Podróże - HolidayCheck

LISTY Z PODRÓŻY:
  • list pierwszy
    List napisany przed wyjazdem.
  • list drugi
    List napisany w Vidin, w Bułgarii, gdzie przez tydzień nabierałem sił po wypadku.
  • list trzeci
    List napisany po powrocie z wyprawy.
  • refleksje
    Kilka wspomnień, które napisałem trzy lata po wyprawie.

Minęły właśnie trzy lata od tamtej podróży, podróży niezwykłej, innej od poprzednich, a nawet następnych. Jej niezwykłość nie polegała na jakichś wyjątkowo pięknych krajobrazach, czy niezwykłych miejscach. To była jazda w nieznane, przez kraje, które tyleż samo mnie fascynowały, co się ich bałem. Ot, na przykład taka Rumunia. Dziś jest dla mnie bardzo przyjaznym miejscem, ale wtedy kojarzyła mi się tylko z rumuńskimi Cyganami, jakich można było zobaczyć w Polsce. Żebracy i złodzieje. Taka właśnie miała być Rumunia.

Pamiętam nasz pierwszy nocleg w Rumunii. Długo nie mogliśmy znaleźć odpowiedniego miejsca. Wszędzie wioski i ludzie, przed którymi za wszelką cenę chcieliśmy się ukryć. W końcu postawiliśmy namiot na łące, schowani za polem mizernej kukurydzy. Było już ciemno. Nikt nie miał prawa nas tam znaleźć. Spaliśmy już, gdy nagle jakiś dźwięk wyrwał mnie ze snu. Usiadłem i zacząłem nasłuchiwać. Ktoś chodził koło namiotu. Nasłuchiwałem dalej i zacząłem odróżniać więcej niż jedną parę nóg. Obudziłem Tomka. Kroki na zewnątrz zaczęły się mnożyć. Przyszła do nas cała wioska? Co teraz będzie? Przecież oni mogą zabrać nasze rowery, bagaże, a nawet zwinąć namiot, a my nic na to nie poradzimy! Z takim tłumem nie wygramy! Powoli, cichutko rozsunąłem zamki. Robiłem to tak, by ci na zewnątrz nie zorientowali się, że ich obserwujemy. Z duszą na ramieniu wyjrzałem na zewnątrz i oniemiałem. Wokół namiotu łaziło... stado owiec. Jedynym człowiekiem był pastuszek, który oglądał namiot ze wszystkich stron, przyglądał się rowerom, ale nie sprawiał wrażenia, by cokolwiek chciał ukraść. Najedliśmy się wtedy strachu. Rankiem nie było po tej wizycie śladu i nic nie zginęło.

Chociaż Rumunia była krajem, którego najbardziej się bałem, to najwieksze przygody czekały na nas w Bułgarii. Zaczęło się od promu z Calafat do Vidin. Najpierw zaskoczyła nas cena: 3$ za osobę i 3$ za rower, czyli razem 12$. To było dokładnie tyle samo, ile wydaliśmy na życie w Rumunii przez ostatnie trzy dni. To już nawet w Norwegii promy były tańsze. Potem był sam prom, a raczej oczekiwanie na niego. Promy rumuńskie nie kursowały wcale i nikt nie wiedział dlaczego. Prom bułgarski czasem się zjawiał, ale pływał jak chciał, bez żadnego rozkładu. Podobno czasami potrafił przypłynąć tylko raz dziennie. Nam się poszczęściło, czekaliśmy tylko cztery godziny. W końcu przypłynęło to "coś". Nie wierzyłem własnym oczom. To trzeba zobaczyć. Stara, zardzewiała barka z dużą szybkością przywaliła w pochyłe nabrzeże. Towarzyszył temu potworny zgrzyt blachy i odpryskujące okruchy betonu. Prom w żaden sposób nie cumował. Siedząc dziobem na nabrzeżu mielił silnikami, by z niego nie spłynąć. Z tej kręcącej się balii zjeżdżały powoli ciężarówki. Tym naprawdę da się pływać? Nie zatonie to gdzieś na środku Dunaju? Pakując się na ten złom miałem wrażenie, jakbym znalazł się gdzieś w centrum Afryki. To był przedsmak dzikiej Bułgarii.

Za wiele w tej Bułgarii nie udało nam się zobaczyć. Już drugiego dnia pobytu lokalny, podmiejski autobus strącił nas z drogi. Wyglądało to naprawdę groźnie, ale mieliśmy też przy tym dużo szczęścia. Nie wiem, jak byśmy sobie poradzili w tej sytuacji, w obcym państwie, bez znajomości języka, gdyby nie natychmiastowa pomoc miejscowych. Kierowca autobusu widział co narobił i natychmiast się zatrzymał. Ja leżę częściowo na chodniku, częściowo na ulicy. Jakimś cudem nie dostałem się pod koła autobusu i nawet nie straciłem przytomności. Podbiega do mnie Tomek i podnosi jak martwego. "Spoko, żyję" - mówię do niego. Żyję, ale jestem kompletnie otumaniony. Nie wiem, co się dzieje wokół mnie. Nic nie widzę, bo krew zalewa mi oczy. W tym czasie kierowca autobusu zatrzymuje jakiś dostawczy samochód i załatwia z nim transport. Podnoszą mnie z ziemi. Chcę iść sam, ale nie pozwalają mi na to. Kładą mnie do furgonetki i zawożą do wioskowej przychodni. Tomek zbiera nasze rzeczy porozrzucane po całej jezdni i pakuje do autobusu, po czym też jadą do przychodni. W przychodni standardowe pytania, skąd jesteśmy, dokąd jedziemy?
   - Do Turcji" - mówię.
   - A teraz, po wypadku, będziecie wracać do domu?
   - Nie, do Turcji! - wokół wybucha śmiech. Z czego się śmieją? Przecież taka drobnostka, jak zderzenie z autobusem nie może pogrzebać naszych planów!
   Przyjeżdża karetka pogotowia i policja. Na kartce papieru rysuję jak to się stało, a kierowca autobusu stoi obok i wszystko potwierdza. Nie wypiera się niczego, przyjmując winę na siebie. Potem zabierają mnie do szpitala w Vidin, a Tomek wraca autubusem na miejsce wypadku, by jeszcze raz wszystko pokazać policjantom.

Szpital w Vidin był tak obskurny, że samo przebywanie w nim mogło pogłębić każdą chorobę. Jakoś mnie tam pozszywali, ale chyba nie robili tego lekarze, lecz krawcy. Zrobili mi na czole taką zakładkę, jakby łatę przyszywali. Nie miałem na to wpływu, więc blizna zostanie mi już na zawsze. W pokoju, w którym miałem leżeć było tak duszno, że ledwie oddychałem. Nie mogłem tam wytrzymać. Nocą, by w ogóle móc zasnąć chodziłem na koniec korytarza, gdzie był balkonik z połamana balustradą i kładłem się tam. Z tym chodzeniem też nie było tak prosto, bez wsparcia ściany nie byłbym w stanie tam dotrzeć. Za dnia czekałem tylko, aż odwiedzi mnie Tomek i wspierając się na jego ramieniu ruszałem w miasto.

Tomek zamieszkał w hotelu, do którego zawiózł go kierowca pechowego autobusu. Dostał pokój dwuosobowy, za który miał płacić 10 lewów (ok. 20 zł) za noc. Po trzech dniach męczarni w szpitalu nie wytrzymałem i również przeniosłem się do hotelu. Wtedy nagle okazało się, że cena wcale nie jest w lewach, tylko w dolarach, a więc podskoczyła dwukrotnie. Wybuchła wojna. To było oczywiste oszustwo i uznaliśmy, że dłużej tu nie zostaniemy. Właściciel był pewny swego. Miał dwóch rozbitków z rowerami, które nie nadawały się do niczego. Dokąd mielibyśmy pójść w takim stanie? Przeliczył się. Pół godziny później byliśmy spakowani i gotowi do wyjścia. Wtedy zrozumiał, że kasa mu ucieka, zmiękł i zaczął negocjacje. Ostatecznie zostaliśmy na następne 3 dni, płacąc tyle samo, ale za dwie osoby, a nie za jedną.

Kierowcę autobusu, który nas potrącił spotkaliśmy jeszcze raz. Kupowaliśmy jakieś lody w kiosku, gdy nagle zjawił się koło nas. Odgarnął naszą kasę na bok i sam zapłacił. Gdy dowiedział się, ile płacimy za hotel, zaczął nas przepraszać, że zostawił Tomka akurat w tym hotelu, że nie znał innego i że w ogóle chętnie zabierze nas do siebie, na wieś, gdzie da nam nocleg i wyżywienie. Nie skorzystaliśmy z propozycji tylko z jednego powodu: trzeba naprawić rowery, a w jakiejś małej wiosce nie będzie jak. Ale to i tak nie zmienia faktu, że mimo wszystko czuję sympatię do tego kierowcy. Wypadek, no cóż, zdarza się najlepszym. Ważne, że przejął się sytuacją i pomógł nam później tyle, ile mógł.

Dochodziłem do zdrowia bardzo szybko. Mogłem się już jako tako poruszać, więc nadszedł czas, by naprawić rower. Największym problemem było pogięte koło. Przeszukaliśmy wszystkie sklepy w mieście, ale całego koła nie było. Była za to obręcz. Kupiłem ją, a na targowisku dobrałem do niej szprychy. Teraz tylko ktoś to musi zapleść. Pytam się ludzi na targowisku i odpowiedź jest jedna: Bobi to zrobi. Coś tam mi tłumaczą, ale nic nie rozumiem. Znów odwiedzamy sklepy rowerowe, ale każdy tylko rozkłada ręce. Z tego, co mówią wychwytuję tylko jedno słowo: Bobi. Co to za tajemniczy Bobi? Jedyny rowerzysta w mieście, czy jak? Siedzimy wieczorem przed jakimś barem i popijamy piwko. Nagle przejeżdża obok gość na pięknej szosówce ubrany w rowerowe ciuchy. Mignął koło nas i zniknął za zakrętem. Spoglądamy na siebie. "To był Bobi" - mówię. Jesteśmy zgodni w tej kwestii. Teraz tylko trzeba go znaleźć. Następnego dnia znów wydeptujemy ścieżki po sklepach rowerowych, aż w końcu ktoś bierze nas w samochód i zawozi do Bobiego. A jakże, to ten sam rowerzysta, którego wczoraj przez chwilę widzieliśmy. Prowadzi warsztat rowerowy w jakimś baraku. Koło zaplata na miejscu, pomaga też wymienić kilka innych części, chociaż wszystkiego i tak się nie dało naprawić. W ruch idą niezawodne plastikowe zaciski i plaster. Jakoś udaje nam się poskładać ten złom w jedną całość. Udaje nam się znaleźć kaletnika, który pozszywał rozdarte sakwy, więc nic nie stoi na przeszkodzie, by jednak nie rezygnować z marzeń i ruszyć dalej do Turcji.

Myślicie, że to koniec przygód w Bułgarii? Ależ gdzie tam. W dalszą drogę wybraliśmy się pociągiem. Przy zakupie biletów okazało się, że nie ma czegoś takiego, jak "bilet na rower". A właściwie jest, ale kupuje się go w pociągu. Dziwny zwyczaj. Pytamy się więc kierownika pociągu o ten bilet, a on bierze w łapę 10 lewów i każe ładować się do przedziału. Dobra nasza, przynajmniej rowery jadą z nami. Nagle zjawia się konduktorka i chce bilety. Dajemy jej świstki, ale to nie wystarcza. Ona by chciała kasę za przewóz rowerów. Jak to? Przecież już daliśmy i drugi raz nie zamierzamy. Wtedy wpada na okrutny pomysł i krzyczy, że nasze bilety są nieważne. Jak to nieważne? A no tak to, wystawione są przecież wczoraj i dzisiaj już są nieważne. Wyciągam notes i piszę jej rozkład jazdy:
   - Wyjeżdżaliśmy o 23:50, w Sofii byliśmy o...
   - Ty mi nie rysuj! Ty nie rozumiesz! Lewy! Lewy!
   - Nie ma lewów - Wyciągam portfel i wysypuję z niego trochę stotinek.
   - Ewro! Ewro! - nie daje za wygraną.
   - Nie ma euro! - teraz to i ja zaczynam się unosić. Pokazuję jej karty płatnicze. Chyba zadziałało. Nagle straciła pewność siebie i poszła. Po godzinie wróciła przynosząc nam... bilet na rowery. Bilet opiewał na 10 lewów i trochę stotinek. 10 lewów już przecież daliśmy, teraz musimy dopłacić tę resztę. Wysypuję jeszcze raz ostatnie stotinki, odliczam i... okazuje się, że mam akurat tyle, ile mam dopłacić. Wyciukała nas do ostatniej stotinki! Jak ona to zrobiła? Czysty przypadek, czy policzyła drobniaki, jak pokazałem je wcześniej?

- Pasport! Pasport! - Obudziłem się nagle z głębokiego snu.
   - Paszport? Gdzie my jesteśmy? W Svilengrad?
   - Da, Svilengrad!
   - Ależ nie, my nie jedziemy dalej, my tu wysiadamy! - Zaczynamy błyskawiczną ewakuację. Toboły lecą przez okno, rowery przez drzwi. Stoję na peronie przy całym naszym bajzlu i patrzę na pociąg. Ze wszystkich okien wystają głowy ludzi. Z ich punktu widzenia wyglądało to, jakby nas z pociągu wyrzucili. Pewnie zastanawiają się co przeskrobaliśmy, że nie wpuścili nas do Turcji? A my wjechaliśmy sobie spokojnie dzień później od strony Grecji.

Widziałem już kilka granic, ale ta grecko-turecka w Marasia szczególnie przypadła mi do gustu. Od strony greckiej celnik ulokował się w okienku stacji benzynowej. Za bardzo nie wiedział, co ma z nami zrobić. Czy puścić jak nieliczne samochody, czy też potraktować nas jak pieszych i dzwonić do Turków, by przysłali żołnierza, który będzie nas eskortował? W końcu uznał, że możemy jechać, ale pod żadnym pozorem nie możemy się zatrzymywać, bo Turcy zastrzelą. A więc jedziemy. Bardzo powoli, dostojnie, bacznie rozglądając się na boki. Po obu stronach drogi widać zasieki i stoją uzbrojeni żołnierze. Droga miała z kilometr długości, aż w końcu dotarliśmy do tureckich posterunków. Przywitał nas piękny, czerwony transparent. Ach, tak mieć zdjęcie z tej granicy... Pytam się żołnierzyka, czy mogę zrobić zdjęcie, Nie wie o co mi chodzi, więc pokazuję mu aparat, a on... ściąga z ramienia karabin. Dobrze, dobrze. Już wszystko rozumiem. NO FOTO!

Turcja. Rozpisałem się o Turcji w poprzednim liście, więc nie ma już czego dodawać. Sierpień to nie był najlepszy miesiąc na taką wycieczkę. Upały nas dosłownie zjadały. Nie byliśmy w stanie jechać za dnia, sporo podjeżdżaliśmy autobusami. To wszystko mocno nadszarpnęło naszą psychikę. Dla Tomka krytycznym momentem był bankomat, który pokazał figę i nie wydał pieniędzy. Bez gotówki daleko nie da się dojechać. Dlatego nie udało się dokończyć tej podróży tak, jak planowaliśmy. Ararat wciąż czeka i wciąż nie daje spokoju. Może w końcu nadejdzie ta chwila, w której wyłoni się na horyzoncie i będzie rósł, rósł, rósł...