Harpagan 43
Harpagan 43

To już ładnych kilka lat minęło od mojego ostatniego startu w Harpaganie. W tym czasie maraton rozrósł się, spoważniał. Jest coraz lepiej zorganizowany, coraz więcej osób w nim startuje. Ja też urosłem, pojawił się jakiś brzuszek i zaczynałem mieć kompleksy, czy w ogóle jeszcze jestem w stanie powalczyć o jakiś lepszy wynik. Ale Harpagan to nie tylko wyniki, to przede wszystkim niesamowity klimat, jaki tam panuje. Chciałem go poczuć jeszcze raz. Tak, jak wtedy, za pierwszym razem, w Czarnej Wodzie... No właśnie... Harpagan zatoczył koło. Znów odbędzie się w Czarnej Wodzie, w tym samym miejscu, w którym po raz pierwszy go poznałem. Takiej okazji nie mogłem przepuścić. Po kilku latach przerwy znów pojawiłem się na starcie.

Jest jak dawniej. Ta sama szkoła, ta sama ciasna sala gimnastyczna. Podobno w dzisiejszej edycji udział bierze ponad 1000 osób. Gdzie oni się wszyscy mieszczą? Poprzednim razem sala była tak samo zatłoczona, jak dziś, chociaż ludzi było o połowę mniej. Pomimo tłoku udaje mi się znaleźć kawałek podłogi i zapadam w sen. Nie zostało go wiele. Start przewidziano na 6:30. Barbarzyńska godzina. Kto wpadł na pomysł, by ruszać tak wcześnie?

Budzi mnie budzik z komórki sąsiada i jakiś dziwny szum. Deszcz? Przecież poranek miał być słoneczny, dopiero na popołudnie zapowiadali opady. Moje wątpliwości rozwiewa jakiś piechur, który wszedł na salę. "Pada?" - pyta ktoś. "Właśnie zaczęło" - odpowiada piechur. No pięknie. Teraz sobie przypominam czego zapomniałem zabrać: kurtki przeciwdeszczowej. Nieźle się zaczyna.

Ustalam z Irzim, że pojedziemy razem, przynajmniej na początku. Już tak robiliśmy i całkiem nieźle to się sprawdzało. Zaczynamy od PK9. Punkt nie wygląda na zbyt skomplikowany, ale mnogość leśnych dróg i przecinek jest powalająca. Ciężko się zorientować gdzie właściwie jesteśmy i już na samym początku mamy problemy z odnalezieniem punku. Do tego deszcz pada w najlepsze. Z jednej strony to nawet dobrze, bo piaskownica pod kołami nieco gęstnieje i dzięki temu w ogóle da się po tym jechać. Gorzej, że ten cały piach momentalnie oblepia napęd i rower chrzęści niemiłosiernie.

W końcu udaje się zaliczyć punkt i jedziemy dalej. Przed PK17 tylko raz mylę drogę, ale Irzi szybko orientuje się w pomyłce. Jedziemy malowniczą ścieżką wzdłuż jeziora. Jest urocza, ale nie ma czasu na podziwianie. Sam punkt też pięknie położony tuż nad samą wodą. Zresztą podobnie jak następny, PK11, do którego trafiamy już bezbłędnie.

Deszcz ustał, więc chcę przewinąć mapę. Wyciągam ją z mapnika i... No tak, wiedziałem, że mój stary mapnik przemaka, ale zapomniałem, że aż tak! Na sporym kawałku mapa nie tylko rozmiękła, ale też wytarła się do białej kartki! Nawet nie wiem gdzie jest Czarna Woda. Od teraz jestem zmuszony trzymać się Irziego aż do końca, bo jak go zgubię, to już się nie odnajdę. Mój duch słabnie. Od tej pory mniej ufam sobie, więcej Irziemu. Już nie próbuję forsować swoich pomysłów trasy, przecież w razie czego nie pojadę własną drogą.

Zaliczamy PK3. Wagowo mało istotny punkt, ale był po prostu po drodze. Tuż za nim znajduje się o wiele ważniejszy PK19. Znalezienie go wcale nie było takie łatwe, bo całkiem piękna droga według mapy, w terenie okazała się prawie nieistniejącą ścieżką. Przyznam, że bez Irziego bym tego punktu nie odnalazł. Chociaż, może... tłumnie idący z punktu piesi wskazaliby mi kierunek.

Skręcamy na południe i bez ceregieli odnajdujemy rezerwat Kręgów Kamiennych w Odrach, gdzie umiejscowiono PK13. Od tego miejsca mapy już nie mam. Zamieniam się w ogon Irziego. Obym tylko wytrzymał kondycyjnie, bo z tym też nie jest najlepiej. Myślałem, że jestem dobrze przygotowany do Harpagana, w końcu w tym roku jeżdżę nieprzerwanie od stycznia i trasy ponad 100 km nie są rzadkością. Tutaj, w grząskich piachach Borów Tucholskich okazuje się, że 100 km na szosie to jak spacer po parku. Po 70 km zaczynam opadać z sił. To nie jest kryzys, który nagle odebrałby mi całą moc. Po prostu z kilometra na kilometr słabnę. Po 130 km ubytek sił osiąga punkt kulminacyjny i... w takim stanie utrzymuje się do końca maratonu.

Następne punkty, czyli PK7 i PK12 zaliczam czając się za plecami Irziego. Dopiero przy PK6 wyjeżdżam z białej plamy na mapie. Znów wiem, gdzie jestem. Szkoda tylko, że w porę nie orientuję się, że opis PK18 - wieża widokowa, oznacza nasz słynny, jedyny w Polsce akwedukt. Byłem już tutaj i wiem, że od północy prowadzi wygodna, twarda droga, a my pojechaliśmy od południa kopiąc się w piachach i błądząc.

Czas ucieka bardzo szybko. Mieliśmy wielką ochotę na PK20, ostatni z tłustych punktów, ale wygląda na to, że trzeba będzie go sobie darować. Odwiedzamy jeszcze PK10, najbardziej na południe wysunięty punkt i zawracamy w stronę mety. Od tego miejsca będziemy zaliczać tylko to, co znajdzie się po drodze. Na żadne skoki w bok nie ma już czasu. Ja znów muszę chować się za plecami Irziego, bo PK16 jest ostatnim miejscem, które mam na mapie. Od tego punktu, aż do mety znów widzę tylko białą plamę.

Irzi jedzie równo. Na asfalcie osiąga 30 km/h, a nawet więcej. To dla mnie zabójcza prędkość, ale przecież nie mogę odpaść. Daję z siebie wszystko i nie pozwalam się zgubić. Irzi ciągnie jeszcze do PK15. Jakiś las, leśniczówka, w prawo, w lewo i jesteśmy na miejscu. Dla mnie jest to już ostatni ze zdobytych punktów. Irzi próbuje jeszcze dotrzeć na PK4, ale dla mnie liczy się już tylko jak daleko jest do Czarnej Wody. Jestem wykończony. Nie chciałbym się spóźnić na metę. Nie tym razem. Irzi ponownie nurkuje w las, a ja trzymając się asfaltu ciągnę do Czarnej Wody. Na mecie stawiam się 20 minut przed czasem. Irzi zalicza punkt i też zdąża na metę. Zostają mu tylko 4 minuty.

Według wstępnych wyników zająłem 40 miejsce. Irzi jest kilka oczek wyżej. Nie jest to imponujący wynik, ale też wcale nie taki zły. Duża w tym zasługa Irziego, jest ode mnie lepszy nawigacyjnie i koniec. Ale czy za pół roku też będzie lepszy? Może czas przypomnieć sobie co to jest mapa i jak się z nią obchodzić? Może czas sprawić sobie nowy, solidny mapnik? A może w końcu czas kupić kompas, który zgubiłem wiele lat temu? Czarna Woda przypomniała mi, jak to było na początku i znów ma szansę stać się moim początkiem.


Kolejność zaliczania PK: START - 9 - 17 - 11 - 3 - 19 - 13 - 7 - 12 - 6 - 18 - 10 - 16 - 15 - META
w sumie 13 PK (44 pkt wagowo) co dało 40 miejsce
dystans 172 km ze średnią 18,4 km/h (9h 21' czystej jazdy)

H43 - trasa przejazdu