Harpagan 30
Harpagan 30

Nadszedł podwójny jubileusz. To już 30 edycja Harpagana i 10 mój start w tym maratonie. Wiele się przez te 10 edycji zmieniło. Jeżdżę teraz dużo więcej, dystanse też wzrosły. 200 km w 12 godzin nie stanowi już wielkiego problemu. Dlaczego więc tak mało osób sięga po tytuł? Dlaczego ja wciąż nie mogę tego osiągnąć? Może tym razem tego dokonam? To by był niezły prezent z okazji jubileuszu.

Tym razem bazą maratonu stał sie Rytel - samo serce Borów Tucholskich. Jedno jest więc pewne: będzie piaskownica. Trzeba zabrać z sobą górski rower z szerokimi kapciami, bo na trekingu można się całkiem zakopać. Niestety, oznacza to także wolniejszą jazdę po asfaltach, a co za tym idzie prędkość średnia spadnie. Nie będzie łatwo, oj, na pewno nie będzie. Nie tracę jednak zapału i stawiam się na starcie. Zamierzam jechać samotnie. Za nic mam tych wszystkich ciągnących się w tramwajach i ogonach. Jeśli bym nawet zdobył tytuł, czając się całą drogę za czyimiś plecami, to i tak nie byłbym zadowolony. To ja muszę to zrobić, nikt inny.

Jest ciemno. Z głośnika dobiegają jakieś zapowiedzi, informacje o zmianie rozstawienia punktów, erratach do mapy. Takiego numeru na żadnym wcześniejszym harpie jeszcze nie było. Owszem, zdarzało się, że punkty znajdowały się nie tam, gdzie trzeba, zdarzały się punkty samobieżne i takie, których w ogóle nie było, ale żeby informować o tym przy starcie? Cuda, panie, cuda. Z głośnika rozlega się pozwolenie na rozdawanie map. Chciwie wyciągamy ręce, ale map nie ma. Nie dotarły. W innych sektorach już je przeglądają i już planują trasę, a my co? Też byśmy chcieli. Pada sygnał do startu, z głośnika dolatuje pozwolenie, że rowerzyści juz mogą ruszać w trasę. Mapy! Do licha, gdzie są mapy? W końcu ktoś się zlitował i podrzucił koszyk. Wyciągam mapę z folii, próbuję całą objąć wzrokiem i ustalić trasę. Dobra, już wiem. Mapa do mapnika, ja na rower i w drogę.

Noc jeszcze nie ustąpiła. Przyświecam sobie diodową lampką i zanurzam się w las. Znalezienie PK7 nie jest specjalnie trudne. Kawałek prosto, w odpowiednim miejscu skręt w prawo i już jest jeziorko z punktem. Migające lampki tylne tych, co dojechali wcześniej bezbłędnie wskazują mi właściwe miejsce.

Teraz kierunek na PK15. Jakiejś prostej drogi nie widać. Na mapie plątanina przecinek i pokręconych jezior. Większość rowerzystów wbija się gdzieś w las, ja jadę prosto na południe wzdłuż jeziora. Tej drogi w ogóle na mapie nie ma i rzeczywiście po chwili zamienia się w wąską ścieżynę. Jest śliczna, jak tak ciągnie wzdłuż brzegu to wznosząc się, to opadając. Powoli można gasić światło, zaczyna świtać. Bezbłędnie wyjeżdżam na drogę, którą sobie upatrzyłem i bezbłędnie zaliczam punkt. Gdy tą samą drogą wracam już na asfalt, mijam się z całym tabunem rowerzystów. Wśród nich jest... Daniel Śmieja. Jak to możliwe? Wyprzedziłem największego pretendenta do tytułu Harpagana?

PK5 to bułka z masłem. Prowadzi do niego równy asfalcik. Wiatr dmucha w plecy, więc jadę 35-40 km/h. Mimo to wyprzedza mnie jakiś zawodnik. Jedzie trekingiem. Położył się na lemondce i ciśnie do przodu. Za nic nie mogę go dojść. Na punkcie jestem drugą osobą, jaka tam dotarła, tuż za trekingowcem.

Z następnym punktem, PK17 jest juz trudniej. Droga do niego jest tak piaszczysta, że ledwo daję radę jechać. Cała droga jest przeorana butami piechurów. Widocznie mieli gdzieś w pobliżu swój punkt. Wygląda jednak na to, że jestem pierwszym rowerzystą, który nią jedzie. Moja radość nie trwa długo. Wyprzedza mnie Daniel Śmieja, który sunie tak, jakby miał pod kołami asfalt. Tuż za nim jak cień podąża Grzegorz Grabiec. Tak trzeba jeździć, by zdobyć tytuł. ja nie jestem w stanie utrzymać się za nimi, ale przynajmniej nie tracę ich z zasięgu wzroku. Punkt osiągam tuż po nich.

Zmiana kierunku. Czas podążyć na północ. Drogą na przemian twardą i piaskową jadę do Małej Rosochatki. Daniel z Grześkiem mkną tak szybko, że ich całkiem gubię. Gdy jestem już w wiosce znów ich spotykam. Jadą w drugą stronę.
   - Co jest?
   - Tam już drogi nie ma.
Nieco zakręcony zdaję się na Daniela. Wjeżdża między domy, potem w las, skręca w prawo, w lewo i... jesteśmy na PK4. To jest dopiero wirtuoz. Ciekawe ile ja bym szukał tego punktu, skoro sytuacja na mapie przestała odpowiadać tej w terenie?

Harpagany znów mi uciekają, więc samotnie przepycham się przez piachy do PK9. Trafiam przypadkiem na niezwykłą drogę. Jest piaszczysta, ale gładka i twarda jak asfalt. Wygląda to, jakby dodali do wszędobylskiego piachu trochę cementu, wygładzili walcem, a to wszystko pięknie stwardniało. Ciekawy sposób na budowę dróg. Mijam Legbąd i od północnej strony docieram na akwedukt. Gdy jestem już blisko znów spotykam Daniela z Grześkiem. Wyprzedzają mnie raptem parę minut. Jadą szybciej, ale błądzili gdzieś po przecinkach, chcąc dotrzeć pod akwedukt od południa. Sam akwedukt to ciekawe miejsce, jedyne w Polsce skrzyżowanie rzeki z kanałem. Tym razem nie ma czasu na oglądanie tej niezwykłości. Trzeba przedziurkować kartę i ruszać dalej.

Dotarcie do PK13 to również prosta sprawa. Blisko i łatwo. Sam punkt to jeden z tych przeniesionych. Zamiast szukać jakichś wątpliwych przecinek, wystarczyło podjechać pod dobrze oznaczoną leśniczówkę.

Teraz kolej na PK19. Tu już jest trudniej. Brak oczywistej drogi, kluczenie zygzakami po wioskach. na koniec wjeżdżam na oślep do lasu i głupieję zupełnie. Zamiast dwóch przecinek jest ich tam całe mrowie. Penetruję je po kolei, a punktu nie ma. Na koniec okazało się, że był w pierwszej przecince, w jaką wjechałem, tylko kawałek dalej za miejscem, w którym zawróciłem myśląc, że to nie ta.

Czas ucieka, a ja ciągle zaliczam punkty po kolei. Ciągle wierzę, że jeszcze mam szansę objechać wszystko. Teraz pcham się na północ, przez Czarną Wodę do PK3. Jedzie się ciężko, bo silny, północny wiatr strasznie mnie spowalnia. Mimo to, do punktu docieram całkiem sprawnie. Gdy dziurkuję kartę, od drugiej strony podjeżdża... Daniel z Grześkiem. To ich 11 punkt, a mój dopiero 9. W czasie, gdy ja walczyłem z PK19 oni zdążyli zaliczyć PK11 i PK6. Właśnie w tym momencie mija 12:30, czyli połowa czasu. Teraz wszystko staje się jasne. Mam przed sobą dwóch Harpaganów, a ja jak zwykle nie dam rady zdobyć tytułu.

Jadę dalej na zachód. Jadę - to zbyt dużo powiedziane. Napada mnie mega-kryzys. Dwa ruchy korbą i czekam, bo rower przecież sam się toczy. Na liczniku ledwie kilkanaście km/h. Mam dość. Znów jestem zawiedziony, choć maraton przecież jeszcze się nie skończył. Mój kryzys nie jest związany z siłą, bo tej ciągle mi nie brakuje. Brakuje mi zapału do jazdy. Brakuje mi celu, dla którego warto się jeszcze męczyć. Pozaliczałem jakieś blobki, a naprawdę wartościowe punkty będę musiał ominąć. Co jeszcze mogę zdobyć, by uratować wysoką pozycję? Koniecznie PK18 i PK20. Dwa rogi mapy, niezły kawał drogi. Co jeszcze mogę zrobić? Położyć się i odpocząć. I właśnie to ostatnie robię.

Leżę jakiś czas, a potem zbieram się i jadę do wioski, do sklepu. To dobry moment, by uzupełnić zapasy, bo woda już się kończy. Pod sklepem spotykam Irziego, który podobnie, jak ja zmierza do PK6. Właściwie nie wiem po co do tego punktu w ogóle sie wybrałem? Przecież on daje 2 punkty wagowe, a ileż czasu zabiera. Skoro jednak jestem już tak blisko, do do niego podjadę.

Na punkcie jestem przed Irzim, chociaż spod sklepu wyjechałem parę minut po nim. Wprawia mnie to w dobry humor, więc czym prędzej odjeżdżam, by mnie nie dogonił. Jakimś dziwnym trafem właśnie teraz opadam z sił, więc już po paru kilometrach Irzi mnie wyprzedza i to ja muszę go gonić. Idzie ciężko, wsuwam jakieś batony, ale potrzeba czasu, by zadziałały. Jakoś daję radę zbyt daleko nie odpaść, więc na PK14 dojeżdżamy prawie razem.

PK18 znajduje się niemal w tym samym miejscu, co dwa lata temu, na H26. Drogę, którą do niego jedziemy też znam. To ta sama, pechowa droga, którą przez pomyłkę obrałem i przez którą spóźniłem się wtedy na metę. Teraz jadę nią całkiem świadomie. Znów rozwijam większą prędkość i zostawiam Irziego w tyle. Na punkcie jesteśmy dokładnie o 14:50. Czasu jeszcze trochę jest. W planach mam zaliczenie PK8, PK20, PK16 i PK12. To daje punkt co 45 minut. Wystarczy.

Irzi nabrał sił i tym razem znowu on mi ucieka, a ja ciągnę się za nim. Trochę pomarudziłem w Konarzynach nie mogąc się zdecydować którą drogą jechać, ale ta przez stację kolejową Bąk zdawała się być mniej piaszczysta. I rzeczywiście, aż do stacji nie jechało się wcale źle. Dalej było jeszcze lepiej, bo nawierzchnia stała się żużlowa. Ciągle jestem z tyłu, lecz ciągle mam Irziego w zasięgu wzroku. Pojawił się jeszcze jakiś inny rowerzysta i ten sunął przed nami obydwoma. Tak sobie jadę za nimi, gdy nagle stwierdzam, że słońce jest nie z tej strony, co powinno. Oni pojechali źle, a ja, jak ten baran pociągnąłem za nimi! Kompasu oczywiście nie miałem, bo po co taki gadżet na maratonie na orientację? Trzeba było działać na wyczucie. Wracać się do miejsca, w którym należało pojechać inną drogą już mi się nie chciało. Postanowiłem ściąć to jakąś przecinką. No i ściąłem, robiąc przy okazji jeszcze większy błąd. Znalazłem się na drodze, która coraz bardziej wykręcała na południe, a ja nie wiedziałem gdzie jestem i jak z niej zjechać. Miały być otwarte polany, a ich nie ma, miał być strumień, a go nie ma. Gdzie ja właściwie jadę? Mam zawrócić? Wjechać w jakąś przecinkę? Będę jechał do końca drogi. W końcu gdzieś ona musi prowadzić.

Wyleciałem nagle w jakiejś wiosce. To Żebrowo. Patrzę na mapę i nie widzę drogi, którą powinienem jechać na północ. Zaćma jakaś, czy co? Zamiast tego przejeżdżam przez most i jadę dalej na południe do Bąka. Tam już zupełnie się gubię. Pytam się miejscowego o drogę, a on mówi, że muszę przez Wdę przejechać. Jaką Wdę? Co on bredzi? Przecież właśnie zza Wdy przyjechałem. Okazuje się, że nie, ja przyjechałem zza kanału Wdy, a teraz muszę jeszcze przejechać rzekę Wdę. Patrzę na mapę i nie widzę żadnej rzeki, a przecież jest wyraźnie narysowana. Co się ze mną dzieje? Patrząc na mapę już nawet nie wiem którym mostem tu wjechałem. Żebrowo jakoś mi uleciało z pamięci i wydaje mi się, że tuż, za tamtym domem jest most. Miejscowy kieruje mnie na północ, a ja jadę na południe, do Cisewa.

W Cisewie zatrzymuje mnie jakiś miejscowy. Przyjechał tu samochodem z Bąka. Słyszał te moje dopytywania się o drogę i nie rozumie dlaczego jadę tędy? Przecież tędy jest dużo dalej. Tłumaczy mi jak ułomnemu gdzie powinienem skręcić i jak pojechać, by skrócić sobie drogę. Mówi, że już jeden taki jak ja, na takim rowerze z mapnikiem tu był i jemu tez drogę pokazał. Teraz już obieram właściwy kierunek. Szkoda tylko, że ta droga, na którą mnie skierował jest tak piaszczysta, że rower muszę pchać. W końcu po wielkich trudach docieram do Górek i odnajduję PK8. Cała droga od poprzedniego punktu zajęła mi półtorej godziny.

Zjeżdżam do wioski Wiele i obieram kurs na PK20. Ale zaraz, zaraz! Którą to my mamy godzinę? I gdzie właściwie jest Rytel? Wyciągam miarkę i odmierzam odległości. W porę się opamiętałem. Przecież ja nie mam najmniejszych szans na zaliczenie PK20 i powrót przed końcem czasu. Trzeba juz jechać na południe, a nie na północ! Zawracam i skręcam do Dąbrowy. Tam zamierzam odbić jeszcze do Osowa, by zaliczyć PK10, ale zupełnie nie rejestruję już dróg, jakimi jadę. Umykają mi szczegóły i przestaję myśleć. Ja tylko pedałuję i tak wypedałowalem, że znalazłem się w Rudzinach, a nie w Osowie. Teraz wracać się do punktu nie ma już sensu i nie ma na to czasu. Muszę go zostawić i jechać na metę.

Aż do samej mety mam prostą drogę przez las. Jest na niej trochę piachu, ale generalnie da się jechać. Jakby na pocieszenie przed samym Rytlem znajduje się PK2. Może chociaż jego zaliczę? Powoli zaczyna się robić ciemno. Powoli zaczynam przestawać widzieć po czym jadę. Raz po raz ryję kołem w jakimś piachu i muszę się zatrzymywać, by się wydostać z pułapki. W tym półmroku drogę widać jeszcze całkiem nieźle, ale jej nawierzchni już nie. Diodowa lampka jest za słaba, by mogła pomóc. Nie widzę też licznika, więc nie odmierzam już czasu. Docieram do PK2 i okazuje się, że zostały mi tylko 4 minuty! Przecież do mety jeszcze parę kilometrów! Zostawiam punkt niezaliczony, chociaż jestem 200 metrów od niego.

Ostatnie kilometry strasznie mi się ciągną. W końcu jest linia kolejowa, jakieś zabudowania i niespodziewanie wyrasta budynek szkoły z metą. Chociaż tyle dobrego, że nie muszę tej mety szukać, sama mnie znalazła. Na mecie mam 6 minut spóźnienia.

Zupełnie nie wiem jak to się stało. Od 14:50 aż do 18:36 wciąż jechałem i w tym czasie w wielkich bólach zaliczyłem tylko jeden punkt! Szwankowała psychika, szwankowała logistyka, stałem się automatem do jazdy, a nie do myślenia. Przejechałem prawie 200 km i zaliczyłem tylko 13 punktów. W tym samym czasie Daniel z Grześkiem przejechali 220 km i zaliczyli wszystkie punkty! Czuję się, jakby mnie kto obuchem w łeb walnął. I ja miałem czelność myśleć o zdobyciu tytułu? Czas zająć się modelarstwem, a nie maratonami na orientację.



Kolejność zaliczania PK: START - 7 - 15 - 5 - 17 - 4 - 9 - 13 - 19 - 3 - 6 - 14 - 18 - 8 - META
w sumie 13 PK (po odjęciu kary za spóźnienie: 34 pkt) co dało 86 miejsce
dystans 198 km ze średnią 19,6 km/h (10h 13' czystej jazdy)
H30 - trasa przejazdu