Przejazd autobusem firmy ALSA to była prawdziwa przyjemność, o ile przyjemnością może być 15 godzin spędzonych w fotelu. Nie było problemów ani z zakupem biletów, ani z przewozem rowerów. Trzeba je tylko było w cos zapakować. Ze śmietnika wyszarpałem duże, foliowe worki, które nadawały się do tego celu znakomicie. Autobus sunął spokojnie i cicho przez całą noc, zatrzymując się czasem w jakiś miastach.
Z samego rana zawitaliśmy do Barcelony. Była niedziela i miasto jeszcze spało. My zabraliśmy się ochoczo do zwiedzania. Na pierwszy ogień poszło to, na czym najbardziej nam zależało - Sagrada Familia. Pod kasą pusto. Zostawiamy rowery, jak zwykle do niczego nie przypięte i wchodzimy do środka. Ależ to imponująca budowla. Spodziewałem się czegoś wielkiego, ale to, co zobaczyłem przeszło moje najśmielsze oczekiwania. W zrozumieniu tej budowli pomaga muzeum Gaudiego mieszczące się w podziemiach. Zdecydowanie warto właśnie w ten sposób zacząć przygodę z Gaudim i z całą Barceloną, która jest nim przesiąknięta. Spędziliśmy tam kilka godzin, podczas których nagle zaroiło się od wycieczek z przewodnikami i tłumów indywidualnych turystów. Pod kasę wciąż podjeżdżały nowe autokary tworząc straszny korek. Po wyjściu musieliśmy się przepychać, by dojść do rowerów. A rowery? Ot, stały sobie tak, jak je zostawiliśmy. Mamy tyle szczęścia, czy tak jest tu zawsze?
Nie lubię dużych miast. Często uciekam z nich prędzej niż do nich wjechałem, ale Barcelona jest inna. Ma to "coś", co przyciąga i zachęca do pozostania. Ma swoją atmosferę. Byliśmy na Starym Mieście, w porcie, w słynnym parku Guel, zwiedziliśmy nawet bardzo ciekawe muzeum morskie, ale to wciąż za mało, by poznać Barcelonę. Niestety, dzień jest krótki i trzeba szukać noclegu, a tu, w centrum go nie znajdziemy. Wyjechaliśmy jeszcze kilkanaście kilometrów za miasto i rozłożyliśmy się na plaży. Była już noc, piękna, gwiaździsta, chociaż niezbyt ciepła. Zasypialiśmy wsłuchani w cichy szum fal oraz równie cichy szum przejeżdżających pociągów.
Zostało nam do przejechania tylko 60 km, a czasu na to jeszcze dwa dni. To była prawdziwa sielanka, można było poleżeć na plaży i poleniuchować. Wojtek wrócił pociągiem do Barcelony, ja zostałem sam z rowerami. Dopiero po południu ruszyliśmy dalej. Wiaterek wiał w plecy i droga minęła szybko. Nawet za szybko, przecież czasu było aż nadto. Ostatnią noc w Hiszpanii również spędziliśmy na plaży. Położyliśmy się wprost na piasku między wyciągniętymi z wody łodziami.
Lloret de Mar było takie samo, jakim je zostawiliśmy przeszło miesiąc wcześniej. Te same ulice i różnojęzyczny tłum na nich. Próbowaliśmy odnaleźć tę tanią restaurację, w której zjedliśmy pierwszy obiad w Hiszpanii, ale bezskutecznie. Musieliśmy zadowolić się inną, jak się okazało też tanią. Zresztą w porównaniu do reszty Hiszpanii, to w Lloret w ogóle jest tanio. Podjechaliśmy na plażę, by po raz ostatni spojrzeć na ciepłe morze i pożegnać się z tym pięknym krajem. Jak zwykle naszły mnie refleksje. Czemu zawsze muszę do czegoś dążyć? Czemu wynajduję trasy liczące tysiące kilometrów i ciągnę wciąż do przodu, by zdążyć to przejechać? Może kiedyś dam sobie z tym spokój i pojadę tak, jak jechaliśmy przez te ostatnie dwa dni? Nic nas nie goniło. Mogliśmy robić to, na co właśnie mieliśmy ochotę. Tylko czy taka jazda za szybko mi się nie znudzi? Czy jazda bez celu, tylko dla czystej przyjemności będzie warta wspomnień?
Zdjąłem z głowy mój "krowi" kapelusz i wyrzuciłem do kosza dokładnie naprzeciw sklepu, w którym go kupiłem. Pętla się zamknęła, wyprawa skończyła. Jestem gotów, by wrócić do domu.