Efez, jakiego nie pamiętam

Efez

Izmir. Znów tu jestem. Jest środek nocy, gdy na pustym lotnisku skręcamy rowery i przygotowujemy je do drogi. Przylecieliśmy tu samolotem z Berlina, a teraz nie możemy się zdecydować, co robić dalej. Warianty mamy dwa: pojechać autobusem do Antalii, lub zacząć wyprawę już tutaj, w Izmirze. Nie potrafiliśmy podjąć tej decyzji przed wyjazdem i nie potrafimy teraz. Ale teraz jest inaczej. Rowery gotowe, jestem pełen zapału do jazdy, więc wyrokuję: jedziemy do Efezu. Rowerami. Wyprawa się zaczyna.

Jest ciemno. Pod kołami chropowaty, kamienisty asfalt. Taki sam, jak cztery lata temu, a właściwie ten sam, co cztery lata temu. Jedziemy bowiem tą samą droga, co wtedy. Wtedy też jeździliśmy nocami, ale tylko dlatego, by chronić się przed słońcem i upałem. Teraz jedziemy nocą i marzniemy. Jest pewnie z kilka stopni powyżej zera.

O świcie docieramy do Efezu. Nie ma tu jeszcze nikogo. Czekamy na otwarcie kas i wchodzimy do środka, jako pierwsi. Nie poznaję tego miejsca. Wokół soczysta zieleń upstrzona czerwonymi makami. Gdzie te suche trawy, które pamiętam? Resztki porannych mgieł powoli ustępują i ruiny oblewa ciepłe światło nisko wiszącego słońca. Jesteśmy prawie sami. Nie ma wrzawy, nie ma ludzi. Jest piękno smukłych kolumn, jest nostalgia i zachwyt.

Po dwóch godzinach powoli kierujemy się do wyjścia. Zaczynają pojawiać się turyści. Jakaś kobieta staje na środku sceny teatru i śpiewa. Śpiewa pięknie, zupełnie jak w operze. Jej głos rozchodzi się daleko poza teatr. Garstka widzów ją oklaskuje, a po okolicy rozchodzą się takie brawa, jakby cały teatr był pełen ludzi. Cóż za wspaniała akustyka, cóż za wspaniałe miejsce. To tylko znany mi Efez, a jakże inny niż poprzednio.

Betonowe Pamukkale

Pamukkale

Nie uniknęliśmy autobusu. Roman nie wierzy, że damy radę dotrzeć pod Ararat na rowerach. Nie wierzy w siebie, wierzy tylko w rowerowy licznik i kalendarz. Wymusza więc na mnie podjechanie 200 km autobusem. Wiedziałem, że tego zażąda, byłem na tę podróż gotowy, ale oponuję, wkurzam się, i w końcu wyciągam z niego obietnicę, że jeśli zgodzę się teraz podjechać, to już nigdy więcej nie wspomni o autobusie. O to mi chodziło. Teraz będę miał na niego haka, gdy znów zacznie mówić, że „przecież tam nic nie ma, więc po co jechać rowerami”

Autobusem dojeżdżamy do Denizli, skąd mamy długi zjazd do Pamukkale. Jeszcze przed wioską zaczęli zaczepiać nas naganiacze proponując noclegi. Jeździli skuterkami koło nas i pokazywali foldery. Nie chciałem płatnego noclegu. Po co mi on? Zbywałem ich, tłumacząc, że i tak dziś wrócimy do Denizli. Jeden nie dawał za wygraną. Zachęcał, nagabywał, w końcu zaczął spuszczać z ceny. Stanęło na 8 lirach za postawienie namiotu obok pensjonatu. Jest ciepła woda, łazienka, nawet basen. Niech mu będzie, zostaniemy. Niespodziewanie okazało się, że na tym noclegu jeszcze zarobiliśmy. Właściciel pokazał nam jak ominąć kasy i zwiedzić Pamukkale za darmo. Zaoszczędziliśmy w ten sposób 10 lirów.

Zostawiliśmy nasz dobytek przy pensjonacie i poszliśmy obejrzeć to cudo. Im jesteśmy bliżej, tym piękniej to wygląda. Biała, wapienna ściana, jakoś dziwnie uformowana. Jeszcze bliżej. Woda płynąca sztucznym korytkiem. Zaraz, zaraz, coś jest jest nie tak. Sztucznym? Jeszcze bliżej. Widać już fantazyjne misy, w których... rośnie trawa. A z wodą co się stało? Jeszcze bliżej. Mamy i wodę zamkniętą w betonowe baseny. Tablica informuje, że tylko tu można chodzić i robić zdjęcia. Okropność. Zniszczyli prawdziwe misy i cieki wodne, by zastąpić to betonem. Wodę też racjonują i sami decydują, gdzie ma płynąć, a gdzie nie. Za późno. Jesteśmy tu dobre 10 lat za późno. Jaka szkoda i jaki zawód. Ruiny Hierapolis też nie wyglądają jakoś specjalnie atrakcyjnie. Można było sobie to całe Pamukkale darować i faktycznie rozpocząć podróż od Antalii.