Nie ma nic piękniejszego niż zjazd, a ten zjazd był tak długi, jak jeszcze nigdy. Trwał cały dzień i sprowadził nas z wysokości 3200 m.n.p.m. nad samo morze. Zaczęły masowo pojawiać się pueblos blancos, czyli małe miasteczka uczepione górskich zboczy o śnieżnobiałych domach z płaskimi dachami. Domy te nie mają nawet ogrzewania, a biały kolor ma je chronić przed słońcem. Znaleźliśmy się na Costa del Sol, słynnym Wybrzeżu Słońca, gdzie przez 300 dni w roku świeci słońce. Sława tego miejsca przyciąga tu tłumy turystów, więc nie powinien nikogo zaskoczyć ścisk rezydencji i hoteli. Nas jednak zaskoczył. Tłok samochodów, hałas i gęsta zabudowa powodowała pragnienie ucieczki z tego miejsca, ale ponad to wszystko ciągnęło nas do morza. Ach, tak choć przez kilka godzin poleżeć na plaży, wykąpać się i poleniuchować. Jechaliśmy jedyną drogą wciśniętą między góry i morze i nie potrafiliśmy znaleźć kawałka niczyjego wybrzeża. Wszędzie stały hotele i prywatne posiadłości. To, że w końcu trafiliśmy na mały skrawek dzikiej plaży, to prawdziwy cud. Była dobre 50 metrów poniżej drogi i prowadziła do niej tylko stroma ścieżka wypłukana przez deszcze. Na dole nie było prawie nikogo. Tego właśnie szukaliśmy! Ten jeden, maleńki fragmencik Costa del Sol uratował naszą opinie o tym wybrzeżu. Już cisnęły się pod długopis wszelkie możliwe słowa dezaprobaty, a jednak nawet tutaj da się jeszcze wypocząć. Rowerów zostawionych przy drodze bez opieki i zabezpieczenia nikt nie tknął, więc pod wieczór ruszyliśmy dziarsko nalej. A dalej były już tylko miasteczka pełne hoteli, barów i dyskotek. Nie miały nam nic do zaoferowania, więc bez żalu odbiliśmy na północ, by znów zagubić się w górach.
Góry Betyckie rozciągają się w całej południowej Andaluzji i Murcji. Właściwie, to już od dawna się przez nie przedzieramy, przecież Sierra de Segura i Sierra Nevada są pasmami tych rozległych gór. Jednak dopiero teraz, na swoim zachodnim krańcu pokazały pazurki. Podjazd na Pico Veleta, choć imponował wysokością, nie mógł się równać z podjazdami, które teraz przyszło nam pokonywać. Cisnąłem na pedały na najlżejszym przełożeniu, a licznik nie mógł się zdecydować, czy w ogóle pokazać jakąś prędkość. Przypominałem sobie Alpy i tamtejsze podjazdy. Były pięknie oznaczone: 12%, 15%, 19%. Pod wszystkie podjechałem, a tu nie dawałem sobie rady. Jakie mogły mieć nachylenie? W pewnym momencie, gdy wolniutko zdobywamy przełęcz w Sierra de Chimenea, zrównuje się z nami terenowy samochód. W środku siedzi kilka osób i zajadając się lodami przyglądają się nam. "Co za wymyślny rodzaj tortury" - rzuca któryś z nich i odjeżdżają. Mają rację, ale nigdy bym tej tortury nie zamienił na ich samochód.
Trzydziestego dnia podróży odwiedzamy Antequerę, miasteczko szczycące się tym, że stoi w nim aż 30 kościołów i bajeczną drogą zjeżdżamy do Garganta del Chorro. Jest to głęboka i wąska rozpadlina w wapiennym masywie, przez którą przeciska się rzeka Guadalhorce. W latach 20. po obu stronach wąwozu zbudowano zespół elektrowni wodnych i połączono go wąską, betonową półką zawieszoną nad przepaścią. Jeszcze do niedawna można było nią przejść, ale nie remontowana od lat powoli popada w ruinę. Dziś jest zamknięta i przechodzą nią tylko wspinacze z pełną asekuracją. Trochę szkoda, ale nawet patrząc z dołu, robi niesamowite wrażenie.
Całe to przedzieranie się przez góry miało jeden cel: dotrzeć do Rondy, najsłynniejszego z białych miasteczek Andaluzji. Warto było. Ronda jest dokładnie taka, jak ją sobie wyobrażałem. Zachwyca swoim położeniem na krawędziach głębokiej rozpadliny połączonych ze sobą masywnym mostem. Mimo tłumów turystów kręcących się po wąskich uliczkach, panuje tam jakaś specyficzna, przyjemna atmosfera. Aż chciałoby się zostać tam na dłużej. Tymczasem zwiedziliśmy tylko arenę do korridy, podobno najstarszą w całej Hiszpanii, zajrzeliśmy w kilka ciekawych zakątków i pomknęliśmy dalej.