
Teraz to już mamy zupełne pustkowia. Nie ma wysokich gór, nie ma wody, nie ma lasów. Mijamy tylko bezkresne pola obsadzone białymi winogronami lub oliwkami. Właśnie pojawienie się oliwek jest tu największą atrakcją oraz groteskowo czerwona ziemia, na jakiej rosną. Żar leje się z nieba, a wiatr wieje w twarz. Liczyłem, że tu, w centrum Hiszpanii polecimy jak niegdyś w Norwegii, połykając kilometry, a my wciąż wleczemy się niemiłosiernie. Drogi tną tę pustynię niemal zupełnie prosto, bez zbędnych zakrętów, zaliczając przy okazji wszystkie wzgórza. Co z tego, że gór nie ma, skoro wszystkie wzgórza trzeba zdobyć?
La Mancha kojarzy się przede wszystkim z Don Kichotem i wiatrakami, które brał za olbrzymy. Są więc i Don Kichoty w postaci pomników i wiatraki w postaci zabytkowej. Większość pieczołowicie wyremontowana i pomalowana na biało. Stoją na wysokich wzgórzach, czasem pojedynczo, czasem w grupach. Największą ich ilość można zobaczyć w Consuegrze, wiec właśnie tam jedziemy. Jest ich 12, a do tego zamek. Wyglądają naprawdę bajkowo, szczególnie w zachodzącym słońcu. Jednak historia o Don Kichocie nie jest chyba wystarczającą atrakcją by przyciągnąć turystów. W mieście nie ma praktycznie nikogo, ciężko tu nawet kupić zwykłą pocztówke.
Dziewiętnastego dnia podróży docieramy do Alcazar de San Juan. Następuje w nim podział naszej grupki. Marek, któremu kończy się urlop postanowił w tym miejscu odbić na południe. Chce jeszcze dotrzeć do Granady, zdobyć najwyższą drogę górską Europy, a potem osiągnąć Costa del Sol. Sam ma na to duże szanse, jeździ szybciej i wytrwalej od nas. Ja z Wojtkiem ruszmy dalej na wschód, chcemy jeszcze zahaczyć o jedne góry, zanim też podążymy nad Costa del Sol. To rozstanie musiało nastąpić, było planowane od początku. Można było je odwlekać, ale w końcu nadszedł ten dzień.
Przejazd przez Sierra de Segura to był dobry pomysł. Wreszcie trafiliśmy na starą drogę, nie wyremontowaną przez Unię, która wrosła się w przyrodę i stała się jej częścią. Od samego Siles wiła się ostrymi zakrętami wznosząc się na przełęcz, której nazwy, ani wysokości nigdzie nie podano. Coraz trudniej w Hiszpanii znaleźć drogę, która nie została wyprostowana i obarierkowana. Jakie szczęście, że jeszcze na taką trafiliśmy. Droga dała nam także okazję do niezwykłego noclegu. Spaliśmy w lesie, nad strumyczkiem, wciśnięci między drzewa. Namiotu nie było gdzie rozstawić. W nocy jakieś stado dzików zrobiło sobie popas tuż za moją głową. Nie wiedziałem co robić. Czy zaatakują mnie jak się ruszę, czy nie? Zerwałem się raptownie. Dziki były bardziej przerażone ode mnie i zwiały czym prędzej. Do rana już nie wróciły.
Zjechaliśmy w dolinę rzeki Guadalquivir. Zamykała ją wysoka zapora wodna, a za nią ukazało się piękne jezioro. Nagle przypomniałem sobie od jak dawna się nie kąpałem. Nagle przeleciały mi przed oczami te wszystkie dni jazdy w pyle, i upale. Tego dnia pragnąłem tylko jednego: kąpieli. Poziom wody był bardzo niski i nie było jak zejść na brzeg. Jechaliśmy wciąż w górę doliny licząc na dotarcie nad rzekę. I chyba przedobrzyliśmy. Gdy tylko sztuczny zbiornik się skończył, a zaczęła normalna woda, jak spod ziemi wyrosły hotele i campingi. Jechaliśmy długo, wciąż łudząc się, że zostawiono kawałek dzikiego brzegu, ale próżne to były nadzieje. Nagle zaroiło się od samochodów i weekendowiczów. Wieczorem odbiliśmy w drugą stronę i wdrapaliśmy się wysoko ponad dolinę. Wody jak zwykle nie mieliśmy, ale za to widok był piękny, a hałas dyskotek tam nie docierał.
Czekał nas teraz bardzo długi etap przez sady oliwek. Droga wiła się między drzewkami to wznosząc się, to opadając. Widoki były cudne, lecz kojarzyły się trochę z pustynią. Nie było tam bowiem nic innego, tylko oliwki, oliwki i oliwki. I tak aż po horyzont, który zamykał łańcuch gór.