Podróże - HolidayCheck

Przez Kurdystan

Teoretycznie nie ma takiego państwa jak Kurdystan. Ale to tylko teoretycznie, bo praktycznie jest. Można nawet bez problemu określić jego granice. Wszystko dzięki Turkom, którzy okupują te ziemie i starają się kontrolować wszystko i wszystkich, a już szczególnie Kurdów. Przed Cizre pakujemy się w posterunek wojskowy. Mamy kontrolę paszportów, sakw, nawet map i przewodników, a później pogawędkę z komendantem, która tak naprawdę sprowadza się do wypytywania kim jesteśmy, co tu robimy i co w ogóle wiemy o sytuacji we wschodniej Turcji? W końcu dowiadujemy się, że tu żadnej wojny nie ma, a to, co mogliśmy przeczytać w inernecie to bzdury i propaganda. Już nie próbujemy dociekać po co w takim razie jest ten posterunek i po co te czołgi stoją z lufami wycelowanymi w miasto? Komendant chce nas jeszcze dyskretnie zawrócić z drogi, opowiadając o jakiejś atrakcji przyrodniczej, ale siłą zatrzymać nie próbuje.

wóz policyjny w Cizre

Za to na następnym posterunku przyjmują nas zupełnie inaczej. Jak? Gdzie? Na rowerach? Nie można! Tam terror! Mamy zawrócić! Mamy pojechać do Van! Mamy wsiąść w autobus! Mamy zrobić cokolwiek, byle nie jechać dalej! O mały włos, a naprawdę wpakowaliby nas w ciężarówkę. Uparliśmy się, więc jedziemy dalej rowerami. Znów kontrola. Paszport, machnięcie ręką. I znów... I tak na zmianę. Albo straszą terrorem albo puszczają z uśmiechem. Siedzą ufortyfikowani i uzbrojeni po zęby. Kontrole spotykamy w wioskach albo na przełęczach. Im dalej w głąb Kurdystanu, tym kontrole bardziej powierzchowne i krótsze. Szybko się do nich przyzwyczajam. Dwa razy udaje nam się ich uniknąć, raz jadąc ciężarówką, drugi raz po prostu wojsko nas ignoruje i nawet paszportu nie chcą.

W miastach również jest ciekawie. Policja jeździ bojowymi wozami opancerzonymi, a liczne posterunki są ufortyfikowane i zabezpieczone workami z piaskiem. Nie, tu naprawdę nie ma wojny. Ludzie sobie przecież normalnie żyją, handlują, a nam nikt nie zabrania zwiedzać i robić zdjęć. A, że zabraniają choćby zatrzymać się przed płotem jednostki wojskowej? Taki u nich zwyczaj, nic więcej.

Znaleźliśmy się w tym osobliwym rejonie z powodu informacji, że właśnie tu znajdują się najpiękniejsze góry w Turcji. Co z tego, że to kolebka przemytników i kurdyjskich bojowników, ważne, że góry są najpiękniejsze. Żeby lepiej je zobaczyć obieramy boczną drogę przez dwie wysokie przełęcze. Asfalt szybko się kończy i zaczynamy mozolny podjazd. Droga jest niesamowita, cały czas szutrowa, bardzo stroma i widokowa. Po drodze wyprzedza nas kilka samochodów. Wszyscy do nas machają i nas pozdrawiają, a część proponuje podwiezienie. Raz nawet wyprzedza nas jakiś pickup, znika za zakrętem, a po chwili wraca po nas na wstecznym. Uparliśmy się jednak, że podjedziemy rowerami, więc nie korzystamy z okazji. Z innego samochodu podają nam dwie butelki piwa, skoro nie chcemy się z nimi zabrać. Niesamowici ludzie. Niesamowite są też widoki, bo szybko wyjeżdżamy ponad linię drzew i wcinamy się serpentynami w trawiaste zbocze. Mijamy się także z miejscowymi na osłach i koniach. Spory tu ruch, jak na tak boczną drogę.

Tanintanin

Druga przełęcz jest jeszcze piękniejsza. Długo ciągniemy ciasnym wąwozem. Ponad nami wznoszą się pionowe, poszarpane skały, wśród których sterczą samotne ostańce. Nachylenie drogi jest tak duże, że obładowany tylko z tyłu rower staje mi dęba, a po zatrzymaniu nie jestem już w stanie ponownie ruszyć. Dolina kończy się w otoczonej skałami kotlinie. Wyglądają jak mury potężnego zamczyska. Jeszcze tylko ostatni skok i jesteśmy na przełęczy. Teraz okazuje się czemu tą drogą nikt nie jeździ. Po drugiej stronie przełęczy, w zacienionych miejscach zalega jeszcze śnieg i tylko pieszo lub rowerem można te połacie pokonać. Dalej droga zasypana jest samotnymi głazami, które stoczyły się ze zbocza. Tego też żaden samochód nie przejedzie. My ostrożnie omijamy głazy i zjeżdżamy w dół sycąc oczy niesamowitymi widokami na te surowe góry. Prawdę pisali w przewodniku. Droga przez te dwie przełęcze to najpiękniejszy odcinek naszej trasy.

Nocleg wypadł nam między tymi dwoma przełęczami, przed wioską Mutluca. Niezbyt dobre miejsce, ale wcześniej, w stromych zboczach nie mogliśmy znaleźć kawałka płaskiego, by spędzić tam noc. Dopiero po zjechaniu w dolinę zrobiło się bardziej płasko. Niestety, pojawili się też miejscowi. Najpierw jakiś dziadek widział jak schodzimy w dolinę, a potem grupa dzieciaków nas obskoczyła i sądząc, że idziemy zobaczyć wywierzysko, zaprowadzili nas tam. Nie miałem pojęcia, że tam w pobliżu jest wywierzysko, a oni nie mogli zrozumieć czemu po zobaczeniu go nie chcemy wracać. Nie chcieliśmy. Poczekaliśmy aż sobie pójdą i postawiliśmy namiot.

Jest już noc, coś koło północy. Wokół namiotu szumią dwa potężne, górskie potoki, które łączą się kilkanaście metrów od nas. Noc zdaje się być spokojna. Nagle jakiś błysk wyrywa mnie ze snu. Burza? Nie, chyba nie... Znowu błysk. To błysk latarki! Światło przesunęło się po namiocie. Ktoś nas znalazł. Siadam i zaczynam nasłuchiwać. Słyszę jakieś głosy. Znów świecą po namiocie. Czy im wydaje się, że to murowana ściana i w środku nie widzimy tego światła? Słyszę, że są już koło namiotu, koło rowerów. Nie słyszę jednak, by próbowali je ukraść. Może zaraz sobie pójdą? Nagle słyszę, jak odsuwają zamek w tropiku. No teraz to już przesadzili. Budzę Romana i z energią otwieram namiot od środka. Jestem gotowy na rozróbę. Dostaję snop światła prosto w oczy, więc i ja świecę im prosto w oczy. Zamarłem. Przede mną stoi dwóch mężczyzn. Jeden szczupły, wysoki, z wąsem, a drugi... zamaskowany arafatką. W ręku trzyma drewnianą pałkę. Zaczynamy szybką wymianę zdań. Oni po kurdyjsku, ja po polsku. Nie wiem czego chcą, ale staram się odpowiadać stanowczo, w takiej sytuacji tylko ton głosu i mimika twarzy może coś zdziałać. Nie rozumiem ich, ale wygląda na to, że chcą pieniędzy. O, nie! Teraz tym bardziej nie będę ich rozumiał. Chcą koniecznie zobaczyć namiot od środka. Odsuwam się na bok, ten zamaskowany zagląda i cofa się nagle. Chyba zobaczył Romana, który siedział w kącie i nic nie mówił. Przestraszył się go, czy jak? Znów gadamy. Wyjaśniam im, że my turyści, z Polski. Chyba zrozumieli. Wyciągają papierosy, częstują nas. Uff, co za ulga. Już wiem, że to spotkanie zakończy się dobrze. Wołają kogoś jeszcze i z cienia wyłania się dwóch następnych zamaskowanych od stóp do czubka głowy. W rękach trzymają drewniane pałki, a przez ramię maja przewieszone karabiny. Mogło być niewesoło. Dopalają papierosy i odchodzą. Kim byli? Bojownicy kurdyjscy, którzy zeszli z gór i się na nas natknęli czy mieszkańcy wioski zaniepokojeni opowieściami dzieciaków?