extraweel i jej maszt z chorągiewką. Jest wykonany z włókna szklanego. Po obraniu go z plastikowej osłony i odcięciu zakończeń, idealnie mieści się wewnątrz aluminiowych rurek. Rozwiązanie okazuje się na tyle mocne, że już do końca wyprawy nie mamy żadnych problemów z namiotem!

Przez Czechy jedziemy kilka dni. Nie rozpieszczają nas za bardzo. Jest chłodno, mocno wieje, co jakiś czas pada. Po drodze zaglądamy do kilku ładnych miasteczek. Niezłe wrażenie robi Nové Město nad Metují, szczególnie jego panorama widziana gdzieś tam z oddali. Odbijający się w wodach jeziora Jindřichův Hradec też wygląda pięknie. Ale Czechy to przede wszystkim puste drogi wijące się po wzgórzach, polach i lasach. To wszystko daje taki swojski klimat. Klimat dróg, którymi można jeździć bez końca.

Szóstego dnia podróży wjeżdżamy do Austrii. Nagle wszystko robi się zagospodarowane i uporządkowane. Mijane miasteczka zapadają w pamięć i zaczynamy licytować które z nich jest piękniejsze. Wykręcamy z trasą na zachód i jedziemy przedgórzem Alp. Zaczynają się pierwsze podjazdy, ale to jeszcze nie jest to. Na prawdziwe góry przyjdzie nam jeszcze poczekać.

Jedziemy przeważnie bocznymi drogami asfaltowymi, ale gdzieś tam po drodze trafia nam się czasem jakiś szlak rowerowy. Fajna jest ścieżka prowadząca wzdłuż rzeki Aniza, która doprowadza nas do bardzo urokliwego miasteczka Steyr. Zaskoczeniem jest ścieżka wzdłuż jeziora Mondsee. Byłem tu już kiedyś, dokładnie 9 lat temu. Wtedy wzdłuż Mondsee prowadziła brukowana droga wciśnięta między skałę i wodę raz za razem chowająca się w krótkich tunelach. Teraz wygląda to zupełnie inaczej. Zbudowano nowy tunel, a starą drogę zamieniono na ścieżkę rowerową. Przebudowa poszła jednak bardzo daleko i zamiast bruku jest teraz asfalt, a skaliste tunele są na gładko wybetonowane. Jedzie się tą ścieżką bardzo fajnie, ale zdecydowanie wolałbym zastać tu tę dawną, zachwycającą drogę

Za każdym razem, jak jestem w Austrii mam problemy ze znalezieniem noclegu. Sypiam zwykle na dziko, gdzieś z dala od ludzi, w miejscu, w którym są nikłe szanse, że ktoś mnie znajdzie. W Austrii tak się nie da. Tu wszystko jest czyjeś, wszystko jest ładnie zagospodarowane, czyściutkie i uporządkowane. Brakuje miejsca dla włóczęgów. Co wieczór szukamy więc noclegu bardzo długo i nie zawsze udaje nam się znaleźć idealne miejsce. Pierwszej nocy śpimy przy samych torach kolejowych, następnej schowani za przydrożnym kościółkiem, ale już na dwie kolejne noce zajeżdżamy na campingi. A te potrafią być naprawdę różne. Pierwszy, mały, niewygodny i głośny kosztował nas 20€ za dwie osoby, a ten drugi, rozległy, spokojny i przyjemny, zaledwie 12€.

Przez te kilka dni pobytu w Austrii dopisuje nam wręcz idealna pogoda. Jest ciepło, słonecznie i niemal bezwietrznie. Zupełne przeciwieństwo wcześniejszych Czech. Wszystko zmienia się w okolicach Salzburga. Znów dopadają nas deszczowe chmury. Mimo deszczu jedziemy dalej, wkrótce żegnając się z Austrią i wjeżdżając do Niemiec.

Jak dotąd niemal na każdej wyprawie muszę zaliczyć jakąś awarię roweru. Tak jest i tym razem. W pewnym momencie podczas hamowania zaczyna mi szarpać tylnym kołem. Dokładne oględziny ujawniają przyczynę: pęka mi obręcz! Kawałek bocznej ścianki odstaje na zewnątrz. Daleko na tym nie zajadę. Na razie zmniejszam ciśnienie w kole i rozpinam tylny hamulec. Tylko tyle mogę zrobić. Teraz muszę znaleźć jakiś warsztat rowerowy albo czynny sklep. No właśnie, czynny. Los szydzi ze mnie na całego. Następnego dnia, z samego rana wjeżdżamy do Rosenheim i przy głównej drodze mijamy pięć sklepów rowerowych, jeden za drugim. Tyle, że jest właśnie niedziela i wszystkie są zamknięte. Czekać do jutra na otwarcie czy jechać dalej? Decydujemy się jechać dalej. Do jutra koło powinno wytrzymać, a jutro będziemy już w Innsbrucku.

Rosenheim wygląda tak sobie. Nie jest brzydkie, ale ochy i achy zostawiamy dla innych miast. Naszą uwagę przyciągają mieszkańcy poubierani w regionalne stroje i ciągnący w jednym kierunku. Jedziemy za nimi. Okazuje się, że w mieście trwa jakiś festyn. Stoły uginają się pod ciężarem kufli piwa, na karuzelach kręcą się tłumy ludzi. Wszędzie gwarno, tłoczno i wesoło. Dopiero po powrocie do domu zorientowałem się, że przypadkiem trafiliśmy na słynny Herbstfest, największy festiwal piwny w południowo-wschodniej Bawarii. Gdybyśmy wtedy o tym wiedzieli, może wcisnęlibyśmy się z rowerami w ten tłum i skosztowalibyśmy jakiegoś regionalnego piwa. Zamiast tego robimy w tył zwrot i opuszczamy miasto.

Jedziemy boczną drogą wzdłuż Sylvensteinsee. Znów leje. Ciemna toń wody ginie w strugach deszczu. Nie zatrzymujemy się, bo w takich warunkach nawet nie chce się podziwiać widoków. Dalsza droga wzdłuż rzeki Isar jest płatna, ale oczywiście nie dla rowerzystów. Droga wije się zboczem doliny i tylko mogę domyślać się jak tu musi być pięknie w słoneczne dni. Płynąca razem z nami rzeka nawet w deszczu mieni się niezwykłym kolorem, którego nazwać nie potrafię, a przejrzystość wody zachęca do kąpieli.

Ponownie wjeżdżamy do Austrii. Jedziemy prosto na południe, do Innsbrucka. Pogoda z godziny na godzinę robi się coraz gorsza. Chcemy jak najszybciej dotrzeć do miasta i znaleźć jakiś camping. Kilkanaście kilometrów przed miastem zaczynają się pojawiać znaki ostrzegawcze, że droga będzie miała nachylenie 16% i będzie na niej zakaz wjazdu rowerem. Dobre sobie. Nie pod takie górki podjeżdżałem i nie z takich zjeżdżałem. Znaki ponawiane są co chwilę. Rowerzyści mają bezwzględnie jechać objazdem. Patrzę na mapę. Którędy prowadzi ten objazd? Przez Telsf? Jeszcze czego! Nie zamierzam nadrabiać tylu kilometrów! Ignoruję znaki i pchamy się prosto pod zakaz. I wtedy pogoda siada zupełnie...

Niebo zsuwa się na ziemię. Do padającego bez przerwy deszczu można się przyzwyczaić, ale teraz nagle zostajemy pochłonięci przez chmury. Widoczność spada do zera. Jadąca tuż za mną Grażynka ledwo widzi moją tylną lampkę. Robi się przeraźliwie zimno. Mokra od deszczu droga momentalnie pokrywa się warstwą lodu. Robi się stromo, rower przyspiesza, więc delikatnie naciskam hamulec. Jedyny, jaki mam, na przednim kole, a mój rower to przecież trzykołowa kolumbryna! Wpadam w poślizg i ląduję na ziemi. Grażynka nie chce we mnie wjechać, więc robi to samo. Zjeżdżamy na tyłkach nie mogąc się zatrzymać. Nic nie widać. A jak ktoś w nas wjedzie? Przecież ta droga jest zapchana samochodami! To główna droga wjazdowa do Innsbrucka! W końcu jakoś wyhamowujemy i jak najszybciej zbieramy się z drogi. Dopiero gdy my i nasz sprzęt jesteśmy już bezpieczni, pojawiają się pierwsze samochody. Co za szczęście. Mogło się to skończyć dużo gorzej. W tej sytuacji przetarte sakwy czy jakieś stłuczenia nie mają już znaczenia. Żyjemy i możemy jechać dalej. Tylko to się liczy.

Zjeżdżamy niżej. Właściwie to więcej schodzimy niż zjeżdżamy. Nie mam ochoty na powtórkę. Pogoda jest fatalna. Obiecujemy sobie, że jeśli spadnie śnieg, to wracamy do domu. W końcu chmury ustępują i odsłania się widok na góry. Patrzę i nie wierzę. Wszystkie szczyty pokryte są śniegiem! Docieramy do miasta i odnajdujemy camping. Jest cholernie drogi, 24€ za dwie osoby, ale i tak na nim zostajemy. Gorący prysznic, potem pizza i morale powoli wraca. Już wiem, że nie dotrzymamy obietnicy i nie wrócimy do domu...

Następnego dnia wita nas słonce. Po wczorajszym deszczu nie ma śladu. Nawet asfalt już wysechł. W mieście odnajdujemy sklep rowerowy i kupuję nowe koło. Płacę za nie bajońską sumę 109€. W Polsce takie samo koło kosztowałoby połowę tej kwoty, ale nie mam przecież wyboru. Potem przychodzi czas na zwiedzanie Innsbrucka, a raczej na przejażdżkę po bardzo urokliwej starówce. Dopiero późnym popołudniem wyruszamy w dalszą podróż.

Podjazd na przełęcz Brenner idzie nam bardzo sprawnie. Grażynka nigdy wcześniej nie pokonywała takich przewyższeń, ale radzi sobie świetnie. Wieczorem jesteśmy już we Włoszech. Następnego dnia ruszamy na jeszcze wyższą przełęcz, Pennes. To już prawdziwy dwutysięcznik, pierwszy w życiu dla Grażynki, ale nie robi on na niej wrażenia. To chyba ja się bardziej męczę na tym podjeździe, niż ona.

Po słonecznym Innsbrucku i przekroczeniu granicy z Włochami liczyłem na poprawę pogody. Było to jednak przedwczesne. Podczas podjazdu na Pennes znów dopadają nas chmury i deszcz. Temperatura gwałtownie spada. Psycha od razu siada. No ile można jechać w deszczu? Znajduję miejsce do spania i następnego dnia zdobywamy przełęcz w pięknym słońcu. Od tej pory słońce już nas nie opuści. W końcu przebiliśmy się przez jesień i dogoniliśmy lato.

Długi i piękny zjazd z przełęczy Pennes sprowadza nas do Bolzano. Trafiamy do szerokiej i bardzo urodzajnej doliny. Jedziemy przez sady jabłkowe, które zdają się nie mieć końca. Zaczyna się właśnie czas zbiorów, więc jabłka są wielkie i bardzo soczyste. Pycha. Nieco dalej sady ustępują miejsca winnicom. Im też nie możemy się oprzeć.

Opuszczamy dolinę i jedziemy w górę, w stronę Spormaggiore. Jest ciepło i sielankowo. Gdzieś tam po drodze spotykamy ruiny zamku Belford. Widok, jaki się z niego roztacza jest imponujący. Widzimy stąd wszystko, co pokonaliśmy przez ostatnie kilka dni!

Następne miejsca są równie bajkowe. Zachwycamy się miasteczkiem Molveno leżącym nad krystalicznie czystym jeziorem o tej samej nazwie. Podziwiamy widok na postrzępione skały Dolomitów Brenta. Nad górami latają paralotniarze, którzy mają tu nawet swój własny wyciąg. Molveno to prawdziwy paralotniowy raj. Dalsza droga jest równie piękna. Wchodzi w wąwóz i prowadzi na przemian tunelami lub półką skalną. Część tej trasy udaje nam się pokonać starą, zamkniętą dla ruchu drogą. Na szczęście okazuje się, że nadal jest przejezdna.

Pierwszy cel naszej podróży jest już bardzo blisko. Widokową drogą wzdłuż rzeki Sarca dojeżdżamy do doliny Chiese. W Storo skręcamy na wschód i jedziemy w kierunku Gardy. Storo to mała mieścina, podobno zabytkowa. Kręcimy się trochę po uliczkach, ale mamy mieszane uczucia. Ponuro tu i smętnie. W ogóle w tej ciasnej dolinie zrobiło się jakoś tak ciemno. Droga malowniczo wspina się w górę, ale słońce już tu nie dociera. W końcu wyjeżdżamy na bardziej płaski teren i znajdujemy miejsce na ostatni nocleg przed Gardą.

Droga, którą jedziemy mija jezioro Ledro i znika w tunelu. Ale nie zawsze tak było. Dawniej jedynym sposobem, żeby zjechać nad Gardę była Strada del Ponale, czyli niesamowita droga wykuta w pionowej skale. Po wybudowaniu tunelu w 1995 roku została zamknięta dla ruchu. Przypomniano sobie o niej dziesięć lat później, tu i ówdzie uporządkowano, zabezpieczono i udostępniono rowerzystom. Dziś jest to najbardziej emocjonująca droga nad Gardą. I to taka, którą bez problemu można pokonać obładowanym rowerem. My jedziemy nią we właściwym kierunku, czyli w dół. „Jedziemy” to za dużo powiedziane. Częściej stoimy i podziwiamy widoki niż jedziemy. Gdzieś tam za którymś zakrętem pojawia się w końcu jezioro Garda. Jest dokładnie takie, jakiego oczekiwaliśmy, wielkie, piękne, imponujące. I jeszcze ta niezwykła góra wznosząca się na jego północnym końcu. Wygląda jak półksiężyc łagodnymi stokami osłaniający miasteczko Riva del Garda i pionowymi ścianami odgradzający je od reszty świata. Gdzieś pod tą górą zatrzymujemy się na noc na campingu.

Wzdłuż jeziora Garda prowadzą dwie drogi. Jedna po stronie zachodniej w większości przedzierająca się tunelami przez pionowe skały i druga po stronie wschodniej, gdzie brzegi są łagodniejsze i znalazło się tam miejsce dla kilku miasteczek. Wybieramy wariant wschodni i jak się okazuje był to dobry wybór. Każde miasteczko warte jest odwiedzin i każde pozostawia po sobie niezapomniane wrażenia. Tu zwiedzamy jakiś zamek, tam przeciskamy się wąskimi, średniowiecznymi uliczkami, w innym znów miejscu schodzimy nad samą wodę. W rezultacie znów więcej zwiedzamy, niż jedziemy. Przejazd wzdłuż Gardy zajmuje nam całe dwa dni, a licząc ze Strada del Ponale nawet trzy, a przecież można to zrobić w kilka godzin.

W końcu w Lazise odbijamy od Gardy i przyspieszamy. W myślach mamy już drugi cel wyprawy, Wenecję. Ciągniemy do niej ostro. Na chwilę zatrzymujemy się jeszcze w Veronie, ale nie możemy znaleźć tam jakiegoś punktu zaczepienia. Pcha nas do Wenecji i już. Na sam koniec wyprawy zajeżdżamy na camping Fusina położony na cyplu przy ujściu rzeki Brent do Zatoki Weneckiej. Ten camping wybraliśmy nieprzypadkowo. Do Wenecji rowerem wjechać się nie da. No, może i da, ale po co? Nie lepiej wpłynąć do niej łodzią? Tuż spod campingu odpływa mały stateczek, który 20 minut później cumuje w samym centrum Wenecji.

No i jesteśmy w mieście jak z bajki. W mieście, w którym każdy dom jest zabytkowy, każdy kanał niezwykły, a każda uliczka zachwycająca. Dobrze, że nie śmierdzi, bo w wielu relacjach pojawia się właśnie taka opinia o Wenecji. Może i czasem to się zdarza, w końcu miasto jest od czasu do czasu zalewane przez wodę, a to musi mieć swoje konsekwencje. Tym razem trafiamy jednak na idealne warunki. W wielu relacjach pojawia się też inna opinia: tłok. To niestety prawda. Ludzi jest tylu, że ciężko się czasem przez nich przecisnąć. Żeby wjechać na słynną dzwonnicę św. Marka musielibyśmy stać ze dwie godziny w kolejce. Podobnie wygląda to pod innymi zabytkami. Machamy więc na to wszystko ręką i po prostu zapuszczamy się w wąskie uliczki oddalając się coraz bardziej od centrum. W końcu docieramy tam, gdzie życie toczy się już normalnie, gdzie po kanałach pływają zwykłe łódki, a nie gondole, podziwiamy stragan z owocami na barce i koparkę, która również jest barką. Kanały i uliczki są tu równie piękne, jak te w ścisłym centrum, a brak turystów pozwala po prostu odpocząć.

Na zwiedzenie Wenecji nie wystarczy jeden dzień. Nawet gdybyśmy spędzili tu tydzień, to i tak by się nie znudziło. A jakby jednak się znudziło, to przecież wokół Wenecji jest jeszcze mnóstwo wysepek, które też warto odwiedzić. Już nawet wymyśliłem trasę przez mierzeję Laguny Weneckiej. Morze kiedyś tu wrócimy?

Po kolejnej nocy na campingu pozostał nam już tylko przejazd do Caorle, gdzie czeka na nas powrotny autobus. Z żalem żegnamy się w Włochami. Szybko zleciały te trzy tygodnie. Chciałoby się tu zostać i jechać wciąż dalej i dalej. Jeszcze tyle niezwykłych dróg i miejsc. Tymczasem autobus obiera kierunek północny i bezdusznie wiezie nas do domu.