z Polski do Portugalii


Już po raz kolejny zabieram się za pisanie relacji z tej podróży i po raz kolejny nie wiem co napisać. Nie wiem jak o niej opowiedzieć, by nie zrobiła się z tego litania żali i narzekań. Tylko, że ja nie potrafię znaleźć w pamięci miłych chwil. Te złe całkiem je przytłumiły. A może lepiej by było, gdybym nic nie napisał? A, niech tam. Było, jak było. Nie zawsze musi być pięknie. Niech i z tej podróży pozostanie ślad.

Plany na ten rok miałem ambitne. Chciałem zrobić coś naprawdę długiego, coś takiego, jak kilka lat temu, gdy jechałem z Tomkiem Kłosińskim do Turcji. Marzył mi się kalejdoskop państw mijanych z marszu, gdy widać różnicę kultur czy zabudowy. Wręcz idealnym kierunkiem była trasa przez całą Europę aż do Maroka. Chciałem wsiąść na rower przed drzwiami własnego domu i zsiąść z niego na skraju Sahary, tam, gdzie kończy się droga. To by było coś wspaniałego! Wyliczyłem, że taka trasa wymagałaby dziewięciu tygodni wolnego. Na taki urlop nie mogłem sobie pozwolić. Wywalczyłem ledwie sześć tygodni, więc i trasę musiałem skrócić. Nie wyruszę spod domu i nie skończę w Maroku. Ale z Polski na zachodni kraniec Europy dojadę.

Początkowo chciałem jechać sam. Jak dotąd jeszcze się na to nie zdecydowałem. Nie wiem czemu, ale boję się samotnej podróży. Nie chodzi o to, żebym sobie nie poradził, ja się po prostu boję samotności. Boję się, że w którymś momencie nie wytrzymam sam ze sobą i przerwę podróż. Potrzebuję kogoś, z kim podzielę się swoją radością, kto wesprze w chwili zwątpienia, z kim będę mógł posiedzieć wieczorem przed namiotem i sącząc piwko zwyczajnie pogadać. Tym razem chciałem jednak zaryzykować. Nie szukałem kompana, ale kompan i tak sam mnie znalazł.

Franza poznałem dzięki mojej stronie. Gość trochę ode mnie starszy, nie jeździł wcześniej na wyprawy rowerowe, ale bardzo chciał zacząć i szukał kogoś, kto go zabierze. Przedstawiłem mu plan mojej podróży i zaakceptował go bez wahania. Był strasznie napalony na jazdę. Kompletował sprzęt, dużo trenował. Przed wyprawą jeździł rowerem średnio 100 km dziennie. Ja w tym czasie jeździłem tylko 3 km do pracy i potem 3 km wracałem. Wyglądało na to, że trafiłem na silnego zawodnika, dużo lepszego ode mnie. Gdy rzuciłem hasło, że będę chciał wykręcić średnią 120 km dziennie, to odpowiedź była prosta: „nie ma problemu, ja jestem maszyna”. Dziś wiem, że gdybym powiedział 150 km, albo 200 km, to odpowiedź byłaby taka sama. Franz po prostu mówił to, co chciałem usłyszeć. Jaki jest naprawdę, miałem się przekonać dopiero w trasie. Franz nie był pierwszym kompanem, którego poznałem przez internet. Robiłem to już wiele razy. Z jednymi jeździło mi się lepiej, z innymi gorzej, ale w gruncie rzeczy ze wszystkimi jakoś te wyprawy szły. Zupełnie straciłem przez to czujność i nie pomyślałem, że mogę któregoś razu trafić na kogoś, z kim nie dam rady jechać. Tym razem właśnie taki kompan mi się trafił.

Wasserburg

Wyruszyliśmy 1 września z Kłodzka. Początek zapowiadał się nieciekawie. Nad nami wisiały ciężkie chmury i raz za razem padało. Tłumaczyłem sobie, że to przecież już wrzesień, więc i pogoda nie musi już być upalna. Wyruszaliśmy szukać lata i sądziłem, że znajdziemy je gdzieś dalej, niekoniecznie w Czechach. Czechy trzeba po prostu przejechać i nic więcej. Przebijaliśmy się przez góry i ciągnęliśmy na zachód. Walczyliśmy nie tylko z deszczem, ale też z silnym, czołowym wiatrem. Niestety, tak to już bywa w Europie, że przeważnie wieje tu z zachodu. Po którejś tam fali deszczu rzucam z frustracją w głosie: „jeszcze tylko gradu nam brakuje”. Następnego dnia mamy i grad... Pogoda to była druga rzecz po źle dobranym kompanie, która zepsuła tę podróż. Przeglądam mój pisany na bieżąco dziennik z podróży i czytam tylko o pięknych miejscach odwiedzanych w deszczu lub fochach Franza.

Niemal od samego początku wyprawy Franz zaprowadził rozdzielność majątkową. To pierwszy taki przypadek odkąd podróżuję. Zawsze robiło się zakupy razem, jadło razem, a jak ktoś chciał kupić coś tylko dla siebie, to przecież zawsze mógł. Tym razem Franz się zaparł i było inaczej. Każdy z nas woził swój własny chleb, własny słoik z dżemem i nawet własny ketchup. Niczego od siebie nawzajem nie braliśmy. Prowadziło to do idiotycznych sytuacji. Pamiętam taki dzień, w którym jakoś długo nie mogliśmy znaleźć po drodze czynnego sklepu. Franz nie miał już co jeść, wiec ciągnął ostro do przodu. Ja w tym czasie wiozłem z sobą niemal cały bochenek chleba, a i coś do niego by się znalazło. Na moją propozycję, że się podzielę, usłyszałem tylko: „dam sobie radę”. Jechaliśmy więc dalej, bez postoju na obiad. Co z tego, że ja miałem prowiant, skoro on go nie miał?

Różniliśmy się także co do sposobu samej jazdy. Szybko okazało się, że mimo swoich wielkich treningów, wcale nie jest taki mocny. Nie było mowy o tym, żeby ciągnął do przodu, a ja musiałbym starać się utrzymać jego tempo. Ale to jeszcze nie jest problem, można dostosować tempo jazdy. Jeździłem przecież z ludźmi szybszymi ode mnie i wolniejszymi. Nie było problemu. Więc co tym razem było problemem?

Franz mówił o sobie „jestem maszyna”. Nie zwracałem uwagi na to wyznanie, a tymczasem ono mówiło całą prawdę o nim. Jego należało programować jak maszynę. Jak zaprogramował się, że o 19:00 idzie spać, to nie było siły, by to zmienić. Ja patrzę w mapę, myślę odległościami i wynajduję dogodne miejsca do spania. Takie, które będą znajdowały się w odpowiedniej odległości od miejsc, do których chcę dotrzeć następnego dnia. Franz programował się na jazdę do 19:00 i niezależnie od tego, gdzie go ta godzina złapała, to właśnie tam chciał spać. Nie zawsze był to najlepszy moment na rozbicie obozu, więc konflikty były nieuniknione. Za każdym razem, gdy chciałem pociągnąć trochę dłużej, czy (o zgrozo!) rozbić namiot wcześniej, kończyło się to awanturą. Franz nie miał w sobie za grosz spontaniczności. Maszyna i tyle.

Trasę tej wyprawy wytyczyłem przez najciekawsze miejsca, jakie mogłem znaleźć. A raczej takie, które najbardziej mnie interesowały. Franz akceptował każdą trasę, jaką wymyśliłem. To chyba największa zaleta tego, że kompletnie nie orientował się, gdzie jest. Przynajmniej nie wtrącał mi się do wytyczanej drogi i nawet jak zabłądziłem, to nic nie mówił. Powinienem więc chyba być z trasy zadowolony, prawda? Nie za bardzo jestem. Wciąż coś nie pasowało. Jak akurat nie byłem wkurzony pretensjami Franza, to w zwiedzaniu przeszkadzał deszcz.

Ot, choćby taka Praga. Wpadamy do niej pod wieczór, zaraz po deszczu. Wygląda cudownie. Robimy sobie spacer po Starym Mieście. Na mokrym bruku odbijają się już światła lamp. Tu i ówdzie jacyś grajkowie siedzą w otwartych oknach knajpek i brzdąkają. Miedzy starymi kamienicami zaczynam wyczuwać przyjazną atmosferę. Dobrze mi tu, chociaż ciuchy jeszcze ociekają wodą. Chętnie bym usiadł w jednej z tych knajpek na dłużej, ale Franz krzywo na mnie patrzy, więc rezygnuję. Wełtawa z mostem Karola też wygląda pięknie. Próbuję robić jakieś zdjęcia, ale jest już za ciemno i nic nie wychodzi. Widok na pięknie oświetlony Praski Hrad pozostanie mi na długo w pamięci. Takie piękne miasto, a faktycznie zostało tylko migawką. Ani nigdzie nie udało się przysiąść, ani nic zwiedzić. Przyjechaliśmy za późno i szybko musieliśmy się ewakuować, by znaleźć gdzieś miejsce do spania.

A potem wyjazd z Pragi. Noc. Ciemno. Drogi źle oznaczone. Autostrada, na której zawracamy. Jakieś osiedle, które nie mam pojęcia skąd się wzięło. Droga, która nie mam pojęcia dokąd idzie. I w końcu opuszczamy Pragę. Jesteśmy na zupełnie innej drodze niż chciałem. Przejechaliśmy 30 km w niewłaściwą stronę. Tak, będę Pragę pamiętał długo.

Przez następnych kilka dni mamy tylko jazdę. I to jazdę w deszczu. Całe Czechy i Niemcy to deszcz. Dziesięć deszczowych dni pod rząd. Najgorzej było pierwszego dnia w Niemczech. Od samego rana tak deszcz walił w tropik, jakbyśmy rozbili się pod jakimś wodospadem. Na wszelki wypadek wyglądam na zewnątrz, ale wodospadu nie widzę. Reszty świata też zresztą nie widać. O, nie! Nawet nie zamierzam stąd wychodzić! Franz jest tak napalony na jazdę, że gotów jest jechać w każdej chwili, choćby nawet żabami padało. Ja mam już dość tego deszczu i najzwyczajniej w świecie chcę to przeczekać. Koło 18:00 deszcz zaczyna słabnąć. Franz wypada z namiotu, błyskawicznie się pakuje i... stoi obok i moknie, gdyż deszcz wcale nie dał jeszcze za wygraną. Zamiast schować się pod tropik, robi mi awanturę i rzuca wyzwiskami. To była pierwsza z większych awantur, jakie Franz mi fundował. Wtedy jeszcze czułem się nieco skruszony, bo to rzeczywiście ja opóźniałem podróż. Nie zdawałem sobie jednak sprawy, o co tak naprawdę chodziło, a on się po prostu zaprogramował na przejechanie 100 km i nie było siły, by to zmienić! I faktycznie, wyruszamy w drogę o 19:00, by o 4:00 rano położyć się spać. Norma dzienna zrobiona.

Neuschwanstein

Mój rower wymaga generalnego remontu. Powiem nawet więcej, wymaga wymiany na nowy. Nie ma się co dziwić, właśnie wybiło mu 40 tys. km! To tak, jakby okrążył kulę ziemską. Z tej okazji zrobiłem mu prezent i przed wyprawą złożyłem całkiem nowe koła. Poprzednie mogłyby nie wytrzymać tej podróży. Teraz okazuje się, że nie tylko koła wymagały wymiany, w jeszcze gorszym stanie jest suport. Niewielkie luzy zaczynają się gwałtownie powiększać, a w środku coś strzela i zgrzyta. Suport rozsypuje się w tempie ekspresowym. Kulki zostają zmielone i kilkadziesiąt kilometrów dalej mam już trudności z kręceniem pedałami. Zatarł się zupełnie. Na szczęście udaje nam się dotrzeć do miasteczka Wasserburg, a w nim znaleźć serwis. Wymiana pociąga mnie konkretnie po kieszeni, a na dokładkę Franz mnie poucza, że o rower należało zadbać w domu. Mam ochotę zdzielić go w pysk. Kupuję sobie jeszcze nowy licznik, bo poprzedni nie wytrzymał ciągłego deszczu i przestał działać. Za ten licznik Franz też mnie wyśmiewa od burżujów, bo przecież w Polsce można kupić go taniej. Centuś jeden. Chyba nie zauważył, że do Polski teraz się nie wybieram.

Przez Niemcy jedziemy wzdłuż ich południowych granic. Ciągnę do dwóch leżących obok siebie zamków, Neuschwanstein i Hohenschwangau. Te zamki od dawna chciałem zobaczyć. Szczególnie Neuschwanstein chodził mi po głowie. Jego zdjęcia można spotkać wszędzie, a już w szczególności upodobali go sobie producenci puzzli. Wygląda na nich jakby był tylko czyimś marzeniem, nie rzeczywistą budowlą. Uważam go za najpiękniejszy zamek na świecie. My oczywiście trafiamy do niego przy marnej pogodzie. Dobrze, że nie pada, ale ciężkie chmury snujące się po wierzchołkach gór nie pozwalają cieszyć się widokami. Właściwie to nawet nie wiem skąd robione są te najpiękniejsze zdjęcia zamku? Z lotu paralotnią? Z jakiejś górskiej ścieżki? A może z tego stalowego mostku zawieszonego nad przepaścią? Mostek widać stojąc pod zamkiem, ale nie wiem którędy miałbym iść, by do niego trafić. Mimo zakazu podjeżdżamy pod sam zamek rowerami wzbudzając w tłumie idących pieszo turystów aplauz i podziw. Nachylenie drogi jest konkretne i tylko ich doping nie pozwala mi zatrzymać się po drodze i odpocząć. Do wnętrz zamku niestety nie wchodzimy. Za dużo tam turystów, a system zwiedzania jakiś dziwny. Bilety sprzedawane są na konkretną godzinę, której nie można przegapić. W rezultacie te tłumy zamiast chodzić po górach i podziwiać, czekają pod bramką aż wybije ich godzina. Nam nie chciało się czekać. Musi nam wystarczyć widok z zewnątrz i okrążenie rowerem pobliskiego jeziorka. Na prowadzącą wokół niego ścieżkę też był zakaz wjazdu rowerem.

Prognozy pogody, jakie do mnie docierały, wyglądały bardzo pesymistycznie. W Alpach deszcz lub śnieg. Chmury wiszą nisko i nie ma żadnych nadziei na jakieś widoki. Po co tam w ogóle wjeżdżać? Byłem już gotów zrezygnować z Alp i skierować się prosto na zachód, do Francji. Franz się uparł i nie było wyjścia. Deszcz nie deszcz, Alpy muszą być. Z niechęcią poprowadziłem trasę ku górom. I nagle niespodzianka! W Austrii wita nas słońce! Niebo jest błękitne, a szczyty gór przyprószone są świeżym śniegiem. Okolica wygląda bajkowo. Do tego te tradycyjne, górskie wioski. One są tak piękne, tak cukierkowe, że aż nierealne. W Austrii spędzamy tylko dwa dni i zdobywamy jedną przełęcz, Hochtannberg. Nie jest zbyt wysoka ani trudna, ale za to bardzo malownicza.

Jedziemy dalej w głąb Alp. W dwie godziny przejeżdżamy księstwo Lichtenstein i dalej na naszej trasie pojawia się Szwajcaria. Prowadzę trasę przez najpiękniejsze przełęcze. Na początek Klausenpass. Górny odcinek podjazdu, od wioski Spittelrüti to prawdziwa rewelacja. Właśnie dla takich dróg i takich przełęczy warto jeździć w Alpy. Żadne miasta i żadne zabytki nie dają tyle emocji i radości, co pokonanie pięknej, krętej, górskiej drogi. Szczególnie, gdy pogoda się utrzymuje. Co prawda sama przełęcz była już w chmurach, ale podjazd pod nią dostarczył cudownych widoków. Niestety, tuż przed końcem podjazdu, na wysokości prawie 2000 m.n.p.m. wybiła magiczna 19:00 i Franz zaczął rozglądać się za miejscem pod namiot. Ziąb był taki, że prawie sople z nosa wisiały. Mówię: „pociągnijmy jeszcze trochę, pokonajmy przełęcz, śpijmy w dolinie, tutaj zamarzniemy”, na co dostaję soczystą wiązankę, że chcę, żeby się wywrócił ze zmęczenia, że nie będzie gotował po ciemku, bo jeszcze mu coś do garnka wpadnie i że zjeżdżając po ciemku nie będzie mógł widoków podziwiać. Załamka. Stawiam na swoim, ale idę spać wkurzony. Nawet rewelacyjna miejscówka nad rzeką, jaką udało mi się znaleźć, nie jest w stanie poprawić mi nastroju.

Następnego dnia atakujemy Furkapass. Podjazd pod nią zaczął się już w dolinie rzeki Reuß. Było to dla mnie wielkim zaskoczeniem. Doliną biegnie bowiem linia kolejowa. Dotąd obecność torów sugerowała, że dolina musi być w miarę płaska, a tu nagle pojawiają się konkretne serpentyny! Tory znikają tam w galerii i zamieniają się w kolej zębatą. Co chwilę widać jakiś pociąg, który z mozołem wspina się w górę lub ostrożnie zjeżdża w dół. Dalej, podczas właściwego podjazdu na Furkę również towarzyszą nam tory, ale zostają głęboko na dnie doliny, by samą przełęcz pokonać tunelem. Furka to najwyżej położony punkt na tegorocznej wyprawie. Spodziewałem się, że jej zdobycie zostanie jakoś uhonorowane, choćby jakaś pamiątką kupioną na samej górze. Tymczasem na przełęczy zastajemy tylko zabity dechami budynek i ledwie kilku turystów, Dobrze, że chociaż tabliczka z wysokością jest, bo czułbym się zawiedziony. Na nocleg zjeżdżamy 1000 metrów niżej, a i tak rankiem mamy cały namiot oblodzony, a okolica jest biała od szronu. To była chyba najzimniejsza noc na całej wyprawie. Mój stary śpiwór już nie daje sobie rady z taką temperaturą. Najwyższy czas na wymianę.

Moje pierwotne plany zakładały jazdę przez Chamonix i Grenoble, ale plany to tylko plany. Zwykle mają się nijak do tego, którędy przebiega trasa wyprawy. Któregoś wieczoru naopowiadałem Franzowi o Lazurowym Wybrzeżu, na którym byłem kilka lat temu i Franz zapragnął je zobaczyć. A, niech tam! Ja też chętnie je sobie przypomnę. Wykręcam z trasą na południe i przez przełęcz Simplon wjeżdżamy do Włoch. Gnamy prosto na południe. Dopiero tutaj doganiamy lato! Wreszcie mamy słoneczne dni i wreszcie wiatr dmucha w plecy. Lecimy z tym wiatrem naprawdę szybko.

Włochy znalazły się na naszej trasie przez przypadek. Nie mieliśmy żadnego przewodnika ani dokładnej mapy. Prowadziłem trasę trochę na oślep, byle na południe i byle bocznymi drogami. Może dlatego mijane miasteczka nie przypadły mi do gustu? Nie były brzydkie, ale raczej takie nijakie, nawet nie było jak zrobić jakiegoś ciekawego zdjęcia. Może po prostu nie trafiliśmy tam, gdzie powinniśmy?

Najgorzej, że relacje z Franzem psują się z dnia na dzień. Ten gość ma już do mnie pretensje niemal o wszystko. Nawet o to, że przedłużyłem postój, bo chciałem jeszcze wysłać sms. Nie jest w stanie pójść na żaden kompromis. Jak tylko mam inne zdanie niż on, to od razu dostaję kilka wyzwisk. Koronnym argumentem Franza jest: „największy błąd, jaki zrobiłem, to taki, że nie zabrałem własnego namiotu i map”. Powtarza to wielokrotnie, niemal przy każdej sprzeczce. Powoli mam tego dość. Wzbiera się we mnie agresja.

Pewnego dnia zjeżdżamy z przełęczy i gnamy prosto nad morze. 3 km przed plażą, tuż przy rogatkach miasta, Franz nagle zatrzymuje się, rozsiada na murku przy ulicy i oświadcza, że tu będzie jadł. Mówię: „zjemy na plaży, wykąpiemy się, odpoczniemy”, na co w odwecie zostaję oskarżony, że odmawiam mu jedzenia! Coś się we mnie łamie. Już dłużej nie mogę. Tym razem to ja wybucham i robię mu awanturę. Wieczorem daję mu komplet map na najbliższy tydzień i oświadczam, że może sobie zabrać mój namiot i jechać gdzie chce. Ja sobie poradzę i bez niego i bez namiotu. Nie pojechał beze mnie nigdzie. Jedyne, co zyskałem, to fakt, że przestał marudzić o największym błędzie, jaki zrobił. Zresztą dokąd miałby sam pojechać? Okazało się, że on w ogóle nie orientuje się gdzie jedzie. Beze mnie mógłby chyba tylko usiąść na ławce i zadzwonić do żony, by po niego przyjechała. Uświadomiła mi to ta rozmowa:

- Franz, mieliśmy jechać przez Grenoble, a tymczasem jedziemy przez Lazurowe Wybrzeże. Nadrabiamy sporo kilometrów i nie damy rady przejechać całej trasy. Musimy coś zrobić. Możemy np. podjechać kawałek autobusem.

- Nie będziemy niczym podjeżdżać. Masz tak zaplanować trasę, by nie było więcej jak 100 km dziennie i całość ma być na rowerach!

- Więc mogę przesunąć lot powrotny o kilka dni.

- Nie chcę żebyś przesuwał lot!

- Więc co proponujesz?

- Omińmy Hiszpanię!

- Ale nie da się ominąć Hiszpanii w drodze do Portugalii.

- To wjedźmy do niej na chwilę, np. na jeden dzień! - I on miałby pojechać dalej beze mnie? Jestem za miękki, nie potrafię go zostawić. Wyjechaliśmy razem i wrócimy razem. Nie mam innego wyjścia. Jestem na niego skazany. Jadę z przedszkolakiem, który jak mu się coś nie podoba, to tupie nogami tak długo, aż osiągnie to, czego chce.

Jesteśmy na Lazurowym. Słoneczko przygrzewa, widoki przepiękne, ale jakoś nie czuję satysfakcji. Staram się puścić w niepamięć ostatni zatarg z Franzem, ale w zamian mylę drogi i nie odnajduję miasteczka Èze, na którym tak mi zależało. Nic mi się nie układa. Wyprawa się wali. Niby jeszcze jedziemy, niby pokonujemy całkiem niezłe dystanse, ale frajdy nie ma z tego żadnej.

Franz nie zamierzał wydawać pieniędzy na nic innego jak zakupy w supermarketach. Trochę było mi szkoda lokalnych restauracyjek, ale akceptowałem to, przynajmniej wychodziło taniej. Tu, na Lazurowym nastąpiło jednak przegięcie. Dotarliśmy pod Saint Paul de Vence i nagle dzień nam się skończył. Nie znaleźliśmy ani sklepu, ani miejsca na nocleg. Musieliśmy spać na przystanku autobusowym. W sakwach pusto, a tymczasem wokół roiło się od knajpek, w których pizza kosztowała 8-15 €. Proponuję wstąpić do którejś z nich, ale Franz stanowczo odmawia. Woli głodować, niż przepłacać za jedzenie. Od tego momentu przestałem już w ogóle wspominać o jedzeniu w knajpkach. Nie miało to już sensu. Nie rozumiem takiego podejścia. Facet wydał grube tysiące złotych na sprzęt. Kupował wszystko, co najdroższe i najlepsze, a teraz żałuje kilku euro na jedzenie. To jest jakieś chore!

jezioro St. Croix

Jedziemy do Grasse słynącego z fabryk perfum i odskakujemy od wybrzeża. Oddalamy się niewiele, zaledwie kilkadziesiąt kilometrów w głąb lądu i 1000 metrów w górę, ale to wystarcza, by w nocy temperatura spadła poniżej zera. Znów rankiem mamy oblodzony namiot. To już drugi raz podczas tej wyprawy. Całe to odbicie od wybrzeża jest tylko po to, żeby zobaczyć przełom rzeki Verdon. Naprawdę warto! Droga jest rewelacyjna. Zaczyna się niewinnie, jakąś doliną z campingami, ale z każdym następnym kilometrem ściany rosną w górę i zbliżają się do siebie. Droga z ledwością wciska się między skały a rzekę. Pojawiają się przewieszki. Z czasem robi się tak wąsko, że dla drogi nie starcza już miejsca. Wspinamy się więc w górę i odtąd możemy podziwiać kanion z szerszej perspektywy. Jest jeszcze piękniej. Na jego końcu pojawia się wielkie, zaporowe jezioro St. Croix. Z tej perspektywy wygląda naprawdę bajecznie.

Mijają następne dni i odwiedzamy następne ciekawe miejsca. Docieramy do Avignon. Nie spodziewałem się aż tak pięknej starówki, a pałac papieski to już w ogóle arcydzieło. Przy nim przerwany most przez rzekę wygląda po prostu nijak. Kawałek dalej następna atrakcja, akwedukt w Pont du Gard. Gdybym nie widział wcześniej akweduktu w Segovii, to na pewno okrzyknąłbym go najpiękniejszym, a tak daję mu zaszczytne, drugie miejsce. Nie tylko sama budowla jest piękna, sceneria, w jakiej stoi, nad rzeką o skalistych brzegach też robi wrażenie. Podoba mi się w tej Francji. Tyle tu uroczych zakątków, że na kilka wypraw by starczyło. Szkoda tylko, że ładnej pogody nie starczyło na więcej, niż kilka dni.

Carcassonne

Znów wracają te same problemy z Franzem, czyli jego kompletny brak elastyczności. Jak się na coś zaprogramuje, to musi to zrobić. Rankiem planujemy, że dotrzemy do Carcassonne, zwiedzimy je i pojedziemy dalej, tak, by tego dnia pokonać 150 km. Wszystko idzie dobrze, tylko pogoda nagle się zmienia i Carcassonne wypada nam w deszczu. Franz nawet nie chce słuchać, by zostać tam do jutra. Miało być 150 km i koniec. Nieważne czy leje czy świeci słońce, czy jest jasno czy ciemno, najważniejsze są kilometry i żelazne godziny. W któryś z następnych deszczowych dni proponuję zakończyć jazdę już o 17:00 i wtedy nagle dowiaduję się, że on, wielki twardziel wybrał się w podróż z mięczakiem i że przecież ustaliliśmy, że jedziemy do 19:00, nie 17:00! Mam już dość tej podróży. Mam już dość tego tępaka. To ma być podróż dla przyjemności, nie nabijanie kilometrów na maratonie. Czasem się jedzie więcej, a czasem w ogóle nie jedzie. Ja trasę planuję na bieżąco, nie mam ustalonych dróg i noclegów. Wszystko dostosowuję do tego, co przyniesie dzień. Czy on tego nie rozumie? Żeby jeszcze potrafił rozmawiać, ale gdzie tam, jak tylko na jakiś temat mamy odmienne zdania, to obowiązkowo muszę otrzymać kilka epitetów. Jak długo można to wytrzymać?

Docieramy pod Pireneje. Pogoda jest, jaka jest. W miejscu, w którym powinny być góry widać tylko wielką czapę chmur. No pięknie. O zdobyciu jakiejś wysokiej przełęczy nie ma co marzyć. I tak tu w dole mamy dość deszczu, po co pchać się wyżej? Prowadzę trasę po stronie francuskiej tak daleko, jak się da. Góry pokonujemy dopiero przez bardzo niską przełęcz Izpegui, na samym końcu masywu.

Lubię Hiszpanię. Strasznie mi się podobała, gdy byłem tu pierwszy raz i tak samo podoba mi się teraz. Jedziemy wzdłuż wybrzeża Atlantyku raz po raz zaglądając do kolejnych malowniczych miasteczek. Wrażenie psuje tylko pogoda, bo pada w zasadzie codziennie, chociaż z przerwami.

Im bliżej końca wyprawy, tym moje relacje z Franzem są coraz spokojniejsze. Przestaliśmy się kłócić. W zasadzie to w ogóle przestaliśmy się do siebie odzywać. Wstajemy rano, każdy je swoje śniadanie, często siedząc plecami do siebie, potem każdy robi swoje zwijając obóz. Wreszcie padają pierwsze słowa:

- Jedziemy?

- Jedziemy. - No i już jesteśmy w trasie. Wieczory wyglądają bardzo podobnie. Nie ma już rozmów przed snem. Jest tylko kolacja jedzona w dwóch różnych miejscach obozowiska i sms-y pisane z namiotu leżąc plecami do siebie. Niby mam kompana, a w praktyce czuję się gorzej, niż gdybym był sam. Gdyby nie ten wspólny namiot, to można by pomyśleć, że to dwie niezależne wyprawy jadące w tym samym kierunku.

Mijamy góry Picos de Europa. Chciałem przez nie przejechać i udało się, chociaż w deszczu. Dalej na zachód już nie pojedziemy, kończy się nam czas. Przylądek Finisterre, zwany Przylądkiem Końca Świata będzie musiał poczekać na inną wyprawę. Prawdziwy koniec Europy i tej wyprawy jest w Portugalii, na przylądku Roca.

A więc wykręcamy na południe i wjeżdżamy do Portugalii. Nagle pogoda się zmienia, przestaje padać i zaczyna wiać. Wieje z północy, więc wreszcie wiatr pcha nas do przodu. To się bardzo przydaje na tych pokręconych, portugalskich drogach. Kto je budował? Czy normalnym jest, że aby jechać doliną, trzeba najpierw z niej wyjechać, okrążyć górę, a potem zjechać z powrotem w dół? Albo inna droga, która skacze sobie radośnie z doliny w dolinę, gdy na mapie widać, że 10 km z boku płynie równolegle rzeka, domyślam się, że w dolinie. A może w tak ciasnym wąwozie, że drogi nie dało się już tam zbudować? Wszędzie indziej na świecie by się dało, ale nie w Portugalii. Dobrze, że Portugalczycy nie budowali dróg w Alpach. Jeździlibyśmy pod szczytami, a na przełęcze zjeżdżalibyśmy z góry.

Nie mamy już za wiele czasu na zwiedzanie, ale w kilka miejsc zaglądamy. Pięknie prezentuje się zespół klasztorny w Tomarze, którego najstarsze fragmenty pamiętają jeszcze Templariuszy, ale za to pusty, betonowy plac Fatimy wręcz odpycha. Niesamowite wrażenie robi na mnie miasteczko Linhares. Stare mury, stare domy i starzy ludzie. To miasteczko wygląda, jakby już umarło, razem z ostatnimi mieszkańcami i tylko ciągnące jeden za drugim autokary pełne turystów psują tę idyllę.

Niezwykle zachęcająco wyglądają małe plaże nad Atlantykiem wciśnięte pod wysokie klify. Gdybyśmy mogli sobie pozwolić na choćby jeden dzień zwłoki, to pewnie chciałbym gdzieś tam spędzić noc. Tymczasem gnamy przed siebie ile się da. Nawet Franz nie patrzy już na zegarek i jedzie ostro. Nie mógł tak od początku? Cabo da Roca, cel tej wyprawy wypada nam tuż po zmierzchu. Niewiele widać. Latarnia morska, klif i gdzieś tam w dole huczący ocean. Robimy kilka fotek i jedziemy dalej. Jeszcze tej samej nocy docieramy do Lizbony. Na sam koniec wyprawy wynajmuję domek na campingu, o co oczywiście muszę pokłócić się z Franzem. To przecież straszna rozrzutność.

Został nam ostatni dzień pobytu. Zwiedzamy Lizbonę, kupujemy folię do opakowania rowerów i jakieś pamiątki. Następnego dnia, z samego rana meldujemy się na lotnisku i wsiadamy do samolotu lecącego do Berlina. Z Franzem rozstaję się od razu po przylocie. Przyjechała po niego żona, zabrała do samochodu i tyle go widziałem. Po wyprawie Franz odezwał się do mnie tylko jeden raz. Chciał, żebym mu przesłał zdjęcia, a gdy je dostał, zamilkł na zawsze. Ja jego zdjęć nie zobaczyłem nigdy.

Tak kończy się ta wyprawa. Chociaż cel został osiągnięty, to nie jestem z niej zadowolony. Natrzaskałem kilometrów i tyle. Jednak dobry kompan na wyprawie to podstawa. Mam nauczkę, żeby na przyszłość ostrożniej dobierać towarzyszy. Franz mnie po prostu wykorzystał. Przed wyprawą mówił co innego, na wyprawie robił co innego. Potrzebował tylko przewodnika i znalazł frajera, który przeciągnął go przez całą Europę. Może się teraz chwalić.

Cabo da Roca

A na koniec mała anegdotka:

Opowiadam Franzowi jak to kilka lat temu jadąc przez Hiszpanię nie mieliśmy żadnej linki zabezpieczającej, a mimo to zostawialiśmy rowery na wiele godzin bez opieki. Jako puentę mówię tak:

- Ja jestem pewien, że kiedyś mi ten rower ukradną. Staram się mieć zawsze przy sobie dokumenty i pieniądze, a reszta może pójść na straty.

- Ale ty jesteś egoista.

- ??

- No bo jak tobie ukradną rower, to sobie wrócisz do domu, a ja co wtedy zrobię?