III Supermaraton Rowerowy w Świnoujściu 2003
Supermaraton Rowerowy w Świnoujściu

Budzik wyrywa mnie ze snu. Patrzę na niego nieprzytomny. Zupełnie nie chce mi się wstawać, a tym bardziej jechać gdzieś dzisiaj rowerem. Nie ma wyjscia, nie po to się zapisywałem na maraton, by teraz rezygnować. Biorę spakowany już wcześniej plecak i jadę na pociąg. Dwie godziny później jestem w Świnoujściu. Dopiero tutaj udziela mi się atmosfera maratonu. Wreszcie wiem, po co tu jestem, wreszcie chce mi się jechać i pokonać te 255 km. Nigdy wcześniej nie przejechałem takiego dystansu za jednym razem. W duchu marzę o dwóch pętlach, ale 510 km to dla mnie wielkość niemal kosmiczna.

Oczekiwanie na start strasznie mi się dłuży. Jakiś apel, przejazd honorowy. Niech to się już skończy, chcę w koncu ruszyć w trasę. Wreszcie jest. Doczekałem się. Kilkuosobowe grupki ruszają co kilka minut. Nadchodzi moja kolej i wyścig się zaczyna. Jedzie mi się nadzwyczja dobrze. Trafiam na całkiem mocną grupę, ciagną równo 30 km/h. Doganiamy poprzedników i wkrótce lecimy już pokaźną grupą. W takim peletonie kilometry szybko mijają i czuję radośc z jazdy.

Radość nie trwa dlugo. Jeszcze przed Anklam najeżdżam na kamień i rozwalam dętkę w tylnym kole. Miałem z sobą wszystko, by przetrwać w trasie, nawet skuwacz do łańcucha, ale zapomniałem zapasowej dętki. Cóż więc innego mogło się stać, jak problemy z dętką? Miałem z sobą jedną łatkę, więc ściągam koło i zaklejam. Moja grupa harpaganów, z którymi się trzymałem ucieka tymczasem coraz dalej. Zakładam koło, pompuję i... uchodzi. Ściągam koło. No tak, w pospiechu źle nakleiłem łatkę i uchodzi spod niej. Mijają mnie resztki zawodników. Zatrzymuję jednego i kupuję od niego dętkę. Na szczęście ma ten sam rozmiar. Zmieniam, zakładam, pompuję. Jest. Mogę jechać dalej. Może jeszcze kogoś dogonię? Wpadam do Anklam. Ma tu być punkt kontrolny, a ja przelatuję przez miasto nic nie znajdując. Nie wiem co robić. Jestem na samym końcu, jeśli zawrócę, pozostali jeszcze bardziej mi uciekną, jeśli pojadę dalej, mogą mnie zdyskwalifikować. Macham ręką. W końcu jadę dla siebie, a nie dla medalu. Nie wracam się. Dwa kilometry za miastem słyszę syk i znów mam flaka w tylnym kole. Nie wiem o co chodzi, przecież na nic nie najechałem! Co za pech! W zapasie tylko dziurawa dętka i żadnego zawodnika za mną. Chwytam rower za siodełko i wracam do Anklam. Pamiętam, że mijałem tam jakiś sklep rowerowy. Pół godziny później jestem przy nim. Na szczęście jest czynny i na szczęście akceptują moją kartę. Kupuję dwie dętki. Zmieniam. Okazaje się, że tamta była jakaś felerna i pękła na zgrzewie.

Nie mierzyłem czasu, ale pewnie straciłem dobrą godzinę, może półtorej. O dogonieniu harpaganów już nie ma mowy. Liczę, że dogonię kogokolwiek. Pochylam się na lemondce i gnam 33 - 38 km/h. Zaczynam doganiać ostatnich maruderów, ale wszyscy jadą zbyt wolno, bym sie do nich przyłączył. Przed Pasewalkiem mam kryzys, skończyła mi się woda. Liczyłem na uzupełnienie zapasów w Anklam, a tymczasem ten punkt przecież opuściłem. Staram się nie zwalniać poniżej 25 km/h, ale męczę się strasznie. Odliczam kilometry, jakie mam do granicy, czyli do wodopoju.

Przez Szczecin przemykam bez jednego postoju. Nieświadomie wyprzedzam tu przynajmniej 10 zawodników, którzy błądzą w labiryncie ulic. W Kliniskach doganiam trzech Szczecinian na góralach, którzy odpoczywaja pod sklepem. Zatrzymuję się i ja. Robię błąd pozwalając im odjechać. Potraktowałem ich jak wszystkich spotkanych dotychczas. Pewnie i tak zaraz ich dogonię. Ruszam pięc minut później i nie mogę ich dopaść. Znów mam kryzys. Moja prędkość spada do 23 - 25 km/h. Szczecinian dochodzę dopiero w Stepnicy i to tylko dlatego, że po drodze, w Kątach zrobili sobie kolejny dłuższy postój. Tym razem nie pozwalam im odjechać. Łapię się na koło. Ciągniemy równo 26 km/h. Jeśli któryś za bardzo chce przyspieszyć, reszta go powstrzymuje. Siły wracają. Znów jestem w formie.

Gdzieś za Międzyzdrojami wyprzedzamy tubylca na wiejskiej kozie. Długo nie trwało i on zaczyna wyprzedzać nas. Ciągnie prawie 40 km/h. Myślimy, że zaraz spuchnie, no bo jak może równać się do nas, maratończyków? Wyprostowana pozycja, byle jaki rower, kąśliwy uśmieszek na twarzy. Ustawiamy się za nim, a on wcale nie chce zwolnić. Wciąż jedzie ze stałą prędkością. Holuje nas w ten sposób do samej przeprawy promowej. Nie kryjemy naszego uznania, na co odpowiada skromnie: "a, jeździ sie trochę".

Potem już tylko meta i baza. Ludzie siedzą, gaworzą, piją piwo. Początkowa euforia opada i ogarnia mnie zmęczenie. Nie chce mi się już jechać dalej. Skreślam się z listy. A co tam. Przejechałem 255 km. Wystarczy. Boję się, że jeśli ruszę na drugą pętlę, to wytrzymam najwyżej do Szczecina, a trasa wiedzie 2 km od mojego domu. To będzie zbyt wielka pokusa do przerwania jazdy. Nie, wolę zostać tu. Może następnym razem ruszę na dwie pętle?