Harpagan 47
Harpagan

Od mojego ostatniego startu w Harpaganie minęło już półtora roku. Nawet nie wiem jak to się stało, że opuściłem dwie edycje. Nie chciało mi się? Nie mogłem? Nie miałem na czym? Chyba wszystkiego po trochu. Szczególnie ten ostatni powód był dobrą wymówką. Mój stary, wierny Marin sypał się coraz bardziej, a jego reanimacja stawała się coraz trudniejsza i coraz mniej opłacalna. W końcu nadszedł czas na wymianę. Mam więc nowy, całkiem niezły rower i wypadałoby sprawdzić czy nadaje się do czegoś poważniejszego niż przejażdżki wokół domu. A więc w tym roku nie ma wymówek: jadę na Harpagana.

Baza maratonu znajduje się w Bożympolu Wielkim. Już kiedyś był Harpagan w tym miejscu, ale akurat wtedy też nie pojechałem. Mam okazję nadrobić zaległości. Informacje o liczbie zapisanych osób robią wrażenie. 1400 osób to bezapelacyjny rekord, ale rowerzystów, szczególnie tych, co jadą na 200 km jest znacznie mniej, a nawet żenująco mało, gdyż raptem 150. A tak naprawdę w Harpaganie liczy się tylko rowerowa dwusetka. Na piesze pokonanie 100 km limit wynosi 24 godziny, a rekordziści robią to w połowę tego czasu. Tymczasem na pokonanie rowerem 200 km limit wynosi 12 godzin, a rekordziści ledwo się w tym czasie mieszczą. Czy można więc porównywać te dwa maratony? W tym roku rozmnożono trasy jeszcze bardziej. Jest nawet edycja piesza 10 km! Ci, co to przejdą też otrzymają tytuł Harpagana? Oj, rozmienia się na drobne mój ulubiony maraton, byle tylko nałapać uczestników. W tej sytuacji 1400 osób przestaje cokolwiek znaczyć. Liczy się 150 rowerzystów i nikt więcej.

Do Bożegopola przyjeżdżamy w piątek wieczorem. Piesi właśnie wystartowali, więc w szkole jest raczej pustawo. Pobieramy numery startowe i inne gadżety, bez problemu znajdujemy sobie miejsce do spania i kładziemy się na kilka godzin. Przyjechałem tu z Wigorem i Irzim, ale nie zamierzam się do nikogo przyłączać. Całą trasę chcę pokonać sam.

Poranek zimny, ale nie pada. To pocieszające, bo jadąc tu ze Szczecina przez całą drogę przebijaliśmy się przez deszcz. Jak widać, wypadało się i oby to wytrzymało do wieczora. Start tradycyjny. Odliczanie, rozdawanie map i jak zwykle nikt się nie rusza. Lubię te harpaganowe starty. Czas już leci, a tu wszyscy rozkładają mapy i analizują. Dopiero po kilku minutach pierwsi zawodnicy zaczynają ruszać w trasę. Ruszam i ja.

Mapa, jaką dostałem wygląda nędznie. Druk jest rozmyty i mało wyraźny. Niektórych nazw nie jestem w stanie odczytać. Nie pamiętam tak słabych map na żadnym Harpaganie. No, czarno-białe ksera w zamierzchłych czasach były jeszcze gorsze, ale wtedy każdy przerysowywał sobie punkty na własną mapę kolorową. Teraz nie mam alternatywy, muszę nawigować na tym, co dostałem. Większość punktów znajduje się na północ od Bożegopola. Na południu jest ich tylko kilka i właśnie te chcę wziąć na początek. Najbliższy to PK18 na Jeleniej Górze. Trasa niby łatwa i prosta, ale podjazd szybko robi się nieakceptowalny. Widzę rowerzystów przede mną idących pieszo. Ja niby jeszcze jadę, ale z taką prędkością, że nikogo nie jestem w stanie dogonić. Schodzący z góry piesi pocieszają, że będzie jeszcze bardziej stromo... W końcu zdyszany i wykończony pieszo osiągam szczyt i zaliczam punkt. Niezły początek...

A potem szybki zjazd, łatwa nawigacja i bez trudu odnajduję PK10. Mogło być gorzej, bo plątanina ścieżek na mapie jest w pobliżu punktu całkiem niezła, ale jakoś tak wyszło, że od razu obrałem tę właściwą drogę. W pobliżu punktu spotykam Irziego. To jego pierwszy zaliczony punkt, a mój już drugi. Niezły mam początek. Bardzo mnie to podbudowuje i gnam dalej, prosto na południe.

Kolejny punkt to PK20. To najbardziej na południe wysunięty punkt. Trasa do niego wydaje się prosta. W wiosce Kętrzyno odnajduję drogę przez pola, która ma mnie wyprowadzić prosto na punkt. Ma wyprowadzić, ale nie wyprowadza. Ląduję na jakiejś innej drodze. Już ktoś tutaj szuka punktu. Jadę jeszcze kawałek dalej, cofam się, zaglądam w jakąś zarośniętą leśną dróżkę i... jestem. Jest dobrze, za wiele nie błądziłem, nadłożyłem może z kilometr.

Wracam na północ. PK4 opisany jako "Lubonice - most kolejowy" znam dobrze. Kiedyś już zaliczałem punkt ulokowany w tym miejscu. Piękny, kamienny most na nieczynnej linii kolejowej ma 22 metry wysokości. Pamiętam, że wtedy punkt znajdował się na przęśle mostu. Tym razem nie kazano nam się wspinać na górę, więc zaliczam punkt szybko i jadę dalej.

Następny punkt znajduje się już po północnej stronie Łeby. A więc koniec z zaliczaniem punktów na południu, czas jechać w stronę morza. PK12 puszcza bez problemu. Jest dokładnie tam, gdzie powinien być. Zaliczam go prawie w biegu i ciągnę dalej.

Do PK8 większość trasy pokonuje asfaltem. Zaczyna robić się ciepło. I to nawet bardzo. Wiatru nie ma wcale, więc jedzie mi się znakomicie. Znalezienie punktu też nie sprawia mi żadnych orientacyjnych trudności. Tu w lewo, tam w prawo i punkt jest mój. Daję sobie chwilę na odpoczynek nad mapą. Nowy rower spisuje się świetnie. Ja, mimo braku przygotowania także czuję się świetnie. Punkty puszczają jeden za drugim. Zaliczę wszystko? Nie... Za dobrze znam siebie i Harpagana. Nie ma co popadać w samozachwyt. Czas na przekalkulowanie co jeszcze warto zaliczyć, a co nie. I to dobrze by było zająć się tym teraz, a nie pod koniec maratonu, gdy zacznie brakować czasu. A więc PK7 idzie na odstrzał. Jakoś mi nie po drodze do niego. Lecę dalej w stronę morza.

Trasa jest nadal fajna. Gdzieś za Bąsewicami wpadam w trochę większe błoto. Ale to tylko przez swoja głupotę. Już dawno doszedłem do wniosku, że tubylców nie wolno pytać o drogę. A ja znów spytałem: "czy tą drogą dojadę do..." "Nie, musi Pan jechać tam i tam" I okazało się, że to właśnie tamtą drogą powinienem jechać, a nie tą przez te błota. Ale nic to. PK9 jest już blisko. Mijam jakąś wioskę, potem pole i staję na dziwnej krzyżówce. Mam cztery drogi do wyboru. Trzy prowadzą w tym samym kierunku. Z mapy wychodzi mi, że powinienem wybrać środkową. A więc naprzód. Piękny, szybki zjazd. Kompas pokazuje dziwny kierunek, ale nie zwracam na niego uwagi, bo droga kręci w prawo i w lewo. Jedzie się pięknie. Nagle zatrzymuje mnie asfalt. Asfalt? Tutaj? No tak! To nie była ta droga! Przejechałem trzy kilometry niewłaściwą drogą. Wracam. Nie chce mi się podjeżdżać pod górę, więc wymyślam sobie skrót. Zniszczona ciężkim sprzętem droga. Powalone gałęzie po wycince. Grząsko. Koniec drogi. Podmokły las. Bagno! Tędy nie przejadę. Skruszony wracam na drogę i jadę pod górę. Jeden mały błąd i tyle czasu w plecy. Jeszcze za to zapłacę. Jestem z powrotem na felernej krzyżówce i wybieram następną drogę. Tym razem bezbłędnie trafiam na punkt.

Na punkcie trzy drogi. Jakoś mi tak wychodzi, że powinienem pojechać tą na północ, przez bagna. Pytam się obsługi, czy ktoś już tam jechał? Ktoś stamtąd przyjechał, ale strasznie narzekał, że mokro. Może i mokro, ale jednak ten ktoś się nie utopił, więc jadę. Rzeczywiście mokro. Niektóre kałuże mają z pół metra głębokości. Ale jakoś udaje mi się przez to wszystko przepchnąć rower i znów jestem na stałym lądzie. Jadę cały czas na północ. Prawdę mówiąc, to pogubiłem się zupełnie w tym lesie i jadę tylko na kompas. A jednak wyjeżdżam z lasu w najlepszym miejscu ze wszystkich możliwych. Stąd do PK19, do latarni morskiej jest już tylko kilka kilometrów asfaltu.

Leżący nad morzem PK3 też odpuszczam. Wolę zaliczyć PK15, daje więcej punkcików wagowych. To jest chyba najdłuższy odcinek między punktami, jaki mam na tym maratonie. 20 km ciągłej jazdy. Z tym, że jadę prawie cały czas asfaltem, więc idzie to sprawnie. Sam punkt położony jest nad jeziorem. Bardzo ładne miejsce. Szkoda, że inne punkty tak nie wyglądają. Moja turystyczna natura też by coś na wyścigu zyskała :)

Chwilę zastanawiam się czy atakować PK17? To znów powrót nad morze. Kawał drogi. Czasu jeszcze trochę mam, więc jadę. Trochę asfaltu, trochę ubitego piasku i jestem na miejscu. Chociaż punkt leży jeszcze przed wydmą, to nie mogę odmówić sobie dotarcia nad samo morze. Wygląda pięknie. Cały brzeg tonie we mgle, która miesza się z wodą. Spotkani rowerzyści mówią, że jeszcze nigdy tak dobrze nie jechało im się plażą. Było twardo jak na drodze.

Zostały mi trzy godziny. Czasu dość, by wrócić, ale za mało, żeby wszystko po kolei zaliczyć. Wiedziałem, że tak będzie. Mści się teraz błąd zrobiony przed PK9. Analizuje mapę. PK1 odpada w przedbiegach. Jest niby po drodze, ale szkoda czasu na zaliczanie tak mało wartego punkcika. Kusi mnie trasa przez PK13 i PK5. W sumie dają aż 6 punktów wagowych. Tylko, że bliżej mety też jest kilka wartych odwiedzenia punktów. Mam tylko trzy godziny... Odpuszczam. Jadę prosto do PK11. Mam długi, żmudny odcinek, ale punkt odnajduję bez błądzenia.

Teraz czas na PK16. Jadę za jakimiś dwoma innymi rowerzystami. Bezbłędnie odnajdują właściwą, leśną drogę, podjeżdżają pod otwartą bramę szkółki leśnej i nagle skręcają w lewo. Eeee... A nie lepiej prosto? Mijam bramę i widzę punkt. Tak naprawdę, to on wcale nie był w miejscu, w którym zaznaczono go na mapie. Pewnie wiele osób przestraszyło się tabliczek z zakazem wstępu i próbowało objechać szkółkę. Ja miałem po prostu szczęście.

Gnam już w stronę mety. O zaliczeniu PK2 nie myślę. Czasu powinno za to wystarczyć na PK6. Jest schowany w zupełnym lesie, ale trafiam na niego bez błądzenia. Stąd mam już prostą drogę do Bożegopola.

A może by tak... No w zasadzie... Czasu trochę jeszcze jest... 40 minut... PK14 nie jest przecież aż tak daleko... Jadę! Najwyżej nie zdążę. Gnam ile mogę. Las, asfalt, znowu las. Drogi trochę mi się nie zgadzają z tym, co widzę na mapie, ale tłumnie wracający z punktu piesi są najlepszym drogowskazem. Zaliczam punkt i razem z dwójką innych rowerzystów ruszamy w wyścig do mety. Jest z górki. Gnamy cały czas z prędkością 30-40 km/h. Drogi nam sprzyjają. Obawiałem się piaskownicy, ale jest twardo, no i wciąż jest w dół. Wpadamy do Bożegopola i przejeżdżamy metę. Do końca czasu pozostały dwie minuty. Zdążyłem! Co za piękny finisz!

Ledwo żyję, ale czuję się świetnie. Pojeździłem sobie trochę, nie ma co. Na liczniku wybiło 193 km. Jak stwierdził Wigor, jeździłem turystycznie. On przy 220 km zaliczył wszystkie punkty, a ja przecież aż sześć ominąłem. W ogóle Harpaganów tym razem jest aż siedmiu. Trasa była za łatwa, czy poziom zawodników jest już tak wysoki? Ja niezmiennie okupuję dalsze miejsca, ale nie jest tak źle. W tabeli wyników odnajduję się na 32 pozycji. Nie jeżdżę już tak regularnie na Hrpagana, jak kiedyś, ale ciągle sprawia mi taką samą frajdę. A wynik? Czy to naprawdę ma znaczenie?



Kolejność zaliczania PK: START - 18 - 10 - 20 - 4 - 12 - 8 - 9 - 19 - 15 - 17 - 11 - 16 - 6 - 14 - META
w sumie 14 PK (49 pkt wagowo) co dało 32 miejsce
dystans 193 km ze średnią 19,55 km/h (9h 53' czystej jazdy)

Poniżej trasa, jaką pokonałem na maratonie. Mapa w pełnym rozmiarze znajduje się tutaj.
H47 - trasa przejazdu