na promieWtulam się w fotel. Nie jest zbyt wygodnie, ale trzeba się trochę przespać. Morze za oknem pociemniało i wygląda, jakby coraz bardziej się oddalało. Zaczęło lekko kołysać. Kilka pokładów niżej, przywiązane do barierki stoją nasze rowery. Zastanawiam się, jak to się stało, że się tu znalazłem. Wyruszam w podróż. Jakież to było proste. Nie było gorączkowego pakowania, nie było wielkich przygotowań. Była tylko praca, praca i praca. Szara codzienność. Aż nagle nadeszła sobota, a wraz z nią urlop. Trzeba spakować sakwy i gnać na pociąg. Ot tak po prostu, jakbym jechał na kilka godzin nad jezioro. A teraz jestem na promie ColorLine i spędzę tu 19 godzin. A potem jeszcze 30 dni na siodełku. Pogoda zdaje się dopisywać, dziś cały dzień świeciło słońce. Włóczyliśmy się po pokładach, zaglądaliśmy do sklepów i barów, podziwialiśmy potężny most łączący dwie duńskie wyspy. Dzień jakoś zleciał, teraz tylko trzeba przetrwać noc i wyprawa zacznie się ba dobre.


Skłamałem pisząc, że nie było przygotowań. Oczywiście, że były, ale rozłożyły się na długi czas. Już pół roku wcześniej polowałem na nowe sakwy Ortlieba. Wciąż mnie zwodzili, że będą, że sprowadzą i w końcu na dwa dni przed wyjazdem kupiłem badziewne DUO. Po dobry komplet map całej Norwegii pojechałem aż do Warszawy. Najważniejszą robotę wykonał jednak Damian, spędzając wiele godzin przed komputerem. To właśnie on znalazł najtańszy wariant dostania się do Norwegii. Przez Niemcy przejechaliśmy pociągiem na wochenende ticket, a następnie promem Color Line przepłynęliśmy z Kiel do Oslo z jakąś nietypową zniżką. Cała podróż nie kosztowała nawet 300 zł. Całą komunikację promową wewnątrz Norwegii również Damian miał sprawdzoną, razem z cenami i godzinami kursowania promów. To był nasz spec od logistyki, a przy tym znakomity towarzysz w podróży. Z tym większym żalem przyjąłem informację, że Damian zrezygnował z wyjazdu. Na kilka dni przed podróżą stało się jasne, że pojedziemy tylko w trzech. Zabrakło dobrego kompana, który tyle serca włożył w tę wyprawę.

Do Oslo przypłynęliśmy z samego rana. Ku naszemu zaskoczeniu na kei czekał na nas Zbycho Bikerider, nasz internetowy znajomy. Pokazał nam kawałek miasta, zaopatrzył w rowerowe mapy i bardzo przydatny spis wszystkich tuneli w Norwegii. Dzięki niemu z łatwością mogliśmy sprawdzić, czy tunel, którym chcemy jechać jest przejezdny dla rowerzystów, a jeśli nie, to którędy go ominąć. W Oslo spędziliśmy cały dzień. Zwiedziliśmy ogromny skansen i muzeum statku Fram i tylko zapadająca noc zmusiła nas do wyjazdu z miasta.

Zwykle wyjazdy z dużych miast są męczące i nudne. Trzeba kilometrami przepychać się ruchliwymi ulicami. Tym razem zgodnie z sugestiami Zbycha ominęliśmy główny wyjazd z miasta i pojechaliśmy od razu na północ. Przez dwa dni nie widzieliśmy żadnego samochodu. Mijaliśmy tylko gęste lasy i piękne jeziora. Tak nam się to spodobało, że po powrocie na asfalt patrzyliśmy tylko jak można z niego zjechać. Pakowaliśmy się w coraz trudniejsze i coraz bardziej widokowe ścieżki. Wybierając drogę do Geilo przesadziliśmy na całego. Droga była utwardzona tłuczonymi, ostrymi kamieniami, a przecież Marek miał rower z szosowymi oponkami. Na efekty nie trzeba było długo czekać. Jeszcze tego samego dnia tylna opona nadawała się tylko do wyrzucenia. Na szczęście w Geilo udało się kupić nową.


RallarwegenŚcieżka zaczyna opadać w dół. Robi się coraz bardziej stromo. Towarzysząca nam rzeka znika nagle w przepaści, która otwarła się przed nami. Ściany rosną ku niebu zasłaniając słońce. To nie już nie jest szeroka i spokojna dolina, jaką jedziemy od dwóch dni, to wąski wąwóz pełen huczącej wody i z wieczną mgłą unoszącą się z wodospadów. Woda jest wszędzie, do wąwozu wpadają liczne mniejsze strumienie, tworzące swoje własne, malownicze wodospady. Gdzieś, po drugiej stronie przepaści otwiera się skalne okno, z którego też wylewa się potok spienionej wody. Zjeżdżamy niżej. Spod kół pryskają kamienie. Dobrze, ze od przepaści odgradza nas barierka, bo bez niej bałbym się tędy jechać. Nie próbuję się rozpędzać, bo ciężki, obładowany sakwami rower jest na tej ścieżce nieprzewidywalny. Przejeżdżamy przez drewniany mostek na drugą stronę wąwozu i dalej suniemy w dół. Obręcze rozgrzały się już od ciągłego trzymania klamek. Powoli huk wody milknie, ścieżka staje się bardziej plaska i znów przed nami pojawia się szeroka dolina z malowniczym jeziorem. Oddycham z ulga. Udało się bez szwanku pokonać tę górską drogę tak nieprzystosowanym do tego rowerem. Nie wyobrażam sobie w jaki sposób można pokonać ją w przeciwną stronę. Nagle z przeciwka nadjeżdża para na tandemie z sakwami. Staję jak wryty. Prędzej spodziewałem się zastać tu słonia niż coś takiego. Jak oni zamierzają tam wjechać?


Rallarvegen była jedną z najbardziej niezwykłych tras na tej wyprawie. Jej nazwa w dosłownym tłumaczeniu znaczy "droga kolejowa". Została wybudowana jako trasa zaopatrzeniowa przy budowie linii kolejowej do Bergen. Dziś korzystają z niej niemal wyłącznie rowerzyści. Prowadzi przez rozległy płaskowyż, pełen skał, jezior i potoków. Przez większość miesięcy w roku przysypana jest śniegiem. Nawet w lipcu, teoretycznie najcieplejszym miesiącu w Norwegii, można na niej spotkać połacie śniegu. W połowie drogi znajduje się miejscowość Finse, która jest równie niezwykła, jak ta cała droga. Nie ma tam ulic i samochodów, a jedyne połączenie ze światem zapewnia jej kolej. Końcówka Rallarvegen to stromy zjazd do miejscowości Flåm. Nachylenie tej drogi sięga 17%, a jej nawierzchnia to warstwa sypkich kamieni. Wzdłuż tej stromej drogi prowadzi równie stroma linia kolejowa. Jest pełna zakrętów i tuneli. W jednym z nich pociąg robi pętlę! Tym razem jechaliśmy rowerami, ale jeśli uda mi się tu jeszcze kiedyś przyjechać, tak kolejka będzie obowiązkowym punktem programu.

Droga przez Norwegię to ciągłe podjazdy albo zjazdy. Nie ma tam nic płaskiego. Zwykle wygląda to tak, że dopływa się promem do jakiejś wioski, z niej prowadzi stroma droga na płaskowyż położony 1000 metrów wyżej, potem kawałek jedzie się tym płaskowyżem i zjeżdża 1000 metrów w dół do następnej wioski, w której jest następny prom. To się powoli zmienia, gdyż Norwegia bardzo dużo inwestuje w drogi. Znikają promy, powstają nowe mosty i tunele. Jest na przykład taka droga wzdłuż Aurlandsfjorden. Od niedawna droga jest całkowicie pusta, ponieważ zbudowano nowy, długi tunel i postawiono znak zakazu wjazdu większych pojazdów na tę drogę. Wieść niesie, że w autokarach z turystami mknącymi przez tunel wyświetlany jest film pokazujący, co by widzieli, gdyby jechali górą. A z góry widoki są obłędne.

Zabytków w Norwegii nie widzieliśmy prawie żadnych. No, coś tam było w Oslo i później w Trondheim. Po drodze nie było nic. Ale nie z zabytków słynie Norwegia, tylko z malowniczych dróg. Praktycznie każdy kawałek był tak piękny, że nadawał się na zdjęcie. Najsłynniejsze z tych dróg, czyli Droga Troli i Droga Orłów to kwintesencja Norwegii. I oczywiście promy. Nie ma Norwegii bez promów. Może kiedyś będzie, bo likwidują je na potęgę, ale na razie promy są integralną częścią podróży. Czasem musieliśmy się przeprawiać nawet dwa razy dziennie. Czasem musieliśmy gnać ile sił, by zdążyć na ostatni prom danego dnia. Jak nie zdążyliśmy, czekał nas przymusowy nocleg.

Z Noclegami nie było problemu. W Norwegii można legalnie rozbijać się na dziko wszędzie, byle nie przy zabudowaniach. Ale zdarzyło nam się spać przy zamkniętych, letniskowych hyttach i nie było z tym problemu. Z wodą również nie było problemu, bo wszystko co w Norwegii płynie, nadaje się do picia. To państwo to prawdziwy raj. Jedynym mankamentem Norwegii jest pogoda.


chmuryKręcę. Spod kaptura ociekającego wodą spoglądam na drogę. Niewiele widzę. Mrużę oczy, by kolejna fala deszczu siekącego w twarz nie oślepiła mnie zupełnie. Znów wieje. Ostry, porywisty wiatr uderza od przodu. Staram się utrzymać na drodze. Prędkość znów spada prawie do zera. Ból w nogach. Muszę jakoś go przezwyciężyć, muszę jechać dalej, pewnie zaraz przestanie. Przestało. Cisnę na pedały i rozpędzam się. Nagle dopada mnie kolejna fala wiatru i deszczu, tym razem bardziej z boku. Znów walczę, ale tym razem nieskutecznie. Wiatr spycha mnie na pobocze. Jak tu jechać w takich warunkach? Nieprzemakalne ciuchy dawno już przemokły, w sakwach stoi woda. Mam dość tej pogody, mam dość tej Norwegii, mam dość przeklętego Nordkapp!


Pogoda wyjątkowo nam nie sprzyjała. Tylko na początku, przez tydzień, jakby na zachętę święciło słonce. Gdy już wydawało się, że tak będzie zawsze, zaczęło lać. Staraliśmy się przemykać miedzy falami deszczu, ale bardzo często łapał nas w drodze. Nie było gdzie się schować, nie było jak przeczekać. Pozostawało tylko zaciągnąć kaptur i jechać dalej. Każde przejaśnienie przyjmowaliśmy z wielką euforią, wciąż mieliśmy nadzieję, że jutro będzie lepiej, że nie może przecież padać przez tydzień, a już na pewno nie przez dwa. A jednak mogło i padało.

Był taki dzień, w którym jechaliśmy przez cały czas brzegiem morza. Nad nami wisiały ciężkie chmury, które kończyły się nagle na krawędzi lądu i wody, jak ucięte nożem. Wydawało się, że wystarczy zrobić krok w bok, by wyjść na słońce. Na pełnym morzu widzieliśmy błyszczące w słońcu łodzie rybackie. Dojeżdżaliśmy właśnie do Bodø, gdzie mieliśmy przeprawić się promem na Lofoty, na wyspy z dala od stałego lądu, gdzie też powinniśmy mieć słonce. Dopłynęliśmy tam pod wieczór. Postawiliśmy namioty, a gdy rano z nich wyszliśmy, nad nami wisiały ciemne, deszczowe chmury. W nocy przesunęły się dalej.


cieńWiatr zawiał mocniej. Niesłychane, naprawdę wieje od tyłu! Po prawie czterech tygodniach walki z wiatrem, dziś zechciał zawiać od tyłu. Zrzucam łańcuch na mniejsze zębatki i rozpędzam się jeszcze bardziej. Licznik wyświetla prędkość ponad 50 km/h. Przede mną droga zaczyna wznosić się w górę, a ja wcale nie zwalniam. A może tak wyjąć tropik i użyć go jak żagla? Może wtedy nie musiałbym w ogóle pedałować? Niewielkie wzniesienie skończyło się i droga znów opada w dół. I bez żagla nie muszę już pedałować. Nie tylko wiatr jest tu inny niż w całej Norwegii, krajobraz też się zmienił. Po raz pierwszy nie ma gór, nie ma drzew, jest tylko trawa aż po horyzont i przecinająca ją droga. Zza zasłony chmur niepewnie wygląda słońce. "Zostań, nie chowaj się jeszcze, bez twojej pomocy nie dojedziemy do niedzieli na Nordkapp". Nie zaczekało, ale my dojechaliśmy.


Pogoda dobijała nas wszystkich. Na Lofotach Roman oświadczył, ze nie ma sensu jechać dalej, skoro i tak na północy nic nie ma. Po co w deszczu nabijać kilometry? By się potem chwalić? Swoją myśl wprowadził w czyn i pojechał do Narviku, by wsiąść tam w pociąg. A jednak mnie i Marka Nordkapp ciągnął. Nie mogliśmy tego przerwać. Byliśmy już przecież tak blisko. Wiedzieliśmy już, że, jeśli kiedykolwiek znów trafimy do Norwegii, to skoncentrujemy się na zobaczeniu południa. Drugi raz na daleką północ nie ruszymy. Nie będzie drugiej szansy, by dotrzeć na kraniec Europy. A więc albo teraz, albo nigdy. Nasza desperacja została nagrodzona. Zawiało od tylu, więc wręcz popłynęliśmy do przodu. Dzienne przebiegi wahały się w granicach 150 - 200 km. Dotrzeć, zaliczyć i wreszcie wrócić.


globusPatrzę na zegarek. Dochodzi północ. Pod globusem kłębi się tłum turystów. Stoję nieco z boku i oceniam warunki zdjęciowe. To słońce jest jeszcze za wysoko i jego barwa dalece odbiega od głębokiej czerwieni. Jest wyjątkowo duże i świeci jeszcze całkiem mocno. Nie można dłużej patrzeć w jego kierunku. O wiele ciekawiej wygląda oświetlone takim słońcem urwisko na którym stoi stacja turystyczna, albo płaskowyż za nią, gdzie na skwerku trawy stoi nasz namiot. Kręcę się tu i tam, a tymczasem słońce zaczyna świecić coraz mocniej. Koniec widowiska. Tak właśnie kończy się wczoraj, a zaczyna dzisiaj. Nocy nie było. Autokary zjeżdżają w dół, okolica powoli pustoszeje. W kilku innych miejscach wyrastają namioty. Czas położyć się spać, za godzinę, może dwie, słońce wychyli się zza krawędzi urwiska i zacznie grzać w namiot. Wtedy już na pewno nie uśniemy.


Na Nordkapp dzień w dzień ciągną całe autokary turystów, zjeżdżają się samochodziarze, motocykliści i oczywiście rowerzyści. Wszyscy chcą zobaczyć dzień polarny, a miejsce ku temu jest idealne. Potężna skała wyrasta kilkaset metrów ponad lustro wody i aż po horyzont nie ma nic, co by mogło zasłonić widok. Co noc tłumy ludzi zapełniają dużą stację turystyczną, siedzą w kilku stylowych barach, stoją pod globusem i kręcą się po okolicy. Wszyscy przyjeżdżają w tym samym celu, ale podobno tylko nielicznym udaje sie trafić na tak idealna pogodę. Nam się udało. To było zwieńczenie tej całej długiej podroży. Dzięki temu wiem, po co tam jechałem. Bez słońca i tej niesamowitej atmosfery, jaka tam panuje, mógłbym tylko mówić: zaliczyłem. Teraz mogę mówić: widziałem i czułem.

Nordkapp to rzeczywiście koniec Europy. Jak już się tam dotarło, to ciężko się wydostać. Utknęliśmy w najmniej przemyślanym punkcie wyprawy. Wciąż mówiliśmy: "jakoś wrócimy" i nadszedł czas, żeby jakoś wrócić. Sposobów nie było wiele. Kierunek na Oslo odrzuciliśmy jako zbyt kosztowny. Kierunek na Sztokholm też. Mało, że kosztowny, to jeszcze skomplikowany. Pozostała tylko Finlandia. Zaletą tego kierunku był autobus, który odjeżdżał z samego Nordkapp. Nie trzeba było kombinować z przedostaniem się do Alty, nie trzeba było nawet zjeżdżać do Honningsvåg. Wystarczyło poczekać jeden dzień na autobus.


Kolejna noc na Nordkapp. Jakże inna od poprzedniej. Znów zjeżdżają się autokary, znów zapełniają się bary w stacji turystycznej. Jednak tym razem wszyscy przybyli na próżno. Nie ma słońca, które nie zachodzi. Cały półwysep spowijają chmury. Niektórzy próbują robić zdjęcia pod globusem, ale daremny to trud. Jest zimno i wciąż pada deszcz. Snujemy się bez celu po budynku. Zastanawiamy się jak zabić czas. Świat oglądamy przez szyby restauracji. Nikt by nas nie zmusił, żeby teraz wyjść na zewnątrz. I pomyśleć, że udało nam się tu dotrzeć akurat wczoraj. A wszystko przez jeden sms od Romana. Informował nas, że w niedzielę odchodzi autobus do Oslo. Autobusu nie było, ale pogoda tak...


Powrotu z Nordkapp nie traktuję już jak dalszej części wyprawy. To był tylko powrót, ale sam w sobie był przygodą. Wracaliśmy bez planu, byle na południe. Najpierw kilkanaście godzin spędziliśmy w autobusie. Za oknami były tylko lasy i lasy. Czasem przecięliśmy jakąś rzekę i znów jechaliśmy przez bezkresne lasy. W Rovaniemi przesiedliśmy się do pociągu. To był express do Helsinek, ale jak na express, to jego prędkość nie była imponująca. Dopiero w Oulu, gdy spalinową lokomotywę zastąpiła elektryczna, pociąg zaczął toczyć się szybciej. Nie dojechaliśmy do Helsinek. W Tampere mieliśmy przesiadkę i innym pociągiem pojechaliśmy do Turku.

W Turku spędziliśmy mnóstwo czasu, ale nie nudziliśmy się. To było piękne miasto. Nabrzeża przepływającej przez Turku rzeki obstawione były zabytkowymi parowcami i żaglowcami. Było co podziwiać. W Turku wsiedliśmy na prom do Sztokholmu. Był tani, ale nawet nie zdawaliśmy sobie sprawy po co on właściwie pływa. Gdy tylko wypłynęliśmy na morze, otwarły się bary i sklepy. Zaczęła się wielka bezcłowa impreza. Całą noc pijani Szwedzi przetaczali się po pokładach zajmując każdy kąt i zakamarek na promie. Podobnie, jak my, większość nie miała wykupionej kajuty, ale chyba tylko my chcieliśmy się tej nocy zdrzemnąć. Nie udało się.

W Sztokholmie zwiedziliśmy muzeum statku Vasa. Warto, naprawdę było warto. Vasa tak nas pochłonęła, że z planów zobaczenia reszty miasta, z bajecznie malowniczą starówką nic już nie wyszło. Zabrakło na to czasu. Podmiejskim pociągiem pojechaliśmy do Nynäshamn, gdzie czekał na nas już następny prom, do Gdańska. Od razu poczuliśmy powiew Polski. Bałagan na terminalu, jakieś kolejki, numerki i zdezorientowani pasażerowie. Na promie też nie było lepiej. Na widok rowerzystów obsługa wpadła w panikę. Nie wiedzieli gdzie mają nas umieścić. Na innych promach po prostu wskazywali nam miejsce i prosili tylko, żeby rowery przywiązać do barierki. Na polskim promie mieli z tym problem. Za to pokład na tym promie był drewniany, a nie stalowy jak na innych, więc większość czasu spędziliśmy leżąc na pokładzie.

No i w końcu Gdańsk, czyli wróciliśmy do domu. Tam rozstałem się z Markiem i pociągiem pojechałem do siebie. Wyprawa się zakończyła. To była piękna podróż. W ogóle Norwegia jest piękna. Gdybym tylko miał okazję, chętnie tam wrócę. Tym razem jednak chciałbym skupić się na południu. Mam już nawet plan tej podróży... Może kiedyś... kto wie?