Saksonia i północne Czechy 2016


Krótko o wyjeździe

Z różnych powodów nie udało się w tym roku zorganizować dłuższego wyjazdu latem. Odkładaliśmy go z dnia na dzień, z tygodnia na tydzień. Nie było też żadnych sprecyzowanych planów. W końcu nadeszła jesień, a wraz z nią długo oczekiwane wolne. Może więc zrobić jakiś jesienny wypad? Kusiła wizja drzew mieniących się odcieniami żółci i czerwieni, straszyły krótkie dni i niepewna pogoda. Ale póki co słoneczko grzało i siedzenie w domu nie miało sensu. W kilka dni powstaje zarys trasy. Trochę Niemiec, Czechy i Słowacja. Dużo fajnych miejsc, ale niekoniecznie dostępnych dla rowerzystów. A więc zmiana strategii: potrzebne są wygodne buty i plecak. W tej podróży rower nie jest najważniejszy. Ma nas tylko przewieźć z jednego atrakcyjnego rejonu w drugi.

Zaplanowana trasa prowadziła blisko polskiej granicy. Z jednej strony dawało to komfort, że w razie załamania pogody możemy w każdej chwili przerwać podróż i wrócić do domu. Z drugiej strony powodowało to ryzyko, że rzeczywiście skorzystamy z tej pokusy. W każdym razie założyliśmy, że to nie będzie podróż pod hasłem: "pokonujemy wszystkie przeciwności, by dotrzeć do celu". Bardziej pasowałoby hasło: "zobaczymy tyle, na ile pozwoli jesienna aura"

Ruszamy pod koniec września. Jest słonecznie i upalnie. Szukamy jesieni, ale tak naprawdę mamy lato. W dzień temperatura przekracza 20°C. Zaczynamy w Dreźnie, w niemieckiej Saksonii. Tuż obok Drezna znajduje się niezwykły rejon zwany Szwajcarią Saksońską. To nasz pierwszy cel. Rowerem nie ma po co się tu zapuszczać. Wąskie ścieżki pełne schodów i widokowe mostki dostępne są tylko dla pieszych. Zgodnie z planem zostawiamy rowery i idziemy między skały pieszo. Następne dni wyglądają podobnie. Dzienne dystanse pokonywane rowerem nie przekraczają 30 km.

Dłuższy przeskok robimy dopiero w Czechach, po minięciu drugiej części Szwajcarii Saksońskiej, zwanej tutaj Czeską Szwajcarią. Zresztą ten przeskok to raptem jeden dzień jazdy i już jesteśmy w kolejnym niezwykle ciekawym rejonie, czyli Czeskim Raju. Ten niewielki obszar naszpikowany jest starymi zamkami i ich ruinami oraz fantazyjnymi skałami tworzącymi skalne miasta. Jest tego tutaj tak dużo, że często odległości między kolejnymi zamkami nie przekraczają kilku kilometrów. Poruszamy się między nimi rowerami, ale bywa i tak, że na kolejnych zamkach spotykamy wciąż tych samych turystów pieszych. Nasze dystanse znów nie przekraczają zasięgu piechura.

I tak to miało wyglądać praktycznie do końca. Gdzieś tam czekała na nas Mała Fatra, gdzieś tam Słowacki Raj. Co kawałek coś ciekawego, gdzie trzeba zostawić rower i ruszyć w góry pieszo. Tymczasem dotarliśmy tylko Czeskiego Raju i pogoda zaczęła się zmieniać. Po nocnej burzy niebo pozostało zasnute chmurami, z których raz za razem padało. Końcówka Czeskiego Raju to niestety deszcz. Potem na jeden dzień się rozpogodziło, ale za to nadciągnął wiatr. Zwykle w tym rejonie świata wieje z zachodu, ale tym razem silny, łamiący drzewa, arktyczny wiatr przybył z północnego wschodu. Wiało w twarz lub z boku i ledwo dało się jechać. Były miejsca, gdzie musieliśmy się przedzierać przez świeżo wywrócone drzewa. Razem z wiatrem gwałtownie spadła też temperatura. Z wcześniejszych 20°C pozostały tylko 2°C. Chcieliśmy to przeczekać, ale gdy sypnęło śniegiem, trochę zwątpiliśmy. Szukaliśmy jesieni, a tymczasem prosto z lata przeszliśmy w zimę. Wszystkie symptomy załamania pogody zostały spełnione. Ale najbardziej dołujący i tak byli meteorolodzy, którzy uparcie twierdzili, że na poprawę pogody, i to tylko chwilową, trzeba poczekać z tydzień. W Tatrach leży już śnieg, w Bieszczadach też leży śnieg i miejsc ze śniegiem ciągle przybywa. W górach Orlickich, gdzie właśnie jesteśmy pada tylko deszcz lub deszcz ze śniegiem, ale to chyba gorsze od samego śniegu. Gdyby chociaż była nadzieja, że to szybko przejdzie... Nadziei jednak brak, więc decydujemy się przerwać podróż i wrócić do domu.

Stadt Wehlen Nocleg pod namiotem Zelená cyklomagistrála Ploučnice
Rowerem na szlaku pieszym Kwitnący rzepak w październiku Deszcz ze śniegiem

Trochę szkoda, że nie pojechaliśmy dalej. Czechy najwyraźniej mnie nie lubią. Bywałem tu już wielokrotnie, zarówno pieszo, jak i rowerem. Za każdym razem miałem deszcz. Nawet pamiętna powódź z 1997 roku zastała mnie w Czechach. Uciekałem wtedy z zalewanego falami rzeki pola namiotowego, a potem pieszo z Czech, gdyż przez zerwane mosty żaden samochód nie mógł przejechać. Teraz znów uciekliśmy. Może zbyt pochopnie, może trzeba było przeczekać, ale przecież nie chodziło o to, by przetrwać, tylko o to, by dużo zobaczyć. Mimo wszystko przez te 10 dni pobytu coś tam udało się zwiedzić i co ciekawsze miejsca opiszę.

Orientacyjna mapa podróży z Drezna do Dusznik Zdroju
Orientacyjna mapa podróży z Drezna do Dusznik Zdroju