Harpagan 34
Harpagan 34

Kolejny Harpagan za nami. Który to już był mój start w tym maratonie? Ciężko mi się nawet doliczyć. Bywały edycje łatwiejsze i trudniejsze. Bywałem w lepszej formie i w gorszej. Startowałem po tytuł i po dobrą zabawę. Zawsze znajdowałem jakiś powód, by wziąć udział w tej niesamowitej imprezie. Tym razem też przyjechałem. No bo czemuż miałbym nie przyjechać? Ledwie dwa tygodnie wcześniej zakończyłem półtoramiesięczną rowerową podróż przez całą Europę. Jest kondycja, jest czas i są chęci. Niczego więcej przecież nie trzeba.

Ląduję w Kobylnicy w piątek wieczorem. Wszystko dzieje się tak, jak zwykle. Rejestracja, rozeznanie w bazie, wyszukanie sobie miejsca do spania, rozmowy z dawno niewidzianymi znajomymi. Czuję się tu, jak u siebie. Jak sobie przypomnę mój pierwszy start, gdy nie wiedziałem gdzie się mam podziać i do kogo odezwać, to śmiać mi się chce. Teraz wszędzie wokół widzę znajome twarze. Nie wszystkie są po tej samej stronie, co ja. Np. Bartek Bober paraduje w pomarańczowej koszulce. Organizator? Budowniczy trasy rowerowej? Cooo? No to ładnie. To przecież maniak! Jak on ustalał punkty, to mam pozamiatane! Będę ich szukał jak grzybów!

Stratujemy jeszcze przed świtem. Z nieba siąpi jakiś deszcz, ale nie robi na mnie wrażenia. Jadę sam. Jestem trochę zaskoczony, bo sądziłem, że jakieś punkty znajdą się na północ od Słupska, a być może nawet coś będzie nad samym morzem. Tymczasem wszystko będzie dziać się na południe od Kobylnicy. Słupsk nawet na mapie się nie zmieścił.

Jadę na zachód jakąś starą asfaltową drogą. Dziur w niej pełno i nie wszystkie udaje mi się zobaczyć w nikłym świetle diodowej lampki. W jedną z nich wpadam z impetem i za chwilę czuję, że rower coś mało stabilnie się toczy. Żeby to szlag trafił! Guma! Nieźle się zaczyna. W ciemności, w padającym deszczu i w błocie ściągam koło i łatam dętkę. Jestem tuż przed swoim pierwszym punktem. Z daleka widać, że Bartek się postarał. Cały pobliski las migocze czerwonymi i białymi lampkami. Ludzie łażą między drzewami i szukają punktu. Zupełnie jak za starych czasów, gdy punkty były tylko kodem maźniętym białą farbą na drzewie i trzeba było obejść wszystkie drzewa w okolicy, by odnaleźć to właściwe.

Zaliczam punkt jako jeden z ostatnich i jadę dalej. Niespodziewanie doganiam Irziego. Z niego to dopiero niezły agent. Wczoraj pracował do 23:00, a zaraz potem wsiadł w samochód i przyjechał do Kobylnicy. Na spanie nie starczyło mu już czasu. Jedzie praktycznie z marszu. Chwilowo ma taką samą koncepcję na kolejność zaliczania punktów, więc jadę dalej z nim. Widać wyraźnie, ze w tym roku mam dużo więcej sił od niego. Co chwilę mu uciekam, a potem czekam aż dojedzie. Zastanawiam się czy przypadkiem go nie zostawić, ale przy tak drakońsko rozmieszczonych punktach dobry nawigator się przyda. A Irzi jest w tym dobry.

Zaliczamy razem kilka następnych punktów. Puszczają nawet bez większych problemów. Czasem udaje nam się zabłądzić, ale zwykle szybko się orientujemy w sytuacji. Nie nadrabiamy zbyt wielu kilometrów. Irzi jedzie swoim tempem, a ja co kawałek się zatrzymuję i... dokręcam korbę. Powoli mi się ten rower rozsypuje. Ze złażącą korbą już od dawna mam problemy, a teraz postanowiła odpaść sobie na Harpaganie. Nie mogę jej na to pozwolić. Musi wytrzymać do końca. Gdzieś tak po 70 km udaje mi się wreszcie tak ją dokręcić, że przestaje złazić. Nareszcie.

Bartek nieźle te punkty porozmieszczał. Wszystkie są w takich miejscach, że nie wiadomo jak do nich dojechać. Nie wiadomo też jak połączyć punkty między sobą. Nigdzie nie ma jakiejś oczywistej drogi. Za PK4 chcemy jechać dalej na wschód do PK19, ale drogę przecina nam jakaś rzeczka. Nie ma szans na przedostanie się na drugi brzeg. Trzeba będzie nieźle nadrabiać asfaltem. Skoro i tak musimy uderzać na północ, to może najpierw zaliczyć PK18, a dopiero potem PK19? Irzi ma inną koncepcję. Nie ma co nad tym myśleć, trzeba się rozstać. Odtąd znów jadę samotnie.

Tracę nawigatora, ale sam też sobie nieźle radzę. Kolejne punkty odnajduję bez problemów. Zaliczam same tłuste, bo już widzę, że na ilość nie ma co iść. Na tym Harpaganie tylko jakość się będzie liczyć. O dziwo cały czas mam siły. Żaden kryzys nie przychodzi. Cały czas jadę spokojnie ze stałą prędkością. Nie jest ona imponująca, średnia utrzymuje się w okolicy 20 km/h, ale najważniejsze, że wciąż prę do przodu.

Czas jednak ucieka i mój plan zaczyna zawodzić. Trochę błądzę w drodze na PK16 i w końcu daruję sobie ten punkt. Jadę prosto na PK10. Powoli robi się szaro. Już wiem, że to będzie ostatni punkt, jaki zaliczę. Droga wydaje się prosta. A nawet za prosta. Nie patrzę dokładnie na mapę i nie zauważam, że kółeczko oznaczające położenie punktu nie jest narysowane dokładnie na drodze, którą jadę. W rezultacie przejeżdżam tuz obok punktu i go nie zauważam. Był lekko z boku. Ile trzeba było odbić? 20 metrów? 30 metrów? W końcu orientuję się, że już dawno go minąłem, ale nie mam już czasu na powrót. Taki błąd! Będzie mnie to kosztować kilka miejsc w dół w ogólnej klasyfikacji. Mówi się trudno, teraz najważniejsze, by na metę się nie spóźnić. Sił ciągle mam dość. Łapię jakiegoś zająca i ciągnę za nim jak za przewodnikiem. Jest już ciemno i w ogóle mapy nie widzę, ale on bezbłędnie odnajduje mostek nad Słupią i drogę do Kobylnicy. Maraton kończę 8 minut przed czasem.

Mój wynik oceniam krotko: tragedia. Zaliczyłem tylko 12 punktów przejeżdżając prawie 200 km! Nie brakowało sił, nie brakowało chęci, a wynik taki kiepski? Mały sondaż wśród znajomych (i nieznajomych) uwidacznia jedną prawidłowość: dla każdego jego wynik to tragedia. Nawet Daniel Śmieja, zwycięzca tej edycji Harpagana zaliczył tylko 18 punktów. Nie było lekko. To był chyba najtrudniejszy Harpagan od lat. Jeśli Bartek pozostanie budowniczym trasy rowerowej w następnych edycjach, to mogę być pewny jednego: znów wracają czasy, gdy tytuł Harpagana będzie nieosiągalny.


Kolejność zaliczania PK: START - 9 - 13 - 12 - 2 - 17 - 8 - 14 - 4 - 18 - 19 - 15 - 20 - META
w sumie 12 PK (42 pkt) co dało 24 miejsce
dystans 196 km ze średnią 19,8 km/h (9h 56' czystej jazdy)

H34 - trasa przejazdu