Podróże - HolidayCheck

POWRÓT

Ostatnią noc w Chorwacji spędziliśmy na campingu, nad samym morzem. Takiej okazji nie można było przepuścić. Słońce świeciło i chociaż powietrze było zimne, wskoczyliśmy do wody. Roman wreszcie mógł sobie ponurkować, przecież przez całą wyprawę wiózł z sobą maskę i rurkę. Czysta sielanka.

Wyjeżdżaliśmy z Sibenika dopiero po południu, więc był też czas na zwiedzenie samego miasta. W przeciwieństwie do innych odwiedzonych miast, to wydawało się bardzo puste. Tyle wolnego miejsca nigdzie nie było. W innych miasteczkach każdy kąt był wykorzystany, wszędzie stały stoliki i parasole, tu uliczki były puste. Dziwnie to wyglądało, bo pod innym względem miasto nie odbiegało od wcześniejszych. Też było zabytkowe, też miało labirynt uliczek i też kręcili się tu turyści.

Nadeszła w końcu pora wyjazdu. Zasady przewożenia rowerów autobusami są takie same jak w Polsce. Biletów w kasie nie sprzedaje się, a kierowca zabierze rowery, jeśli będzie miejsce. Świetnie. To "jeśli będzie miejsce" oznacza "jeśli dasz w łapę". Zażyczyli sobie 100 HRK od roweru. Super. To była połowa tego, co sami płaciliśmy za bilet, ale co miałem zrobić? Nie dać? Chyba jednak za szybko dałem, bo pojawiła się nagle cena za bagaże. Wymyślili sobie 40 HRK. Tego już nie dostali, bo i tak nie miałem więcej kasy. Tym samym Chorwacja dołącza do niechlubnego grona państw, w których rowerzysta bez łapówki nie pojedzie. Dotąd spotkałem się z tym tylko w Polsce i Bułgarii.

Autobus nie był najwyższych lotów, ale dowiózł nas bezpiecznie do Ljubljany. Wylądowaliśmy w centrum o 5 rano. Niezła godzina do zwiedzania miasta. Nie pojechaliśmy prostą drogą na camping, tylko zrobiliśmy pętelkę przez starówkę. Cała tonęła w gęstej mgle. Opustoszałe ulice wyglądały jak po przejściu wojsk okupacyjnych. Dookoła tony śmieci i powywracane kosze, gdzieś stał samochód z rozbitą szybą, a inny otwarty i porzucony tkwił rozbity na latarni. Fajnie się tu bawią. Trafiliśmy na czynną budkę z hamburgerami. Cała lada przed nią, a także okoliczne schody i trawniki zawalone były papierami i resztkami jedzenia. Że też sprzedawcom w budce to nie przeszkadza. Czyżby Ljubljana pokazała swoje prawdziwe oblicze? Takie, jakiego nie pokazuje się turystom?

Nasz samochód przetrwał ten miesiąc na campingu w stanie nienaruszonym, choć alarm sygnalizował próby otwarcia. Miesiąca na ulicach miasta na pewno by nie przetrwał. Wyruszyliśmy po wschodzie słońca i bez przygód wróciliśmy do kraju.

Krótka to była wyprawa, sporo krótsza od poprzednich. Chętnie bym tam powrócił. Nie, nie do Chorwacji i nie do Słowenii, ale przez Bośnię jeszcze raz bym przejechał. Do Czarnogóry także chętnie powrócę. Może tak właśnie będzie wyglądać któraś z następnych wypraw? Czeka jeszcze Kosowo, Albania, Macedonia i na końcu Grecja. Tam naprawdę jeszcze jest gdzie jeździć.