
Ciągniemy przez Katalonię. Jedzie się wyjątkowo przyjemnie. Drogi są puste i równe. Są takie odcinki, na których spotykamy jeden samochód co pół godziny. Dzieje się tak dlatego, że zamiast prostować i poszerzać stare drogi, po prostu równolegle do nich pociągnięto nowe. Te stare pozostały jako idealne trasy dla rowerzystów, których spotykamy tu całkiem sporo. Góry stają się coraz wyższe, a przełęcze coraz trudniejsze do zdobycia. Już trzeciego dnia osiągamy wysokość 1480 mnpm, co na długo pozostanie rekordem trasy. Droga obfituje w przepiękne widoki. Czasem wyłaniają się ogromne, pionowe ściany Pirenejów, czasem pojawia się kamienna średniowieczna wioska uczepiona wierzchołka góry, czasem pędzimy krętą drogą nad przepaścią.
Tylko jedna rzecz psuje nam humory: deszcz. Pada codziennie, zwykle wieczorem, ale bywa, że z nastaniem dnia chmury nie ustępują. Wiele przez to tracimy. Zamiast podziwiać drogę przez bajeczną przełęcz Jou, my chowamy się pod kapturami. Gdy zupełnie niespodziewanie wyrósł przed nami wąwóz Ventamillo, też padało. Z wysokich na 100 metrów ścian lała się woda, a poniżej huczała rzeka. A może to dobrze, że padało? Może właśnie dzięki temu ten wąwóz wyglądał tak tajemniczo i nierealnie? Także dzięki padającemu deszczowi spędziliśmy noc schowani w starym, nieczynnym tunelu nad rzeką Ara.
Siódmego dnia podróży dotarliśmy w samo serce Pirenejów, do doliny Ordesa. Od razu poczuliśmy powiew wielkiej turystyki. Przywitały nas hotele, restauracje, wielkie parkingi i tłumy ludzi. Dolina wygląda, jak wycięta nożem. Z obu stron zamykają ją kilkusetmetrowe, pionowe ściany o fantastycznych kształtach i kolorach. Próbowaliśmy dostać się jak najdalej w jej głąb, najpierw podjeżdżając autobusem (rowerami nas nie wpuścili), a potem idąc pieszo. Jednak trzeba by iść zbyt długo i daleko, by wydostać się na krawędź. Miałem wielką chęć zostawić te rowery, zarzucić na ramiona plecak, założyć porządne buty i ruszyć ku szczytom. Może kiedyś, przy okazji innej wyprawy uda mi się to zrobić.
Jedziemy dalej i powoli Pireneje pozostają w tyle. Zjeżdżamy do miasteczka Jaca, a potem dalej na południe, w poszukiwaniu klasztoru Santa Cruz de la Seros, który został wciśnięty pod nawis skalny. Znów mamy puste drogi, senną atmosferę i deszcz wieczorem.
Stary, poczciwy Giant. Zbyt wiele już przeżył i zbyt wiele przejechał. To, że się rozpada stało się już tak naturalne, że przestałem przykładać do tego wagi. Coś bije mi na tej wyprawie tylna opona. Koło jest proste, a rowerem rzuca na boki. Pewnie źle się ułożyła. Przydałoby się ją poprawić, ale nie chce mi się przy tym grzebać. Ósmego dnia podróży nie wytrzymuję i przecieram szmatką oponę. Wpadam w osłupienie. Przecież ona całkiem się rozłazi! Na całym obwodzie pęka na styku z obręczą! Ja wiem, że nie jest nowa, ale wcale nie była używana, po prostu stała sobie oparta o ścianę. Aż tak jej to zaszkodziło? Teraz wygląda fatalnie. Ile jeszcze na niej przejadę? Dzień? Dwa? Zdążę dojechać do jakiegoś sklepu, czy nie? Odpowiedź przychodzi prędzej, niż się mogłem spodziewać. Następnego dnia przejeżdżam tylko 4 km. Na prostej, płaskiej drodze dętka wyłazi sobie na zewnątrz i pęka z wielkim hukiem. Zaczyna się zabawa w ratowanie rozpadającej się opony. Teraz już nie ma mowy o widokowych trasach, trzeba jak najkrótszą drogą jechać do jakiegoś większego miasta, gdzie znajdę sklep rowerowy. Oglądam mapę, ale z której strony bym na nią nie spojrzał, to i tak wychodzi, że do przejechania jest prawie 100 km. Jak zmusić oponę, by wytrzymała jeszcze taki dystans?
Zacząłem od przełożenia felernej opony na przód, łatwiej będzie przy niej grzebać, a i mniejszy ciężar będzie musiała przenieść. Łatanie opony na niewiele się zdało, podłożenie sztywnej, plastikowej wkładki było już lepsze, ale rozdarcie powiększyło się i przestała wystarczać. W końcu sięgnąłem po ostateczną broń. Wyjąłem dętkę i przeciąłem ją na pół. Na obu końcach zawiązałem węzły. Po wciśnięciu jej na koło stała się krótsza akurat o tyle, ile było rozdarcia w oponie. Nawciskałem tam szmat. Wylazły trochę na zewnątrz, więc musiałem rozpiąć hamulec. Wreszcie dało się jakoś toczyć do przodu. Co prawda rower podskakiwał rytmicznie, ale te 15-20 km/h dało się utrzymać. Tak byłem z tego zadowolony, że aż nie potrafiłem sobie odmówić zwiedzenia uroczego miasteczka Berdun. Co z tego, że w tym celu trzeba było wdrapać się na stromą górkę i co gorsza, zjechać potem na dół? A bez przedniego hamulca nie jest to wcale takie proste.
Już wydawało mi się, że sprawę rozwiązałem i choć wolno, ale pojadę dalej. Nagle do rzeczywistości przywrócił mnie kolejny huk. Tym razem dętka nie wytrzymała na węźle. Zawiązałem więc nowy, założyłem, pompuję, a tu... na moich oczach opona rozrywa się w drugim miejscu. Tego już za wiele. Na razie plastikowa wkładka wystarczy. Musi wystarczyć, przecież w drugim miejscu dętki już nie przetnę. Pompuję ledwie do 20 PSI, bo więcej już opona nie wytrzyma. Mimo to i tak pojawia się trzecie rozdarcie. Tym razem jestem szybszy. Zaciskam dookoła opony plastikowego zipa. Trzyma. Musi trzymać, bo więcej pomysłów już nie mam.
Sklep rowerowy znaleźliśmy następnego dnia w Sangüesie, małym, zabytkowym miasteczku na pograniczu Navarry. Był zamknięty. Regularnie, co godzinę podjeżdżała pod niego para Niemców, sakwiarzy. Mówili, że czekają na otwarcie już od wczoraj. Bardzo pocieszające, ja jednak nie miałem wyjścia, musiałem koczować aż do skutku. W końcu zjawił się właściciel, wszedł i za minutę wyszedł. Wojtek złapał go w ostatniej chwili, gdy zamykał już drzwi. W ten sposób niemal cudem stałem się właścicielem pięknych Huthinsonów. Kupiłem od razu dwie. Można wreszcie było ruszyć dalej, choć nie na długo. Niestety, to jeszcze nie był koniec kłopotów z rowerem.