Harpagan 27

Harpagan 27

Zaklinałem się, że nie pojadę już na Harpagana, jeśli nie będę miał wystarczającej kondycji, by walczyć o zwycięstwo. Jazda dla samej jazdy przestała mnie interesować. Pół roku temu otarłem się o tytuł i od tej chwili zaczął liczyć się tylko on. Zimę przespałem i nie byłem gotowy do walki, ale emocje opadły. Słowa nie dotrzymałem i po raz kolejny pojawiłem się na stracie. To była już moja ósma próba zmierzenia się z dystansem 200 km w czasie 12 godzin.

W zasadzie nie wiedziałem po co tam jadę. Ścigać się nie ma sensu, może więc zabawie się w fotografa i uwiecznię ten maraton na zdjęciach? Pomysł nie był taki zły, ale gdy tylko dostałem w ręce mapy, gdy tylko przerysowałem punkty i wytyczyłem trasę, znów opanowała mnie chęć dania z siebie wszystkiego. Ruszyłem z kopyta i zapomniałem o aparacie. Pierwszy punkt zdobyłem bez problemów, ale już przy drugim zakręciłem się i niepotrzebnie nadłożyłem ze dwa kilometry. Niedobrze, nie tylko kondycja, ale i orientacja zaczyna szwankować. Następne punkty puszczają za to bez problemów. Bardzo mi się spodobał PK 11 umieszczony na szczycie najwyższej górki w okolicy. To był wybitnie "rowerowy" punkt, pod który nie dało się podjechać. Na szczycie zastałem tłum pieszych i rowerzystów porozkładanych jak na jakimś pikniku.

Problemy zaczęły się w okolicach PK 7. Opis punktu bardzo czytelny: skrzyżowanie autostrad, znaczy się przecinek leśnych. Co za problem to odnaleźć? No pewnie, jaki problem, tylko, że w terenie, tych przecinek było 10 razy więcej niż na mapie. Zrobiłem błąd próbując dotrzeć tam od południa, ciągnąc innymi przecinkami i leśnymi duktami. W rezultacie nawet nie dotarłem w bliższe okolice punktu, nie mówiąc już o jego odnalezieniu. Kręciłem się po tych ścieżkach z godzinę zapętlając się coraz bardziej. Gdy w pewnej chwili stwierdziłem, ze jadę już po własnych śladach dałem za wygraną. Po co ja tak się męczę? Przecież PK 7 daje tylko 2 punkty wagowe, a tuż obok czeka PK 20, który daje tych punktów 5! Machnąłem ręka i pojechałem na wschód, nie wiedząc nawet którą drogą i dokąd jadę. Ważne, że kierunek był dobry.

We wsi Skoszewo zatrzymuje mnie jakiś tubylec. Okazuje się być żywo zainteresowany Harpaganem i dobrze zorientowany. Wie po co jeździmy przez jego wioskę i jakie są zasady maratonu. Chce mi pomóc jak tylko może, wskazując dalszą drogę. Przydałby się trochę wcześniej, gdy faktycznie się zgubiłem. Startując z tego miejsca, pewnie bez trudu odnalazłbym PK 7, ale słowo się rzekło - nie wracam się i już.

Czas leci, siły się wyczerpują i coraz częściej zamiast przepychać się przez piaszczyste drogi, zsiadam z roweru i zaczynam go prowadzić. Pod PK 20 też go podprowadziłem. A punkt całkiem sympatycznie położony, szkoda tylko, że nie był trochę niżej, nad pięknym, drewnianym młynem wodnym. Wyglądał bajkowo.

Dalej droga już jest prosta. Trzeba dojechać do przysiółka Rzepiska i odbić w lewo, w przecinkę, która po przecięciu torów kolejowych wyprowadzi mnie na punkt. Pomysł dobry, tylko, że nigdzie nie ma tej przecinki. Jadę i jadę a żadnego odbicia w lewo nie ma. Dojechałem tak do linii kolejowej. Cóż było robić? Trzeba było wzdłuż szyn pojechać na zachód. Jadę sobie szczęśliwy, podskakując na podkładach, gdy nagle wyjeżdżam na asfalt. Jak to na asfalt? Przecież asfalt miał być ze dwa kilometry dalej. Dopiero teraz przyszło olśnienie. Przecinki nie było, bo pewnie jej znaczenie się zwiększyło i teraz jest drogą, a ja byłem już 300 metrów od punktu. A teraz mam do przejechania ze 2 km. Co się dzieje? Czy ja już w ogóle nie umiem się orientować w terenie?

Na szczęście to był już koniec moich gaf. Dalej punkty poszły gładko, jeśli nie liczyć spadającej wciąż prędkości. Kryzys, jak mnie chwycił na 70-tym kilometrze nie chce odpuścić. Jakiś czas trzymałem się Jurka, znajomego, który akurat znalazł się w tym samym miejscu o tej samej porze, ale po dwóch PK zaliczonych razem uciekł mi i już go nie dogoniłem. Przed PK 12 spotkaliśmy dwóch rowerzystów, ale z nimi też nie pociągnąłem, gdyż jednemu odpadło siodełko. Ciekaw jestem jak wrócili do Bytowa, do którego mieli ponad 20 km.

Na zakończenie zaliczyłem jeszcze dwa punkty i poczłapałem na metę. Nie potrafiłem utrzymać prędkości większej niż 18 km/h. Można tłumaczyć się, że było pod wiatr, ale ja wiem, że byłem już tak padnięty, że nawet z wiatrem bym więcej nie wykręcił. Oj, dał mi ten Harpagan w kość jak żaden inny. Ale za to jedna rzecz była pozytywna. Dojechałem na metę na spokojnie, mając jeszcze zapas czasu. Zwykle wpadałem na nią zdyszany w ostatniej chwili, albo nawet spóźniony. Tym razem było inaczej. Mogłem nawet zatrzymać się w drodze do mety i pogawędzić z pewnym emerytem, który robił rundkę rowerem po okolicach Bytowa. Ten też był nieźle zorientowany w maratonie i wypytywał o wszystkie szczegóły. Czyżby impreza zrobiła się już tak sławna?

Z Bytowa wyjechaliśmy jeszcze w sobotę. Trochę szkoda, że opuściłem zakończenie, nerwowe oczekiwanie wyników, pogawędki z uczestnikami, których znam od lat, lecz widuję tylko dwa razy w roku. No cóż, szkoda, ale w bazie nie było gdzie się wykąpać! Już lepiej przejechać te 300 km dzielące nas od domu niż przykleić się do śpiwora. Może za pół roku znajdzie się jakaś szkoła z prysznicem. Tym razem nie będę się zastrzegał, że nie pojadę. Pewnie, że pojadę i znów dam z siebie wszystko, a że będzie to po sezonie, to będę mógł dać jeszcze więcej. Może w końcu zdobędę ten tytuł?



Kolejność zaliczania PK: START - 4 - 6 - 11 - 19 - 15 - 20 - 9 - 13 - 12 - 18 - 14 - META
W sumie 11PK (39pkt), co dało 34 miejsce
Dystans 168 km w czasie 11h 40'

Przed startem

PK6

PK11

PK11

Meta

Meta

Bartek Bober na mecie

Daniel Śmieja na mecie
Harpagan 27 - trasa przejazdu