Przed nami wyrosła najwyższa przełęcz od początku podróży: Navacerrada. Miała co prawda tylko 1860 mnpm, ale i tak była wyzwaniem. Wyjątkowo ciężko mi się pod nią podjeżdżało, miałem tego dnia jakieś kłopoty żołądkowe. Zresztą nie tylko ja się czymś strułem, Wojtek przeżywał to samo dzień wcześniej. Tym razem wyruszył w trasę szybciej niż zwykle i przełęcz zdobył w chwili, gdy wmuszałem w siebie śniadanie. Ciągnęło go tak do pałacu El Escorial, będącego w zasadzie jednym ogromnym muzeum. Wojtek traktował go jako jeden z ważniejszych obiektów na naszej trasie, ja chętnie bym go ominął. Obiecałem jednak dotrzeć na miejsce i mogę przysiąc, że próbowałem. Dotarłem nawet do centrum miasteczka San Lorenzo de El Escorial. A potem zgłupiałem. Żadnych drogowskazów, żadnych wyraźnych dróg, czyżbym więc nie był we właściwym miejscu? Wysyłam SMS-a do chłopaków z pytaniem gdzie są. Odpowiedź: pod pałacem. No, tak, tylko gdzie ten pałac? Szukam na mapie, ale widzę tylko jakieś Monasterio de El Escorial. Może to jest to? Tylko, że jest on gdzieś w dole. A co mi tam, zjeżdżam. Na miejscu znalazłem tylko jakąś wioskę, a pałacu ani widu, ani słychu. Kolejne SMS-y i chłopaki zjeżdżają do mnie, ale rozmijamy się i spotykamy dopiero kilka kilometrów dalej. I w ten oto sposób nawet nie udało mi się tego pałacu zobaczyć. Kielich goryczy można dopełnić tym, że Wojtkowi nie udało się go zwiedzić. Akurat tego dnia było jakieś hiszpańskie święto i pałac był zamknięty.
Zupełnie zmienił się krajobraz. Zaczęło pojawiać się coraz więcej karłowatych drzewek, pól i suchej trawy, która powoli ustępuje miejsca kolcom. Winogron, czy migdałów w ogóle się już nie spotyka. Za to pogoda jest dokładnie taka, jakiej oczekiwałem. Za dnia upały przekraczają 30 stopni. Słońce pali niemiłosiernie aż do godz. 19:00. Naprawdę ciężko w takich warunkach jechać. Coraz bardziej przypomina mi to Turcję.
Staramy się obierać boczne drogi, a mimo to ruch panuje na nich straszny. Chyba bliskość Madrytu ma na to taki wpływ. Powoli mam tego dość i pragnę jak najszybciej stąd uciec. Jakby na pociechę siedemnastego dnia podróży docieramy do Toledo, opiewanego jako najładniejsze miasto w Hiszpanii. Wiele się spodziewałem czytając takie opinie, może zbyt wiele, a może zbyt wiele już widziałem, bo miasto mnie nie zachwyciło. Owszem, ma gęstą plątaninę wąskich i stromych uliczek, ma wiele interesujących zabytków, ma ciekawe położenie, ale ma też o jedną rzecz za dużo. W te wąskie uliczki, mające niekiedy po 2 metry szerokości wprowadzono normalny ruch samochodowy. Zwiedzanie nie jest więc przyjemnością, a ciągłym przeciskaniem się między samochodami i skuterami, które warczą, smrodzą oraz klaksonem torują sobie drogę wśród spacerujących turystów. W każdym zaułku stoją zaparkowane samochody, a jak ulica jest trochę szersza, to jeżdżą nawet autobusy. Porażka. Widziałem dużo brzydsze miasta, w których postarano się, by pozostawiły po sobie jak najlepsze wrażenie, a nie chęć ucieczki.
Trzeba jednak przyznać, że jest tam co zwiedzać. Z licznych zabytków i muzeów udało nam się obejrzeć jeden, ale za to najładniejszy. Mówię o katedrze. Tak pięknej katedry chyba jeszcze nie widziałem. Jest mieszanką najróżniejszych stylów, pełną strzelistych wież i wieżyczek, które sąsiadują z barokową kopułą. Wewnątrz jest równie piękna i różnorodna. Zachwyca misternie rzeźbiony ołtarz oraz prezbiterium, w którym płaskorzeźby przedstawiają całą historię bitew w czasie rekonkwisty. Za ołtarzem podziwiać można niezwykły, barokowy świetlik, a za dodatkową opłatą można także zwiedzić zakrystię i skarbiec. Chyba warto było tu przyjechać, choćby tylko dla tego jednego miejsca.