Podróże - HolidayCheck

NA KOŃCU EUROPY

Znów kierujemy się w stronę morza. Pędzimy szybko, w głębokich pochyłach pokonując kolejne serpentyny. Droga prowadzi grzbietami gór, bez wątpienia otwierając widoki na wszystkie strony. My jednak widzimy tylko kilkanaście metrów asfaltu przed sobą i nic poza tym. Zmieniła się pogoda, i wszystko dookoła tonie w chmurach, z których raz po raz siąpi deszcz. Nawet się z tego cieszę, przez kilka tygodni wciąż przypiekało nas słońce. Czuję się jak zawieszony w pustce, jakbyśmy jechali z nikąd do nikąd, ale za to cały czas w dół. Tę sielankę przerwało dopiero Algeciraz. Na mapie aż czerwono było od autostrad, nie mogłem wypatrzyć ani jednej bocznej drogi, która by nas wprowadziła do tego miasta. Podobnie było z Gibraltarem, mapa twierdziła uparcie, że tylko autostradą da się tam dojechać. Decyzja była łatwa, trzeba dać sobie spokój z tym molochem i go ominąć. Udało nam się to nadzwyczaj sprawnie i znaleźliśmy się nad cieśniną Gibraltarską.

Każda wyprawa ma swój cel. Na tej chciałem dojechać do Tarify, najbardziej na południe wysuniętego przylądka kontynentalnej Europy. Trzydziestego trzeciego dnia podróży, w strugach rzęsistego deszczu cel został osiągnięty. Opanowało mnie uczucie pustki. To już koniec? Naprawdę nie ma już dokąd jechać i czego zdobywać? Nic już nas w tej Hiszpanii nie trzyma, oprócz zaklepanych na 7. października biletów powrotnych. W Tarifie spędziliśmy prawie cały dzień, chociaż nie ma tam za bardzo czego zwiedzać. Można posiedzieć i popatrzeć na Maroko odległe zaledwie o 14 km, albo udać się na plaże i podziwiać ewolucje ludzi pływających na deskach z latawcem. Podobno na Tarifie są najlepsze w Europie wiatry do uprawiania kitesurfingu, przyjeżdżają więc tu ich całe tłumy. Siedząc w jednej z kafejek spotykamy nagle Niemca, sakwiarza, którego już wcześniej spotkaliśmy, gdy podjeżdżał na Pico Veleta. Czyżby wszystkie drogi rowerzystów krzyżowały się w tych samych miejscach? Pod wieczór opuściliśmy Tarifę i rozpoczął się nowy rozdział tej wyprawy: powrót.

SEWILLA

Wiał silny, południowy wiatr. Raz po raz przeganiał deszczowe chmury, ale także dmuchał nam w plecy, dzięki czemu jazda była lekka i przyjemna. Oczywiście wtedy, gdy nie wpadał nam do głowy pomysł zwiedzania takich miasteczek, jak Vejer de la Frontera. Znak informował, że to tylko 10% nachylenia, a ja musiałem podprowadzać tam rower. Jak oni to mierzą? Kierowaliśmy się do Sewilli, miasta na tyle dużego, że istniała szansa znalezienia połączenia autobusowego z Barceloną. Oczywiście samo miasto też chcieliśmy zobaczyć. Stojąca tam katedra to największa na świecie budowla gotycka i jednocześnie trzecia co do wielkości katedra. I rzeczywiście robi wrażenie, ale raczej ogromem, a nie urodą. Katedra w Toledo była znacznie piękniejsza. Opiewanej w przewodnikach atmosfery miasta nie udało mi się wychwycić. Udało nam się za to znaleźć camping, do którego nie można dojechać rowerem. Prowadzi do niego wyłącznie autostrada. Ile kluczyliśmy, aby ją ominąć, to nasze, a w końcu i tak nią pojechaliśmy. Na szczęście to był pierwszy i ostatni płatny nocleg w całej podróży. Może w tym miejscu wspomnę przy okazji, gdzie spało się najlepiej, a gdzie najgorzej. A więc najprzyjemniejsze noclegi były na samej północy. Nie było problemu ani z miejscem, ani z wodą. Potem było już tylko gorzej. Najpierw zaczęło brakować wody, a w Andaluzji brakowało już nawet miejsca. Tam wszystko jest ogrodzone, często drutem kolczastym, a za ogrodzeniem są tereny pastwisk. Czasem udało nam się dostać za taki płot, ale częściej było to niemożliwe. Południowa Hiszpania to najgorsze miejsce na dzikie spanie, jakie w życiu widziałem. A teraz, w Sewilli śpimy na campingu, między autostradą, a lotniskiem. Nie wiem już co jest gorsze.