Harpagan 33
Harpagan 33

Sam nie wiem jak to się stało, ale przez cały ubiegły rok nie byłem na żadnym maratonie. Wciąż sobie tylko obiecywałem, że pojadę, że znajdę czas, że znajdę chęci, a potem znajdowałem wymówkę, by nie jechać. Tak dłużej być nie może! W tym roku muszę odwrócić ten trend! Pierwszą okazją i pierwszym wyzwaniem oczywiście jest Harpagan. Plany jak zwykle ambitne, ale jak przyszło do wyjazdu, to miałem 100 wymówek. Wszystko jednak sprowadzało się do jednego: nie chciało mi się jechać. I wtedy zadzwonił Irzi.

- Jedziesz na Harpagana?

- Pojechałbym, ale ja nie mam kondycji, w tym roku przejechałem raptem 600 km.

- Ja przejechałem 200.

- No i maksymalnie w ciągu jednej wycieczki 60 km.

- A ja 20.

- No i dojazd pociągiem jest tam karkołomny.

- Jadę samochodem, mam wolne miejsce.

- No i... - no i co mam mu powiedzieć? Że mi się nie chce? Oczywiście, że jadę!

Do Trąbek dojeżdżamy koło pierwszej w nocy. Zostały nam zaledwie 4 godziny, by się trochę przekimać na podłodze i przygotować do startu. Niewiele. W rezultacie rano jestem jeszcze bardziej zmęczony niż wieczorem. Wszystko robię mechanicznie. Rejestracja, śniadanie, pakowanie i już jestem na starcie i pobieram mapę. Irzi gdzieś zaginął. Pamiętam jak śrubkowal przy rowerze, ale tu już trzeba w trasę ruszać, a jego nie ma. A, niech tam. Jadę sam.

Jest strasznie zimno, a jakby tego było mało, to wieje solidnie. Prognozy mówią, że za dnia wiatr ma być jeszcze silniejszy. Nie zapowiada się to ciekawie. Ale za to jest czyste niebo i słońce, co zawsze poprawia mi humor. Jadę na północ. Doskonale wiem, że nie dam rady zaliczyć wszystkich punktów, więc ustalam taką trasę, by zaliczyć te najbardziej tłuste. Blobki zostawiam harpaganom na pożarcie. Pierwsze punkty puszczają bez trudu. Na PK10 trafiam z rozpędu. Chyba pojechałem jakąś drogą, której na mapie nie było i zamiast zygzaka, jaki miałem zrobić, znalazłem się nagle na punkcie. Lubię takie pomyłki :) Dalej PK12 i z niego prostą drogą do PK18. Tu świat wygląda inaczej niż na mapie. Miał być las, a jest osada. Czyżby błąd? Ale gdzie? Jak? Przecież cały czas jechałem właściwą drogą. Kilometraż też się zgadza. Doganiają mnie inni rowerzyści i widać, że też mają ten sam dylemat. Pytają tubylca o drogę do Widlina i okazuje się, że to nie my się pomyliliśmy, to osada jest nie tam, gdzie być powinna :) Szybki zjazd nad rzeczkę i punkt zaliczony.

Wiatr się wzmaga, zresztą zgodnie z prognozami. Niedobrze, bo wieje naprawdę mocno. Wyjeżdżam na otwarte przestrzenie i stawiam mu czoła. Sił jeszcze mam dużo, wiec idzie mi całkiem nieźle. Zaliczenie PK8 to czysta formalność. Również na następny punkt, PK16 trafiam bez błądzenia. Czas mam niezły. Kusi mnie, by zaliczyć PK5 i potem dalej wszystko po kolei. Przecież tak świetnie mi idzie, że mogę zrobić całą trasę! Ale nie, startuję już jedenasty raz, za dobrze znam maraton, siebie i swoje możliwości. Trzeba działać taktycznie, emocje zostawiając z boku, tak, jak i ten PK5. A więc skręt na wschód i pchany wiatrem zaliczam PK14.

Teraz na południe, do Drzewiny. Do tej pamiętnej Drzewiny, w której była kiedyś baza Harpagana. Mile wspominam to miejsce, chociaż wtedy za spóźnienie zostałem zdyskwalifikowany (obowiązywał wtedy inny regulamin). Tym razem w Drzewinie znajduje się PK17. Gdy do niego podjeżdżam, spotykam nagle Irziego! Obrał ten sam wariant trasy, co ja, tak samo, jak ja ominął PK5, a teraz jest przede mną, mimo tego, że spóźnił się na start. Sprawdzamy liczniki. Mam przejechane 83 km, a on 76. Jak on to zrobił? Przecież nigdzie nie błądziłem! Od tego miejsca jedziemy już razem.

Zostawiamy z boku kolejny punkt, tym razem PK9 i kierujemy się prosto na południe do PK15. Na mapie wygląda nieciekawie. Nic tam nie ma, a opis "grodzisko" niewiele pomaga. Wyciągam inną mapę (także w skali 1:100 000, a więc zgodną z regulaminem!) i okazuje się, że prowadzi tamtędy szlak turystyczny. A więc znalezienie kładki nad rzeką i punktu powinno być dziecinnie proste. I rzeczywiście, kładkę odnajdujemy prawie bez problemów. Prawie, bo nad samą rzeką komuś zachciało się powycinać kilka drzew i znaczki szlaku zniknęły. Ale kładkę w końcu odnajdujemy, jedziemy 600 metrów szlakiem i... punktu nie ma. Zaczynamy szukać go prawie jak grzybów. Skoro to ma być grodzisko, to może jest na górce? A może na tej drugiej górce? Nie ma? No to trzeba jechać dalej. Irzi ma opory, bo według mapy jesteśmy już za daleko. Widzimy jak jakiś rowerzysta nie mogąc znaleźć kładki bierze rzekę wpław. Wkrótce do nas dołącza. Z drugiej strony nadjeżdża dwóch następnych. Zbiera się nas tu niezły tłumek. Spotykamy jakąś dziewczynę.

- Nie wiesz przypadkiem gdzie jest punkt?

- Trzeba wjechać w ten wąwóz. - O dzięki Ci piękna bikerko! Wąwóz szybko się kończy. Patrzę, jak ci pierwsi wspinają się bo zboczu wciągając za sobą rowery. Ziemia usuwa im się spod nóg i co chwilę zjeżdżają niżej. Ale po wdrapaniu się na górę znikają i nie wracają. A więc coś tam jest! Może punkt? Wpełzamy na górę i my. Nic tam nie ma, tylko pole. Oby Cię pokręciło bikerko za wprowadzenie nas w błąd! Szukamy dalej i w końcu odnajdujemy punkt. Był kilometr za daleko. Dopiero teraz, na spokojnie widzę, że punkt był tam, gdzie być powinien, ale za to kładka była narysowana w złym miejscu. Organizatorzy dali nam mapy "aktualizowane" przez siebie. Tu dorysowali drogę, tam ścieżkę, w innym miejscu zmienili drogę gruntową w asfalt. Miło z ich strony, że tak się postarali, ale przesunięcie kładki przez rzekę to był iście podły żart.

Masę czasu i sił straciliśmy przez ten błąd. Nie nadrobimy już tego. Odpoczywamy dłuższą chwilę i jedziemy do PK7, a stamtąd przebijamy się pod wiatr do PK20. Oba punkty puszczają bez problemu. Teraz znów obieramy kierunek wschodni i pchani wiatrem niemal w biegu zaliczamy PK4 i PK6. No i to by było na tyle. Moje siły się wyczerpały. Mimo tego, że nadal jest z wiatrem, to Irzi wyraźnie mi ucieka. Wyprzedzają mnie też jacyś inni zawodnicy. Wkrótce gubię ich wszystkich z zasięgu wzroku i dalej muszę jechać sam.

Przede mną PK19, ostatni z "tłustych" punktów. Choćby nie wiem co, to jemu nie odpuszczę. Na mapie znów wygląda to inaczej niż w terenie. Błądzę, wycofuję się, ponawiam atak. W końcu znajduję jezioro i chwilę później punkt. Znów sporo czasu na tym punkcie straciłem, ale zostało mi jeszcze półtorej godziny. Powinienem zdążyć dotrzeć do mety. Kusi mnie jeszcze PK11. Jest bardzo blisko i jakbym go zaliczył, to wiele drogi bym nie nadłożył. Odliczam miarką kilometry. Biorę poprawkę na wiatr i zmęczenie. Dam radę. Zostanie mi godzina na przejechanie 18 km. Zaliczam punkt i kieruję się na północ. Mam cały czas otwarty teren i cały czas pod wiatr. Idzie ciężko, ale utrzymuję prędkość 18-20 km/h. Zdążę. Robi się pod górkę. Zwalniam. Widzę szczyt, z drugiej strony się rozpędzę i nadrobię co straciłem. Nie ma szczytu. Jest wypłaszczenie i znów pod górę. W Godziszewie jest rzeczka, tam pewnie będzie zjazd w dolinę. Nie ma doliny. Znów pod górę. 16 km/h. Za wolno. Nie zdążę. W Gołębiewie też jest rzeczka, pewnie tam będzie w dół. Nawet nie wiem kiedy mijam Gołębiewo. Pod górę i pod wiatr. 14 km/h. Nie mam już sił. Czemu te Trąbki muszą być tak wysoko? Bolą kolana, bolą mięśnie. Nie dojadę. Tu już nie chodzi o to, że się spóźnię. Ja w ogóle nie dojadę! Zaraz będę rower prowadził. Zbieram się w sobie. To już ostatnie kilometry i ostatni zryw. Widzę tablicę "Trąbki Wielkie". Równocześnie kończy mi się czas. Na metę docieram spóźniony 5 minut.

Umieram. Tak wykończony to chyba jeszcze po Harpaganie nie byłem. Trzęsę się z zimna, choćbym nie wiem ile polarów na grzbiet założył. Ciepły prysznic nie jest zbyt ciepły, więc też mnie rozgrzać nie potrafi. Mam niesamowitą chęć na grzańca, ale w Trąbkach żadnej knajpy nie ma. Zostaje tylko zjeść miskę gulaszu, wypić zimne piwko i iść spać. Nawet na zakończenie nie wstaję. Mam naprawdę dość.

Nie rozumiem, jak mogło mi się nie chcieć jechać. Przecież właśnie o to chodzi, by sobie porządnie dać w kość. Nie znam wyników i nie wiem które miejsce zająłem, ale to przecież nieważne. Jestem szczęśliwy, że w ogóle dałem radę aż tyle przejechać. Jestem też pełen podziwu dla Irziego, który mimo kompletnego braku przygotowania zaliczył tyle samo punktów, co ja i na dodatek zachował siły na powrót. Coś dziwnego jest w tym maratonie, że wyzwala w człowieku tyle energii, że niemożliwe staje się możliwym. Następny Harpagan za pół roku. A może nie czekać na niego i wystartować gdzieś wcześniej? Znów mam chęć na maratony :)


Kolejność zaliczania PK: START - 10 - 12 - 18 - 8 - 16 - 14 - 17 - 15 - 7 - 20 - 4 - 6 - 19 - 11 - META
w sumie 14 PK (po odjęciu kary za spóźnienie: 43 pkt) co dało 72 miejsce
dystans 184 km ze średnią 18,9 km/h (9h 56' czystej jazdy)
H33 - trasa przejazdu