Siedzę i patrzę. Obok biurka stoi mój rower. Jest piękny, wyczyszczony. Czerwony, nieco pozdzierany lakier lśni w słońcu. Na masywnych bagażnikach wiszą sakwy. O czym zapomniałem? Namiot, śpiwór, ciuchy, sprzęt kuchenny, narzędzia. Jest chyba wszystko. Damy sobie radę. Ja i on. Wytrzymamy całą trasę jaka się przed nami szykuje.
Siedzę i patrzę w mapy porozkładane na stole. Sporo ich. Siedem państw. A każde inne. Każde warte osobnych odwiedzin, a jednak w każdym spędzę tylko kilka dni. Kędy jechać? Co zobaczyć, a co ominąć? Czy droga, która sobie obmyśliliśmy jest właśnie tą najciekawszą? A może jeszcze coś zmienić? Czy warto nadkładać drogi, czy jechać wprost do celu, do Turcji? Otulony w chmurach Ararat czeka. Uda nam się tam dotrzeć? Wszak nie jest to aż tak daleko. Wymyśloną przez nas trasą ledwie 4,5 tys. km.
Wciąż jednak siedzę. Patrzę na kalendarz na ścianie. To już tylko kilka dni do wyjazdu. Tylko kilkadziesiąt godzin. Staję się niecierpliwy. Dnia powrotu nie widać na tej stronie kalendarza, ledwo mieści się na następnej. Przed nami 40 dni wspaniałej przygody.
Spoglądam za okno. Termometr wskazuje ledwie 28 stopni. Chłodno. Tam, gdzie jadę upały będą nie do zniesienia. Będą mordercze podjazdy i szaleńcze zjazdy. Będą bajeczne widoki, noclegi na pustkowiach i w tanich hotelikach. Tam naprawdę będzie chciało się żyć.
Siedzę i patrzę na monitor. Na GG Tomek śle urwane zdania. On też się niecierpliwi. On też szykuje sprzęt i ekwipunek. Nie jadę bowiem sam. W tę największą podróż ze wszystkich, jakie do tej pory odbyłem jedziemy we dwóch. Tylko we dwóch.
Zaglądam jeszcze na precla. Tu jak zwykle wszyscy kupują hamulce i amortyzatory, komuś rodzi się synek, ktoś narzeka na Cyklotur. Jak zwykle sumiennie cytowany Baton wymyka się z mojego filtra. Zostawiam Was wszystkich. Życzę Wam ładnej pogody, długich i ekscytujących jazd i niezawodnego sprzętu. Ja znikam z grupy aż do września.
Do zobaczenia