DOJAZD

Mamy w Europie białą plamę. Naprawdę. Nigdzie nie można znaleźć przewodników o Bośni i Hercegowinie oraz Serbii i Czarnogórze. Przecież za czasów Jugosławii były to bardzo atrakcyjne tereny, a teraz co? Nikt tam nie jeździ? Aż tak bardzo boją się doniesień o minach i rozbojach? W internecie także głucho. Chyba naprawdę turyści omijają te państwa. Również problemem jest zdobycie jakiejś dokładnej mapy Bałkanów. Niby udało mi się w pierwszej lepszej księgarni dostać mapę w skali 1:300 000, ale daleko jej do tego, by nazwać ją dobrą. Odległości zupełnie nie zgadzają się z rzeczywistymi, wielu dróg po prostu brakuje. Brakuje nawet autostrady biegnącej przez całą Chorwację. Przy tym wszystkim napis, ze aktualizowano ją w 2003 roku budzi zdziwienie. Kto i na jakiej podstawie ją aktualizował, że nie naniósł autostrady, po której już jeżdżą samochody? A zresztą, nie ma co narzekać. Jako rowerzyści i tak nie korzystamy z autostrad, więc ta gruba krecha tylko zaciemniłaby obraz.

Równie ciekawie wygląda sprawa dojazdu w tamte rejony. Międzynarodowi przewoźnicy omijają Bałkany, jak się tylko da. Nawet autokar do Grecji jeździ przez Włochy i dopiero potem przeprawia się promem. Są jakieś dwa rejsowe autokary z Polski do Chorwacji, ale na hasło "rowery" nie chciano w ogóle z nami rozmawiać. Zupelnie tak, jakbyśmy chcieli przewieźć bombę. W tej sytuacji poszliśmy na łatwiznę i pojechaliśmy własnym samochodem. Nigdy nie brałem pod uwagę takiej możliwości, a przecież jest to wspaniałe rozwiązanie. W rezultacie okazało się to tańsze od autokaru, nawet po doliczeniu ceny za miesięczny postój samochodu na campingu w Ljubljanie.