Harpagan 44
Harpagan

Ależ nam się w tym roku trafiła pogoda. Takiego Harpagana dawno nie było. Mamy prawie koniec października, a temperatury sięgają 20 stopni. Cóż za dar od losu. Nie będzie ekstremalnego taplania się w błocie, czy zamarzania wody w rurce od camelbaka. Będzie piękna wycieczka w okolicach Słupska. Będą malownicze jeziorka, żółknące, jesienne drzewa i czyste niebo bez żadnej chmurki. Będą też jakieś punkty do zaliczenia, ale to tylko mały dodatek do tej przejażdżki.

Nie nastawiam się na walkę o tytuł. Tyle razy próbowałem, że teraz już wiem co musiałbym zrobić, żeby go osiągnąć. Przede wszystkim musiałbym ograniczyć czas marnowany na postoje. W tej chwili są to dokładnie 2 godziny, a to strasznie dużo! Po drugie musiałbym popracować nad nawigacją. Co z tego, że odnajduję się na mapie? Na Harpaganie to nie wystarczy. Nie sztuka natrzaskać kilometrów pewnymi, okrężnymi drogami, na których wiem, że się nie zgubię. Tu trzeba napierać najkrótszymi przecinkami i też się nie zgubić. A to już wyższa szkoła jazdy. Wiem, co musiałbym poprawić, żeby sięgnąć po tytuł, ale nadal tego nie robię. Jadę na maraton praktycznie z marszu. Nadal bez kompasu i zwykłej miarki. Nie mam złudzeń, nie wygram. Ale odmówić sobie przyjemności uczestnictwa w maratonie, z którym się tak zżyłem też nie potrafię. W piątkowy wieczór pakuję się w samochód i jadę do Redzikowa koło Słupska.

Szczecin reprezentuje dość silna grupa. Jest Daniel, jak zwykle faworyt, jest Irzi, z którym jechałem już na niejednym maratonie, jest Robert z Asią, stali bywalcy Harpagana. Są tez inni, których bliżej nie znam. Tym razem postanawiam nie podłączać się do nikogo. Być może kiepski ze mnie orientalista, ale i tak zamierzam pokonać trasę samodzielnie.

Początek taki jak zawsze, krótka drzemka na podłodze w stołówce, potem szybkie śniadanie, pakowanie, odebranie sprzętu i... niemal spóźniam się na start! Pierwsi zawodnicy już ruszają w trasę, gdy ja dopiero idę odebrać mapę. Mapa jest... dziwna. Zazwyczaj punkty rozrzucone były dookoła bazy, a tym razem wszystko odbywać się będzie na południe od Redzikowa. Start i meta wypadają w takim miejscu, że nie ma żadnych problemów z wyborem trasy. Warianty mogą być tylko dwa: jedziemy zgodnie z ruchem wskazówek zegara, albo w przeciwnym. Wybieram wariant przeciwny. Jak się później okazało, zawodnicy wybierając warianty podzielili się praktycznie po równo.

Na pierwszy ogień idzie PK15. Pierwszy punkt i pierwsze problemy. Zamiast wąskiej przecinki w lesie jest szeroki wyrąb przygotowany pod nową drogę. Zjeżdżam z tego badziewia trochę na czuja. Błądzę. Wracam, spotykam innych rowerzystów i razem trafiamy w końcu na punkt. Jeśli tak mają być pochowane punkty, to ja dziękuję. Nie straciłem tym razem zbyt wiele czasu, ale co będzie dalej?

Dalej jest jeszcze ciekawiej. By dojechać do PK9 trzeba... wyjechać poza mapę! Znów jadę na czuja, z nawigacją nie ma to wiele wspólnego. Zresztą rowerzystów ciągle w okolicy jest sporo, więc można nie patrzeć na mapę, tylko obserwować skąd wracają inni.

Do PK5 w końcu jadę sam. Na szczęście nie jest to trudny punkt i trafienie do niego nie sprawia mi żadnych kłopotów. Mógłbym tylko wybrać krótszy wariant dojazdu do niego. Tak to już ze mną jest. Czy jadąc naprawdę nie widzę, że inną drogą byłoby szybciej?.

Jeden rzut oka na mapę i już wiem, że z PK19 będą problemy. Środek lasu, multum przecinek, a w rzeczywistości pewnie ze dwa razy więcej. Tu przydałby mi się jakiś solidny nawigator, ale niestety jestem sam. Wbijam się w las i szukam właściwej drogi. Tak, jak się spodziewałem, plątanina dróg niezła, sugeruję się szczytem wzgórza zaznaczonego na mapie. Punkt ma być na przecince na południe od niego. Nawet trafiam na taką przecinkę. Wspinam się w górę, mijam szczyt od właściwej strony i... punktu brak. Nie to wzgórze? Niemożliwe. Trochę zniechęcony zjeżdżam na drugą stronę wzgórza. Tam spotykam trójkę rowerzystów z Gdyni. Nie pierwszy raz ich widzę. Od początku są ze mną na każdym punkcie lub w jego okolicach. Razem atakujemy jeszcze jedną drogę, wspinamy się na sam szczyt tego samego wzgórza i co? I mamy punkt! Jak na mój gust sytuacja na mapie wyglądała tam zupełnie inaczej niż w terenie, ale już się tym nie przejmuję, ruszamy dalej.

Postanawiam jechać dalej razem z tą trójką. Zaimponowali mi odnalezieniem PK19, więc nie powinienem ich tak szybko porzucać. Zjeżdżamy w dół i stajemy na drodze. Wyciągają mapy. "Jeśli to jest TA droga, to powinniśmy jechać na południe" - mówi któryś. "Jeśli to nie jest TA droga, to też powinniśmy jechać na południe" - rzucam. A jednak oni stoją i się zastanawiają. Nad czym? Nagle przejeżdża obok nas jakaś dziewczyna. Ona przynajmniej nie marnuje czasu na postoje! Zostawiam zamyślonych Gdyniaków i pędzę za nią. Jak się później okaże, to była dobra decyzja. Tamta trójka ostatecznie zdobędzie tylko 8 PK, o trzy mniej ode mnie.

Doganiam rowerzystkę i razem z nią jadę na PK10. To jeden z ciekawszych punktów na trasie. Polegli na nim najwięksi wyjadacze, nawet Daniel. Wielu w poszukiwaniu punku wyjeżdżało poza mapę i błądziło po leśnych przecinkach. My atakujemy go niestandardowo. Podjeżdżamy tak blisko punktu, jak się da, a potem idziemy na przełaj przez las. Przed nami niemal pionowa skarpa o wysokości około dziesięciu metrów. Wspinamy się na górę taszcząc za sobą rowery, a tam... spokojnie wjeżdżamy na punkt. W końcu robię chwilę odpoczynku, bo w ferworze walki zapomniałem o jedzeniu i zaczyna mnie łapać kryzys.

Rowerzystka zwija się dość szybko, więc jeśli chcę jechać z nią, to o dłuższym popasie nie mam co myśleć. Przed nami spory odcinek do PK18. Jedziemy dziarsko przez las, gdy nagle ona zatrzymuje się przed jakąś przecinką. "To będzie tutaj" - mówi i skręca. Nieeee... To absolutnie nie jest ta droga! Zostawiam ją i jadę dalej sam. Punkt zdobywam niemal bezbłędnie. Jak się później okaże, tamta rowerzystka też. Odtąd prawie do końca będzie mi deptać po piętach. Na punkcie w końcu chcę odpocząć. Zostawiam rower pod drzewem, wyciągam kanapkę, gdy nagle na punkt wpada... Irzi! Nie zamierza się zatrzymywać, więc rezygnuję z popasu i pędzę za nim!

Droga do PK8 jest idealnie prosta i łatwa. Irzi jedzie szybko, ledwo za nim nadążam. Nie mam nawet czasu spojrzeć w mapę, staram się tylko, bym nie odpadł. Irzi jedzie dokładnie tą samą trasą, co ja, ale na początku wpakował się w jakąś drogę zawaloną drzewami, a potem poległ na dziesiątce. Dlatego teraz, chociaż ma na liczniku mniej km ode mnie, a do tego więcej sił, znajdujemy się razem w tym samym miejscu.

Czas upływa nieubłaganie. Połowa maratonu już za nami. Wypadałoby zacząć kierować się z powrotem na północ, w kierunku mety, ale Irzi nie chce odpuścić. Chce koniecznie pociągnąć do PK16, do najbardziej na południe wysuniętego punktu. A, niech tam, jadę z nim. Zmęczenie narasta, ale najgorzej, że kończy mi się woda. Bidon pusty, bukłak wysechł. Na sucho daleko nie pociągnę. Na punkcie jak zwykle Irzi jedzie dalej bez postoju. Tym razem odpuszczam. Zostaję. Obsługa punktu dzieli się ze mną wodą, więc mogę w końcu usiąść i zjeść coś konkretnego. Jak się później okaże, znów podjąłem słuszną decyzję. Irzi pogna na PK14, strasznie na nim pobłądzi, z trudem zaliczy, a potem spóźni się na metę.

Znów jadę sam. Czasu mam niewiele, ale do mety powinienem zdążyć. W Łubnie spotykam otwarty sklep, więc uzupełniam zapasy płynów i gnam dalej. Dobrze mi zrobił ten odpoczynek na PK16, siły wracają. Bez szukania i błądzenia zaliczam PK4. Za bardzo nie chciało mi się do niego jechać, ale był po prostu po drodze. Moim celem jest PK20, tłusty punkcik, żal by go było zostawić. Odnajduję go bez najmniejszych problemów, jest dokładnie tam, gdzie miał być. Na punkcie pojawiają się te same twarze, z którymi wciąż się przeplatam. Jest trójka z Gdyni, jest rowerzystka, są też inni, których już widywałem na punktach. Zostało dwie i pół godziny czasu, a do mety 40-50 km. Inni liczą kilometry i ustalają, że to już ich ostatni punkt, że trzeba gnać do mety. Nie wiem kto ile punktów zdobył, ale jeśli jadą tak, jak ja, to mogą mieć tyle samo, co ja. Trzeba ich skasować. Wszystkich. Szukam na mapie jeszcze jakiegoś tłustego punktu. Jest! PK13 jest idealny. Niech sobie jadą prosto do mety. Ja jeszcze jeden punkt zaliczę!

Ciągnę asfaltem prosto do Budowa. Po drodze widzę, jak dwójka rowerzystów odbija na PK6. Kusi mnie, by też skręcić, ale nie, do mety daleko, a PK13 jest przecież bardziej sowity. Z Budowa jadę jakąś drogą przez pola. Dziwię się, że nie ma na niej żadnych śladów rowerowych opon. Nikt tędy nie jechał? Mam przed sobą trzy strumienie. Nie ma mostów nad nimi? Moje obawy są niepotrzebne. Wjeżdżam w las i okazuje się, że drogi zostały świeżo wyremontowane. Nad strumieniami stoją nowe mosty. Pod kołami twardo, jakbym jechał po asfalcie. Zdążę. Z odnalezieniem punktu też nie mam trudności. Wszystko wychodzi mi idealnie. Na punkcie spotykam wykończonych piechurów. Zastanawiają się jak stąd dotrzeć do mety. Tym razem ja dzielę się z nimi swoją wodą i jadę dalej.

Niedaleko mety wyprzedza mnie trójka rowerzystów. Ich też widziałem na PK20. Nie dam się tak łatwo. Łapię się na koło, a tuż przed metą atakuję. Wpadam na metę na minutę przed nimi. Było to niepotrzebne, bo i tak zaliczyli o jeden punkt mniej ode mnie, ale wtedy o tym nie wiedziałem.

Jestem z siebie zadowolony jak cholera. To co, że w tabeli wyników trafiłem dopiero na 68 miejsce. Czuję się, jakbym wygrał. Bo w zasadzie wygrałem. Z samym sobą, ze znajomymi, z innymi, z którymi mierzyłem się w trasie. Ze wszystkich szczeciniaków też wypadłem nieźle. Tylko Daniel jest lepszy ode mnie, ale nawet on, zamiast zwyciężyć, spóźnił się na metę i zajął dopiero 37 miejsce. To był piękny maraton i czuję się po nim świetnie.


Kolejność zaliczania PK: START - 15 - 9 - 5 - 19 - 10 - 18 - 8 - 16 - 4 - 20 - 13 - META
w sumie 11 PK (38 pkt wagowo) co dało 68 miejsce
dystans 183 km ze średnią 18,8 km/h (9h 47' czystej jazdy)

H44 - trasa przejazdu