Harpagan 29
Harpagan 30

Miałem już więcej nie jechać na Harpagana. Kolejne zmiany wprowadzały ułatwienia dla potencjalnych zdobywców tytułu i podnosiły cenę wpisowego. Nasłuchałem się opowieści, że Harpagan stał się prawdziwym wyścigiem, teraz już nikt nie ślęczy nad mapą i nie kombinuje, tylko od razu rusza w trasę. Wszystkie punkty są obsadzone i dobrze widoczne. Skończyły się czasy szukania znaczków na drzewach. Teraz, jeśli tylko dotarłeś we właściwe miejsce, to punkt sam Cię znajduje. Mimo wzrastającej niechęci jeszcze ten jeden raz postanowiłem pojawić się na starcie. Przyzwyczajenie znów wzięło górę nad obietnicami.

Tegoroczna, wyjątkowo długa zima nie pozwoliła na przygotowania. Dopiero na 3 tygodnie przed startem zacząłem robić trochę dłuższe dystanse, ale wyłącznie na szosie. Do ostatniego dnia nie wybrałem się na jazdę terenową. Tej wiosny szosa była tym, gdzie najlepiej się czułem, a rower trekingowy tym, na czym najlepiej mi się jeździło. Wymyśliłem sobie, że zrobię wreszcie eksperyment. Pojadę na Harpagana trekingiem i będę trzymał się szosy tak długo, jak to tylko będzie możliwe. Do punktów kontrolnych będę robił tylko krótkie wypady, a potem natychmiast powracał na asfalt. Z takiego założenia jasno wynikało, że kilometrów będę musiał przejechać znacznie więcej niż potrzeba, ale prędkość, jaką mogłem osiągnąć na twardych, równych drogach powinna to zrekompensować. Zresztą nawet staropolskie przysłowie mówi, że "kto drogi skraca, ten do mety nie wraca"

Start jak zwykle trochę za wcześnie. To już niestety taki urok tej imprezy. Wstawać trzeba wtedy, gdy zwykle kładę się spać. Jest zimno i pochmurno. Przed sceną amfiteatru kłębi się tłum rowerzystów. Chciwie wyciągam rękę po mapę. Rozdawane są według kolejnych numerów. Ze zdumieniem stwierdzam, że wielu zawodników nie dotarło na czas na start. Rzucam okiem na mapę, wstępnie obieram kolejność zaliczania punktów i w drogę. Znów popadam w zdumienie. Wyjeżdżam jako jeden z pierwszych, reszta jeszcze studiuje mapy. To ma być ten natychmiastowy start?

Od samego początku jadę samotnie. Zgodnie z założeniem pruję szosą. Kładę się na lemondce i połykam kilometry w zawrotnym tempie. Na pierwszym punkcie nie jestem wcale pierwszy. Ci, co cięli na skróty dotarli tam równo ze mną. Następnych kilka zaliczam jednak jako pierwszy. Rzeczywiście, nie mam żadnych trudności z orientacją. Punkty są tam, gdzie powinny być. Jadę szybko. Zaczynam nabierać wiary, że dam radę zrobić wszystko. Sił mam nadzwyczaj dużo, moja średnia prędkość utrzymuje się powyżej 27 km/h, prawie w ogóle nie marnuję czasu na postoje. Tymczasem coś niedobrego dzieje się z moją tylną przerzutką. Jakoś dziwnie ubywa mi biegów. Mam to gdzieś, jestem tak zawzięty na zwycięstwo, że zatrzymanie się traktuję jako stratę cennego czasu. Dopiero po przejechaniu 50 km nie wytrzymuję. Zostały mi już tylko 3 najtwardsze biegi. Podciągam linkę, która po prostu wysunęła się spod śrubki. Regulację zostawiam na kiedy indziej. Teraz nie ma czasu. Zupełnie mi nie przeszkadza, że czasem biegi same się przerzucają, a czasem łańcuch skacze po trybach. Ważne, że jadę dalej, a prędkość nie spada.

Trasa jest wyjątkowo górzysta. Od samego startu siąpi też deszcz. Przestaje po kilku godzinach, ale za to zrywa się wiatr i z każdą następną godziną przybiera na sile. Akurat teraz skończyłem zaliczanie wschodnich punktów i wiatr pcha mnie na zachód. Przeliczam sobie czas, jaki upłynął i punkty, jakie już zdążyłem zdobyć. Za mało tych punktów. Gdy wybija połowa czasu mam już na liczniku 130 km, a zaledwie 9 punktów. Moja taktyka nadrabiania kilometrów asfaltami nie przynosi spodziewanych efektów. Już wiem, że i tym razem nie mam szans zaliczyć wszystkiego. Trzeba zacząć wybierać i kalkulować gdzie warto pojechać, a co odpuścić. Postanawiam zaliczyć wszystkie punkty o najwyższej wartości. To powinno dać mi dużą przewagę nad innymi.

Na zachodzie nie jest już tak lekko. Punkty rozmieszczono głębiej w lasach, a asfaltowe drogi w ogóle nie są pomocne. Przepycham się sztywnym trekingiem po wertepach i głębokich piachach. Prędkość drastycznie spada. Zaczynam odczuwać zmęczenie. W sumie to właśnie teraz pobijam rekord dziennego przebiegu w tym roku. Wciąż jadę sam. Rzadko spotykam jakichś innych rowerzystów. Gdzie oni się podziali? Przecież tylu ich było na starcie. Coraz dłużej stoję na punktach, coraz częściej pcham rower pod piaszczyste wzniesienia. Wciąż kalkuluję i wykreślam z listy kolejne punkty do zaliczenia.

Końcówkę mam już straszną. Chyba tylko siłą woli zaliczam ostanie punkty o dużej wartości. Do końca jeszcze wierzę, że zdobędę PK13, który daje aż 4 pkt, ale w końcu daję mu spokój. Jest w tak dziwnym miejscu, że nie dam rady tam dojechać w takim stanie, w jakim jestem. Zamiast niego obieram kurs na PK3 za 1 pkt. Znajduje się na trasie do mety i wymaga odbicia od asfaltu zaledwie na niecałe 2 km. A jednak nawet jemu odpuszczam. Jestem tak wykończony, że ledwie toczę się do przodu. Wolę dowieźć bezpiecznie do mety wszystkie zdobyte punkty niż walczyć o każdą uciekającą minutę. Już to kiedyś przeżyłem. To była nierówna walka. Wyliczałem sobie, że wystarczy jechać z prędkością 22 km/h, by zdążyć na czas, a nie mogłem wykręcić więcej niż 18 km/h. Teraz było identycznie. Co bym nie robił, to 18 km/h było wszystkim, na co było mnie stać. Teoretycznie północno-wschodni wiatr powinien mi pomagać, ale wcale tego nie czułem.

Na mecie jestem kilkanaście minut przed końcem czasu. Jestem wypruty do granic możliwości. Nie spodziewałem się, że stać mnie na taki zryw bez przygotowania i treningu. Zaliczyłem 15PK, które dały aż 50 pkt. W ostatecznym rozrachunku daje mi to szóste miejsce. Pobiłem swój życiowy rekord, jeszcze nigdy, na żadnym Harpaganie nie byłem tak wysoko. Tytułu Harpagana tym razem nie zdobył nikt, najlepszy zdobył tylko 4 pkt więcej ode mnie. To staje się już kolejnym wyzwaniem. Jak dotąd wszyscy, którzy zdobyli ten zaszczytny tytuł dokonali tego jesienią. Kto pierwszy da radę dokonać niemożliwego na początku sezonu?



Kolejność zaliczania PK: START - 2 - 11 - 5 - 18 - 15 - 8 - 19 - 6 - 14 - 12 - 17 - 7 - 16 - 20 - 9 - META
w sumie 15 PK (50 pkt), co dało 6 miejsce
dystans 205 km ze średnią 20,5 km/h (10 godzin czystej jazdy)
H29 - trasa przejazdu