Saksonia i północne Czechy 2016


Drezno i rzeka Łaba

Do Drezna dojeżdżamy pociągiem. Miasto całkowicie zniszczone pod koniec wojny, dziś wygląda tak, jakby żaden kataklizm nigdy go nie dotknął. Z dworca do starej części Drezna prowadzi szeroki deptak pełen fontann. Jedziemy nim prosto do celu, omijając ulice i samochody. Od początku jest więc ładnie. Starówka pełna jest monumentalnych budowli pełnych rzeźb i zdobień. Nie zwiedzamy wszystkiego dokładnie, bo na to potrzeba kilku dni, a nie dwóch godzin, jakie pozostały nam do zachodu słońca. Próbujemy zrobić jakieś ciekawe zdjęcie, ale wszędzie dookoła kręcą się tłumy turystów, którzy włażą w kadr. Nie Drezno jest jednak naszym celem, więc chociaż ładne, to szybko je opuszczamy.

Zupełnie osobnym zauroczeniem jest przepływająca przez Drezno rzeka Łaba. Przy nabrzeżach, w samym centrum miasta stoją przycumowane parowe statki wycieczkowe. To oryginalne bocznokołowce sprzed stu lat. Nie jakieś tam repliki, tylko prawdziwe statki, z których najstarszy pochodzi z 1878 roku! I one codziennie pływają wzdłuż Łaby zabierając na pokład tłumy turystów. Stojąc na jednym z drezdeńskich mostów obserwujemy jak przypływają wieczorem do miasta, jak cumują, jak ich białe burty odbijają się w wodach rzeki. Słońce zachodzi i wszystko, łącznie z wodą nabiera żółtej barwy. Jest jeszcze piękniej.

Po drugiej stronie rzeki zachwycają nas szerokie, trawiaste brzegi. Przypominają dolny poziom bulwarów nad Wisłą w Krakowie, ale są dużo szersze. Nie mają też murowanego nabrzeża, tylko łagodnie schodzą aż do wody. Wiele osób wykorzystuje je do spacerów i odpoczynku. Jedziemy wzdłuż Łaby asfaltowymi alejkami. Najpierw po jednej stronie rzeki, potem po drugiej. Prowadzą tędy szlaki rowerowe do Pirny i dalej do Szwajcarii Saksońskiej. Trzymają się jednak brzegów rzeki, więc chociaż malownicze, to w same góry nie da się nimi wjechać.

Drezno. Prager Straße, szeroki deptak pełen fontann łączący dworzec kolejowy ze Starym Miastem. Zamek w Dreźnie. Widok od strony miasta. Katedra Świętej Trójcy w Dreźnie.
Stare parowce bocznokołowe cumujące przy Tarasach Brühla. Stare parowce bocznokołowe cumujące przy Tarasach Brühla. Stare parowce bocznokołowe cumujące przy Tarasach Brühla.
Trawiasty brzeg Łaby z widokiem na Stare Miasto w Dreźnie. Łaba przebijająca się przez Szwajcarię Saksońską. Parowiec Pirna (zbudowany w 1898) na Łabie.

Bastei

Śpimy na dziko w czyimś sadzie. Według mapy miał być tam camping, ale go nie było. Specjalnie do tego miejsca ciągnęliśmy po nocy, a tu taka niespodzianka. Rano odwiedza nas właściciel, pyta czy wszystko w porządku i po prostu sobie odchodzi. Żadnych problemów czy pretensji. Zwijamy namiot. Kilka kilometrów dalej mamy największą atrakcję tego rejonu, czyli słynne Bastei w Szwajcarii Saksońkiej.

Nazwa Bastei pochodzi od jednej formacji skalnej wyglądającej jak baszta, ale przyjęło się tą nazwą określać cały rejon razem z ruinami zamku i licznymi punktami widokowymi. Dojść tam można z dwóch stron, albo schodami z miejscowości Kurort Rathen, albo spod hotelu o nazwie Bastei zbudowanego tuż przy skałach. Do hotelu prowadzi wygodna, asfaltowa droga. Rowery można zostawić pod samym hotelem, z samochodami jest już trudniej. Pół kilometra wcześniej znajduje się duży, płatny parking, a gdy jest zapchany, to trzeba wrócić do początku drogi, 4 km od Bastei. Większość turystów zwiedzanie zaczyna właśnie od tego hotelu. I my też tu zaczynamy.

W skałach Bastei w XII wieku zbudowano zamek Neurathen. Była to dość osobliwa konstrukcja. Zamiast murów obronnych posiadał drewniane mosty rozwieszone między skałami. Do obrony wystarczało mu samo położenie. Nikt nie był w stanie do niego nawet podejść. Mimo swoich niewątpliwych walorów obronnych nie przetrwał długo. Został opuszczony już w XIII lub XIV wieku i popadł w ruinę. Miejsce ponownie zostało odkryte dopiero przez turystów w XVIII wieku. Szybko zaczęło zyskiwać na popularności. Na początku XIX wieku zbudowano drewniany most, który przyklejony do skał łączył resztki zamku z miejscem, do którego można było wygodnie dojechać. Kilkadziesiąt lat później przebudowano go na kamienny, dokładnie ten, który istnieje do dziś.

Most, chociaż jest obiektem typowo turystycznym i zbudowanym wyłącznie dla nich, wygląda tak zjawiskowo, że przyciąga tu jeszcze większe tłumy. Sam zamek często w ogóle nie jest uwzględniany w relacjach. Może dlatego, że wstęp na most i punkty widokowe na okolicznych skałach jest bezpłatny, a za zamek trzeba już zapłacić 4€? Czy warto w ogóle zapłacić? Teren zamku, pełen metalowych pomostów jest tylko kolejnym, niezwykle rozległym punktem widokowym. Do zwiedzania nie ma tu za wiele. Gdzieś tam widać resztki pomieszczenia wykutego w skale, gdzieś cysternę na wodę. Nie zachowało się wiele. Ale pal licho sam zamek, wchodzi się tam dla widoków, nie dla ruin. A widać stąd wszystkie okoliczne skały, łącznie z mostem. Chociaż te najpiękniejsze zdjęcia mostu i tak robione są z innego, wyższego i darmowego punktu widokowego. Więc czy warto zapłacić? Mimo wszystko chyba warto. Sam spacer pomostami rozwieszonymi nad przepaściami robi wrażenie. To, co z nich widać tylko potęguje doznania.

Kamienny most i liczne punkty widokowe to nie wszystko, co można zobaczyć w okolicy. My wybraliśmy się na nieco dłuższą trasę, przez Schwedenlöcher, czyli ciasny i kręty wąwóz. Miejscami jest w nim tak wąsko, że dwie osoby nie mogą się minąć. Słońce tu prawie nie dochodzi i wilgotne skały porośnięte są mchem. Żeby dostać się do wąwozu trzeba cofnąć się od hotelu do parkingu dla samochodów, a potem skręcić w prawo i pójść za znaczkami szlaku niebieskiego. Tam czekało na nas 900 schodów, a potem wciśnięte między skały pomosty. Zamek i słynny most zostawiliśmy sobie na koniec i podeszliśmy do niego szlakiem zielonym od granic Kurortu Rathen.

Na szlakach w okolicy Bastei panuje niesamowity tłok. My mieliśmy szczęście, bo trafiliśmy tam po sezonie i do tego w poniedziałek. Ale i tak ludzi było sporo. Są jednak miejsca, do których turyści nie docierają. Oprócz oficjalnych szlaków, w okolicy jest dużo tras znanych tylko nielicznym. Są to trasy dla wspinaczy, często tylko podejściowe pod jakąś skałę, ale są to ścieżki jak najbardziej legalne, często ubezpieczone w drabinki lub stalowe liny. Znakowane są czarnymi trójkącikami. My, zmęczeni tłumem też na taki szlak się wybraliśmy i podeszliśmy tak daleko, jak się dało podejść bez sprzętu wspinaczkowego. Było warto. Trafiliśmy na kilka niezłych punktów widokowych (także z widokiem na most) i spotkaliśmy po drodze raptem dwie osoby.

Most Batsei Most Batsei Most Batsei
Schwedenlöcher Schwedenlöcher Schwedenlöcher Schwedenlöcher
Formacja skalna Gęsi U podnóży skaly Gęsi Fontanna w Kurort Rathen
Makieta zamku Neurathen Zamek Neurathen Zamek Neurathen

Pod skałami Bastei nadal rozciąga się szeroka wstęga Łaby. Pięknie prezentuje się z trzech miejsc wznoszących się około 150 metrów nad wodą. Widoki z nich są wyjątkowo rozległe. Ale rzeka wygląda malowniczo nie tylko z dużej wysokości, warto też zjechać niżej, nad samą wodę. Wzdłuż obu brzegów prowadzą szlaki rowerowe. Ten ciekawszy, bardziej widokowy znajduje się na lewym brzegu, gdyż właśnie z niego można podziwiać piętrzące się w górę skały. Na prawym brzegu rozłożyły się za to dwie urocze miejscowości, Stadt Wehlen i Kurort Rathen. W tej drugiej obowiązuje zakaz wjazdu samochodami (z wyjątkiem mieszkańców), co czyni ją niezwykle przyjaznym zakątkiem. W obydwu miejscowościach przez Łabę kursują promy dla pieszych i rowerzystów. Nie mają żadnego rozkładu rejsów, po prostu podpływają, gdy tylko pojawią się na brzegu chętni do przepłynięcia na drugą stronę. Z jednego promu korzystamy i my, by dojechać do następnej atrakcji w Szwajcarii Saksońskiej.

Łaba, Kurort Rathen Stadt Wehlen nocleg nad Łabą

Twierdza Königstein

Na początku była góra. Samotna, niedostępna, płaska góra. W XIII wieku na jej szczycie czeski władca Wacław I wybudował zamek. Strzegł on okolicy aż do XV wieku, kiedy to przeszedł pod panowanie rodu Wettinów, późniejszych władców Saksonii. Czasy jego świetności minęły. Na górze probowali nawet zamieszkać pustelnicy z zakonu Celestynów, ale wytrzymali tylko osiem lat. Narzekali na trudne warunki życia i opóźnienia w budowie klasztoru. W końcu i oni opuścili to miejsce. Kto wie, może z czasem zamek zostałby zapomniany i zamieniłby się w ruinę tak, jak wiele podobnych miejsc. Stało się jednak inaczej. Pod koniec XV wieku górą zainteresował się książę elektor Krystian I i przebudował zamek na potężna twierdzę. Umocnienia były imponujące. Zajęły całą górę. Wszystkie przerwy w skałach zostały wypełnione murami wysokimi nawet na 30 metrów. By zapewnić możliwość długotrwałej obrony wydrążono studnię głęboką na 150 metrów! Obliczano, że twierdza może przetrwać oblężenie trwające nawet kilka lat. W XVI wieku jeszcze raz przebudowano twierdzę tworząc z niej obiekt niemożliwy do zdobycia. Umocnienia były tak potężne, że w całej historii twierdzy nikt nawet nie próbował jej zdobyć. Odstraszała swoim ogromem. Z czasem jednak rozwój techniki wojskowej spowodował, że tego typu obiekty przestały być potrzebne. Twierdza powoli zaczęła przekształcać się w więzienie, a podczas wojen w obóz jeniecki. Od 1955 roku stała się już wyłącznie obiektem turystycznym.

To tyle z historii. Twierdza Königstein jest dziś obowiązkowym punktem programu dla zwiedzających Szwajcarię Saksońską. Wstęp do twierdzy kosztuje 10€, ale nikogo to nie zniechęca. Rocznie przyjeżdża tu kilkaset tysięcy turystów. Patrząc na twierdzę Königstein z dołu, czuje się ogrom tej budowli, ale wcale nie wygląda zachęcająco. Taki to już urok XVI-wiecznych i młodszych budowli obronnych. Nie ma już baszt i wysokich wież. Są za to gładkie mury obronne z wysuniętymi bastionami. Jak najwięcej obiektów ukrywano pod ziemią, żeby nie można było zniszczyć ich ostrzałem artylerii. Z daleka takie budowle wyglądają jak mur oporowy, a i wewnątrz wcale nie są ciekawsze. Z tego powodu zwykle odpuszczam sobie zwiedzanie twierdz i fortów. Twierdza Königstein wyłamuje się z tego schematu i warta była naszych odwiedzin.

Przede wszystkim zachwycające jest położenie twierdzy. Góra, która od strony lądu ma kilkadziesiąt metrów wysokości, od strony rzeki wznosi się w górę na prawie ćwierć kilometra! Königstein to po prostu jeszcze jeden, bardzo rozległy punkt widokowy. Samo obejście twierdzy dookoła może zająć z godzinę, albo i więcej. Co chwilę otwierają się przed nami niesamowite panoramy. My mieliśmy pecha, bo tego dnia okolicę spowijała lekka mgła, ale i tak było czym się zachwycić. Największą budowlą w obrębie murów twierdzy jest Zamek Jerzego. Zazwyczaj inne twierdze nie posiadają już tak dużych i okazałych budynków. A tu taki jest i przyciąga wzrok łamiąc nudną linię murów. Za zamkiem otwiera się już całe gwarne miasteczko (gwarne, bo turystów pełno), z kościołem, studnią ukrytą w budynku, najdłuższymi w Niemczech koszarami i wieloma innymi obiektami. Trafiliśmy też na bardzo interesującą wystawę o istniejącym tu przez kilka lat klasztorze Celestynów. Niestety, była to wystawa czasowa, więc już jej nie zobaczycie. Po tym klasztorze nie pozostały żadne ślady i tylko georadarem udało się odkryć jaki był jego zarys. Po pierwotnym, czeskim zamku też już nic nie zostało. Jedynie wykute w skale schodki po zewnętrznej stronie murów przypominają o wcześniejszym wejściu na górę. Z tych samych schodków korzystali tez mnisi. Podczas przebudowy dawną bramę zamurowano, a między skałami wydrążono nowy, imponujący tunel, wspinający się ostro w górę.

Twierdza Königstein Twierdza Königstein Twierdza Königstein
Drezno Twierdza Königstein Twierdza Königstein

Powoli żegnamy się ze Szwajcarią Saksońską. Temat oczywiście nie został wyczerpany. W okolicy jest dużo więcej ciekawych gór, zamków, szlaków turystycznych i punktów widokowych. My jednak wracamy nad Łabę i jedziemy w stronę Czech. Spędziliśmy w dolinie Łaby trzy dni i tylko jedna rzecz nas zmęczyła. To hałas. Doliną prowadzi linia kolejowa, a ruch na niej jest ogromny. Pociągi jeżdżą co kilka minut hucząc niemiłosiernie. Ten huk odbija się od skał i roznosi dookoła. My tam byliśmy tylko trzy dni, ale dziwię się jak wytrzymują to ci, co muszą mieszkać tam na stałe. Takie piękne miejsce i taki zgrzyt...