Podróże - HolidayCheck

RELCJA Z PODRÓŻY:

DOJAZD PRZEZ UKRAINĘ

Świta. Ponura, pusta stacyjka na przedmieściach Krakowa. Mamy tu przesiadkę. Wypakowujemy rowery na peron. Z wagonu obok wysiada para innych rowerzystów. Skąd? Dokąd? Jak długo? Okazuje się, że właśnie rozpoczynają swoją wielką przygodę, jadą rowerami do Lwowa. My wybieramy się nieco dalej, chociaż być może też trafimy na koniec do Lwowa. Istnieje szansa, że po dwóch tygodniach znów spotkamy się w tym samym pociągu. Szansa mała, ale fajnie by było móc tuż po wyprawach wymienić się wrażeniami, prawda?

Teoretycznie wracam do państwa, które już znam. W 2002 roku, wraz z Tomkiem Kłosińskim jechałem przez Rumunię do Turcji, a potem przez Rumunię wracałem. Wtedy nasze cele były jednak inne. To była wyprawa do Turcji, a nie do Rumunii, więc tę ostatnią potraktowaliśmy po macoszemu. Niczego wtedy nie zwiedzaliśmy, nawet Braszow ominęliśmy, chociaż znajdowaliśmy się niemal na jego przedmieściach. Teraz celem staje się Rumunia i choć Braszowa znów nie odwiedzę, to wiele innych ciekawych miejsc znalazło się w planach.

Do Przemyśla dojeżdżamy pociągiem i zaraz lecimy do przejścia w Medyce. Na przejściu tłum. Podobno to tutaj normalne. Podobno też nie puszczają rowerzystów razem z samochodami. Trochę nie chce mi się w to wierzyć, ale posłusznie ustawiamy się w tłumie przemytników. Wcale nie jest łatwo posuwać się do przodu. Jakaś kobieta wlazła mi między pedały a sakwę i jeśli ona nie posunie się 10 cm do przodu, to ja nie mogę ruszyć rowerem. Ludzie psioczą, marudzą i wpychają się przed nas. W ten sposób to do wieczora tego przejścia nie pokonamy. Zaczynam więc napierać, ciągnąc kobietę za sobą. Wreszcie zaczęło jakoś iść. Ścisk straszny, ktoś próbuje uformować kolejkę, ale nikt go nie słucha. Znaleźli sobie winnych tłoku: rowerzyści. Nie reaguję na zaczepki i konsekwentnie centymetr po centymetrze prę do przodu. Wreszcie dopychamy się do okienka, wypełniamy jakieś śmieszne karteluszki i jesteśmy na Ukrainie. No, trzeba jeszcze zbyć dwóch urzędasów, co to chcą nam wcisnąć jakieś ubezpieczenie. Piękna granica. Dawno już takiej nie widziałem.

Za granicą pusto. Jedziemy szeroką drogą mijając lasy i wioski. Nieliczne samochody mkną szybko, ale droga jest tak szeroka, że wyprzedzają nas w bezpiecznej odległości. W jakiejś wiosce próbowano spowolnić samochody stawiając próg, ale kierowcy znaleźli na to sposób. Zamiast zwalniać, mkną piaszczystym poboczem, zostawiając za sobą tumany kurzu.

Wyruszyliśmy we dwóch, tylko ja i Gregory. Mamy 2 dni, by dostać się do Czerniowców, gdzie pociągiem mają dojechać Tomek z Kubą. Do pokonania ponad 300 km, a czasu niewiele, więc skupiamy się na jeździe, nawet zabytkowego Drohobycza nie zwiedzamy. Jazda początkowo idzie nam całkiem sprawnie, ale już drugiego dnia wszystko się załamuje. Najpierw daje znać o sobie poprzednia noc w pociągu i połowę dnia najzwyczajniej w świecie przesypiamy, a potem dopada nas gwałtowna burza. Chowamy się pod parasolem jakiejś wioskowej restauracyjki i za ostanie hrywny kupujemy piwo. Mieliśmy tego dnia przejechać co najmniej 150 km, a mamy na licznikach zaledwie 50 i nie zanosi się na to, by miało ich już wiele przybyć. Nie dojedziemy rowerami do Czerniowców, nie damy rady. Trzeba szukać innego sposobu. Zastanawiamy się nad tym, a naszej rozmowie przysłuchuje się dwóch tubylców siedzących przy sąsiednim stoliku. To oni podsuwają nam pomysł, by podjechać pociągiem. Tak się składa, że w tej wiosce jest stacyjka i akurat za 10 minut będzie jechał pociąg. Nie trzeba nas dłużej przekonywać. Wskakujemy na rowery i przez świeże kałuże prujemy na stację. Pociąg nadjechał punktualnie. Pakujemy się do środka i czekamy na konduktorkę. Gdy przychodzi, wyjaśniamy jej naszą sytuację: nie mamy biletu i nie mamy też ukraińskich pieniędzy. Zostały nam tylko dwie hrywny. Mamy za to dolary i chętnie właśnie nimi zapłacimy za przejazd. Konduktorka chwilę się namyśla, po czym zadowala się dwoma hrywnami. Niesamowite! Pogardziła dolarami! Tym samym okazuje się, że to najtańszy pociąg, jakim kiedykolwiek jechałem.

Ciągle pada. Czasem leje tak mocno, że zza okien pociągu nic nie widać. Dostaję sms-a z prognozą pogody: nad Rumunią zawisł jakiś front i leje bez przerwy. Przez kraj przechodzi fala powodzi. Gdzie my jedziemy? Może zmienić plany? Może na Krym się wybrać? Dojeżdżamy do Iwano - Frankowska. Przejeżdżamy przez puste miasto, widzimy ulice całkowicie zalane wodą. Nie nastraja to optymistycznie. Wyjeżdżamy za ostanie budynki, by znaleźć miejsce na nocleg. Po drodze wstępujemy jeszcze do jakiegoś domu z prośbą o świeżą wodę i omal nie kończymy tego libacją. Na szczęście Gregory stanowczo odmawia poczęstunku i chwilę później w ustronnym miejscu stawiamy namiot.

Następnego dnia wracamy do Iwano - Frankowska, by znaleźć jakieś połączenie z Czerniowcami. Rozglądam się za autobusem, gdy tymczasem Gregory załatwia "marszrutkę", czyli taki ichniejszy busik. No pięknie. Część bagażowa ma raptem 40 cm głębokości i do tego jedne drzwi się nie otwierają. Kierowca stawia sprawę jasno: jak zmieścicie tam rowery, to pojedziecie. Nie mam pojęcia jak tego dokonaliśmy, ale zmieściliśmy. Dwie godziny później byliśmy już w Snjatyn, gdzie wsiedliśmy na rowery, a kolejną godzinę później dotarliśmy do Czerniowców. Tomek ze swoim synem, Kubą już na nas czekali, więc bez marudzenia pognaliśmy w stronę granicy z Rumunią.