Do dziś nie wiem, po co zjechaliśmy do Rjeki. Tak dobrze jechało się pustymi, górskimi drogami, a teraz wpadliśmy w Magistralę Jadrańską. Co z tego, że kilometry zaczęły szybciej lecieć? Przecież nigdzie się nam nie spieszy. Po co ten tranzyt? Po co ta męczarnia wśród samochodów? Roman się uparł i zjechaliśmy. Trudno, stało się, w tym też trzeba znaleźć jakąś zaletę. Skoro jazda radości nie daje, to może skoczymy nad morze? Tak, kąpiel w cieplutkim Adriatyku od razu poprawiła mi humor.
Od razu zaczęły się też problemy z noclegiem. Wszędzie dookoła były tylko skały i domy, a często jedno i drugie naraz. Każdy odcinek plaży był zagospodarowany. Kawałka płaskiej, niczyjej ziemi ni widu, ni słychu. Gdzie w takich warunkach postawić namiot? Pierwszą noc przepękaliśmy w jakiś krzakach, ale na następną pojechaliśmy już na camping. Mimo mojej niechęci do płacenia za noclegi, nawet ja się na to skusiłem. Jak się okazało, decyzja była słuszna. Spotkaliśmy tam parę Polaków z Warszawy, którzy podróżowali po Chorwacji terenowym samochodem. Spędziliśmy z nimi bardzo miły wieczór. Dwa dni później dołączali do większej wyprawy terenówkami przez Chorwację i wtedy ponownie spotkaliśmy ich na campingu. Nie ukrywam, że właśnie dlatego znów skusiłem się na płatny nocleg. Relacja z ich wyprawy znajduje się na www.kilometr.com.

Po dwóch dniach mordęgi na Jadrańskiej Magistrali przyszedł wreszcie czas, by ją opuścić. W miejscowości Sveti Juraj skręciliśmy w lewo i rozpoczęliśmy mozolny podjazd, który na odcinku 16 km wyniósł nas z poziomu morza na wysokość 1018 m.n.p.m. Szło ciężko, ale w nagrodę mieliśmy cudowne widoki na wybrzeże i skaliste wyspy sterczące z wody. Po drugiej stronie przełęczy trafiliśmy na zupełnie inny świat. Zniknęły gdzieś suche skały i jałowe roślinki, zrobiło się za to bardzo zielono i soczyście. Zmieniły się też wsie. Coraz częściej spotykaliśmy ruiny domów, coraz częściej na ścianach widywaliśmy ślady po kulach. Po raz pierwszy na tej wyprawie spotkaliśmy też ostrzeżenia przed minami. To była dopiero zapowiedź tego, co mieliśmy zobaczyć jeszcze w Bośni.
Jest takie miejsce w Chorwacji, do którego ciągną wszyscy, którzy odwiedzają ten kraj. To Park Narodowy Jezior Plitwickich. My też nie mogliśmy go ominąć. Główna droga okrąża park szerokim łukiem, ale jakoś nam ten wariant nie bardzo się podobał. Na mapie wypatrzyłem inną drogę. Prowadziła na skróty, prosto nad jeziora. Co prawda drogę zagradzał znak zakazu ruchu, ale mieliśmy nadzieję, że rowerzystów nie będą się czepiać. W ten sposób zupełnie przypadkowo zaczęliśmy zwiedzanie "od tyłu", kasy biletowe spotykając dopiero przy wyjeździe.
Rower to naprawdę niezły środek lokomocji w tym parku. Pieszych wożą specjalne, elektryczne autobusy, my sobie po prostu podjeżdżaliśmy po kawałku rowerami, a następnie zostawialiśmy je i ruszaliśmy na pieszy spacer wśród jezior.
Park Narodowy Jezior Plitwickich to prawdziwy wodny raj. Kilkanaście jezior, prawie setka wodospadów, a wszystko tak ze sobą splecione, że ciężko się w tym wszystkim rozeznać. Woda leje się zewsząd. Raz stoisz nad jakimś wodospadem, a chwilę później inny pojawia się nad Tobą. Woda w jeziorach ma błękitny lub turkusowy kolor i jest krystalicznie czysta. Tuż pod taflą kręcą się całe ławice ryb. Jeziora pokryte są labiryntem ścieżek dla pieszych. Praktycznie wszędzie można dojść i wszystko zobaczyć. Tam, gdzie brakowało stałego lądu, zbudowano drewniane kładki. Po tym raju można bez znudzenia łazić przez kilka dni, zapewniam.