Wjechać do Granady od strony północnej wcale nie jest łatwo. Jedyna droga zamienia się nagle w autostradę i w ten sposób przestaje dla nas istnieć. Musimy błądzić wśród zapomnianych wiosek i przedzierać się przez góry. W nagrodę mamy piękny i długi zjazd aż do samego centrum. Właściwie to za bardzo rozpędziliśmy się na tym zjeździe i osiągnięcie centrum trochę nas zaskoczyło. Któż bowiem wjeżdża do dużego miasta pod wieczór, skoro nie zamierza płacić za nocleg? Stało się, tym razem trzeba będzie zrobić wyjątek. W jakimś sklepiku z pamiątkami znajdujemy mapę Granady i wyszukujemy na niej campingi. Oczywiście ich położenie jest beznadziejne, ale wybieramy jeden i staramy się zapamiętać drogę. Mapy nie kupujemy, bo i po co? Wjechać do Granady było trudno, ale wyjechać z niej jeszcze trudniej. Szybko gubimy się wśród ulic i nie mamy pojęcia jak dotrzeć na upatrzony camping.

Zapadła noc. Stoimy na chodniku i rozważamy co robić dalej. Nagle dzieje się coś, czego nigdy w życiu bym się spodziewał: obok nas przejeżdża Marek! Rozstaliśmy się z nim prawie tydzień temu, a teraz tu, w tym zagmatwanym mieście znów się spotykamy! Przez ostatnie dni Marek zdobył już Pico Veletę, wrócił do Granady i teraz ciągnie na Costa del Sol. Pół dnia szukał drogi wyjazdowej z miasta, na którą my trafiliśmy zupełnie przypadkowo. Na plan dalszy zeszło szukanie campingu, teraz trzeba było znaleźć taki nocleg, na którym moglibyśmy zostać wspólnie. Dla nas by było najlepiej, byśmy już bardziej z miasta nie wyjeżdżali, dla Marka wręcz przeciwnie. Trzeba znaleźć złoty środek, a więc spać tu, gdzie stoimy. To było najdziwniejsze miejsce do spania w całej podróży. Rozłożyliśmy się na jakimś opuszczonym placu budowy, między hipermarketem, a domami mieszkalnymi. Do późna w noc siedzieliśmy przy winie i rozprawialiśmy co kogo spotkało przez ten miniony tydzień. Było już dobrze po północy, gdy kładliśmy się spać. Wbrew obawom, aż do rana nikt się nie pojawił i noc minęła spokojnie.
Rankiem znów musieliśmy się rozdzielić. Urlop Marka nieubłaganie się kończył. Chciał jeszcze dzisiaj dotrzeć nad morze i na tym już zakończyć pobyt w Hiszpanii. Wielka szkoda, to dobry kompan w podróży. My na ten dzień zaplanowaliśmy włóczenie się po Granadzie. Można było na spokojnie poszperać wśród zabytkowych uliczek, posiedzieć przy kawie czy pizzy, ale przede wszystkim zwiedzić Alhambrę.
Ten wspaniały kompleks zamkowo pałacowy to prawdziwa perełka Hiszpanii. Nic dziwnego, że ciągną do niego wielkie tłumy. Tak się złożyło, że nie podjechałem tam razem z Wojtkiem i po odstaniu swojego w kilkusetosobowej kolejce zdobyłem bilet dopiero na godz. 15:00, podczas, gdy Wojtek penetrował te wspaniałe wnętrza już od 9:00. W ten sposób przez cały dzień któryś z nas kręcił się po Alhambrze i przez cały dzień któryś z naszych rowerów stał przed wejściem. Rowery w żaden sposób nie były zabezpieczone, każdy mógł na nie wsiąść i odjechać, każdy mógł przetrzepać sakwy. A jednak nikt ich nawet nie tknął. Cud, szczęście czy jeszcze co innego?
Inaczej wyobrażałem sobie Sierra Nevada. Miały być wysokie, strome, a przede wszystkim piękne. Miały być też puste. A tymczasem czułem się tam jak na wielkomiejskiej arterii. W górę i w dół ciągnął nieprzerwany sznur samochodów. Żeby to byli tylko turyści, to wcale by jeszcze nie było tak źle, ale były to wielkie wywrotki z piachem, żelbetowymi płytami, a czasem jakaś koparka na platformie. Ciągnęły też samochody obsługi technicznej Vuelty Espania, wyścigu kolarskiego, który ledwie dzień wcześniej tu się odbywał. Co jakiś czas przelatywały kolumny zapakowanych w czarne pokrowce tajemniczych samochodów. Bez wątpienia testowali jakieś nowe modele. Turyści przy tym wszystkim to było małe piwo. A widoki? Wyjątkowo mało ciekawe, jak na takie góry, a poza tym szybko skryły się w chmurach. Ten dzień to było żmudne pedałowanie pod górę.
Dla Hiszpanów Sierra Nevada istnieją tylko zimą. Nawet wszystkie dostępne pocztówki są zimowe. Krótkie lato jest tylko po to, by jeszcze bardziej rozbudować miasteczko narciarskie, które także nazywa się Sierra Nevada. Postawiono je na wysokości ponad 2000 m.n.p.m. Powyżej miasteczka jest szlaban, za który nie wpuszczają już samochodów, przynajmniej teoretycznie, więc ruch znacząco zmalał. Dopiero tu można było poczuć się jak w górach. Nie było już drzew, a jedynie kamienie obrośnięte mchem. Droga wspinała się w górę ostrymi serpentynami po łagodnym zboczu. Wszystko tonęło w chmurach, które raz po raz rozwiewały się pokazując ile już za nami, a ile jeszcze przed. Zrobiło się zimno. Ciągnąłem wciąż wyżej i wyżej, ale wkrótce okazało się, że brakuje mi już sił. Wojtek wyprzedził mnie i zniknął w chmurach. Nie wiedziałem jak daleko odjechał, może był 20 metrów z przodu, a może już na szczycie? Skończył się asfalt, ale droga wiodła dalej takimi samymi serpentynami wśród takich samych kamieni. Zrobiło się ciemno. Zaczęły się bardziej strome odcinki, zdarzało się, że musiałem zsiąść i prowadzić rower. Niewiele widziałem, starałem się coś usłyszeć, ale panowała jakaś niesamowita cisza. Żadnego wiatru, żadnego ruchu. Niespodziewanie pojawił się za mną rowerzysta na szosówce. Pytał się ile jeszcze do szczytu, czy do końca będą takie kamienie, czy ja jadę na sam szczyt? A potem pojechaliśmy dalej, najpierw ja, a on tuż za mną. A potem obejrzałem się za siebie i zobaczyłem pustą drogę. Nawet nie wiem, kiedy zawrócił. A może nigdy go tam nie było? Resztkami sił osiągnąłem szczyt. Dotarłem na Pico Veleta, na wysokość 3398 m.n.p.m. Wyżej w Europie nie da już się wjechać. Na górze nie ma nic, nawet tabliczki z nazwą lub wysokością. Jest jakiś pozamykany, kamienny budynek i nic poza tym. Mieliśmy w planach zjechać w dół inną drogą, a właściwie ścieżką prowadzącą na południe. Teraz jednak, zmarznięci i zmęczeni pragnęliśmy tylko ciepłego miejsca na nocleg. Mało brakowało, a zjechalibyśmy z powrotem do Granady, tak jak to zrobił dwa dni temu Marek. Jakimś cudem wypatrzyliśmy jednak przyklejony do zbocza schron turystyczny. Lepszego miejsca na nocleg nie można było sobie wymarzyć. W środku było ciepło i przytulnie. Zostaliśmy tam i w ten sposób po raz pierwszy w życiu spędziłem noc na wysokości 3200 m.n.p.m.
Wstałem jeszcze przed świtem i wyszedłem przed schron. Pogoda była idealna, na niebie nie było żadnej chmurki. Po jednej stronie gór widać było światła Granady, po drugiej świeciło jakieś mniejsze miasteczko i błyskała latarnia morska. Cóż za niesamowite miejsce, wszędzie tak blisko, a jednocześnie tak daleko. Tego dnia dokładnie było widać tę kamienną ścieżkę na południe. Teraz już bez wahania zdecydowaliśmy, że pojedziemy właśnie nią.
Ścieżka nie nadawała się do jazdy rowerem z sakwami, była zbyt wyboista. Na nasze szczęście tylko w nielicznych miejscach wznosiła się w górę, przeważnie biegła w dół lub trawersowała zbocze. W nagrodę za trudy oferowała niesamowite widoki, zupełnie niedostępne z pozycji siodełka nigdzie indziej. To był raczej normalny, górski szlak i przejechanie go rowerem było niezwykłą przygodą. Zastanawialiśmy się jak często jeżdżą tedy sakwiarze? Okazuje się, że bardzo często. Przez cały czas towarzyszyły nam ślady wąskich opon. Jechało tędy kilka osób ostrożnie lawirując między kamieniami. Potem spotkaliśmy sakwaiarza, który jechał w przeciwną stronę, a kilka kilometrów dalej drugiego. Obaj byli niezłymi zawodnikami. Pierwszy opowiadał o drodze do Santiago, którą przeszedł pieszo i przejechał rowerem, drugi był w podróży już od dwóch miesięcy, którą rozpoczął w Niemczech.
Gdy opuszczaliśmy Sierra Nevada, nad Pico Veleta znów pojawiły się chmury. Scenariusz pewnie powtarza się regularnie każdego dnia. Noc i ranek są pogodne, a koło południa zaczynają gromadzić się chmury, które schodzą coraz niżej, by w końcu pochłonąć całe góry.