Harpagan 25
Harpagan 25

Tegoroczna edycja wiosennego Harpagana zapowiadała się optymistycznie. Choć zimowe mrozy trzymały wyjątkowo długo, to początek kwietnia powitał nas wiosennym ciepełkiem. Dodatkowo Wielkanoc wypadająca późno w tym roku przesunęła datę 25 edycji Harpagana na sam koniec kwietnia, czyli praktycznie już maj. Przed oczami miałem więc bajkową wizję termometru wskazującego 20 st. C w cieniu.

Jak się później okazało w staropolskich przysłowiach jest sporo prawdy. Kwiecień sobie przeplótł i wysiadając o godzinie 17.30 z opóźnionej o ponad godzinę "rzeźni" relacji Szczecin - Olsztyn Gł. poczułem przeszywający ziąb.

Szybki myślowy remanent pt. "co mam jeszcze ciepłego? i to nie na sobie" wykazał obecność jednej połatanej zimowej rękawiczki marki "lewa". A więc aktywnie przystąpiłem do szukania pierwszego punktu - SP12 czyli bazy rajdu.

O bazie pisał nie będę, bo jaki jest koń - każdy widzi. Doskwierał jedynie brak materacy. Przypadał mniej - więcej jeden na stu uczestników Harpagana. Na szczęście byłem tym "jednym" co pozwoliło mi być wypoczętym przed startem.

Nazajutrz odebrałem rower z szatni strzeżonej w stylu: "bierz co chcesz - nawet deszcz" i udałem się na plac startowy.

W tym miejscu warto wspomnieć o nowościach wprowadzonych przez organizatorów. Przede wszystkim wyliczone mapy. Każdy miał swój przydział i nie słyszałem o problemie, że dla kogoś zabrakło map.

Tuż po starcie kiedy wszyscy przenoszą punkty na mapy kolorowe między uczestnikami chodziła "kontrol" sprawdzająca skalę map. Niedozwolone były zatrzymywane. Wielkie brawa dla organizatora. Mam nadzieję że te "ekstra-tradycje" na zawsze zagoszczą na Harpagnie.

W końcu mija 7.00 i moment na który człowiek czeka pół roku. Zgarniam mapę, rozkładam na najbliższym murku i pierwsze zdziwienie - tylko jeden arkusz A3. W dodatku jednostronny! Gdzie czasy H21 z całym "atlasem map"? Tymczasem tutaj wszystko czytelne.

Rozglądam się po placu, patrzę na punkty na mapie. Już wiem, że trzeba atakować od północy. Pierwszy będzie PK2. Tylko jak wydostać się z miasta? Dezorientacja, wątpliwości. Jednak zbieram się w sobie. Zorientowanie mapy o 7 rano to nie problem. Słońce dopiero co wstało wskazując wschód.

Przerysowanie map zajmuje Robertowi, mojemu towarzyszowi w Harpaganowej walce, 15 minut. Ja w tym czasie analizuję rozstawienie PK. Szkicuję w myąlach trasę. Trzeba wziąć pod uwagę kilka czynników: "waga" PK, dogodność połączeń między nimi, kierunek wiatru, no i na ile tak naprawdę mnie stać, bo o zaliczeniu wszystkich PK nawet nie mam co myśleć. Gdy wszystko uda się połączyć w jakąś spójną całość można ruszać. Plac opuszczamy jako jedni z ostatnich zaraz po głównych faworytach czyli Danielu i Krzyśku.

PK2 i PK8 sprawia trudności raczej fizyczne niż nawigacyjne. Każdy z tych PK poprzedza wspinaczka na Wysoczyznę Elbląską, czyli ponad 100m przewyższenia każdorazowo. Całoąć zostaje zwieńczona długim asfaltowym podjazdem w drodze na PK9. Droga pnie się mozolnie w górę. Każdy kolejny zakręt odsłania dalszy podjazd, choć wydawać by się mogło, że to nie możliwe w tym miejscu Polski. Przede mną otwiera się wspaniały widok na turkusowy Zalew Wiąlany, ciemno-granatową toń Bałtyku i wąski jasny pasek Mierzei Wiślanej. Niestety nie ma czasu na "romanse". Taka jest cena za miejsca w pierwszych dziesiątkach klasyfikacji.

Przez Kadyny, dawną rezydencję carską, przemykamy 30kmh. W pamięci zostaje tylko ślad: prostokątny rynek, jakaś strzelista wieżyczka na dachu pokrytym czerwoną dachówką. Zostaje również postanowienie, że kiedy tu wrócę.

Na PK9 "dojrzewam" i przekonuję Roberta aby dalej walczył sam. Czuję, że go tylko opóźniam. Poza tym jadę za nim jak po sznurku nie patrząc nawet na mapę. A przecież chciałbym poczuć, że to impreza na orientację.

Robert rusza na PK10. Ja się posilam, odpoczywam i... robię to samo co Robert. Nic więc dziwnego, że po paru kilometrach spotykamy się przy przeprawie przez rzeczkę. Pytanie: jak znaleźć się po drugiej stronie? - Normalnie! Wchodzisz... i wychodzisz! Proste? Wybieramy jednak wariant bardziej cyrkowy i pokonujemy przeszkodę po zwalonym drzewku.

W Podgrodziu próbuję kupić coś w sklepie, ale kolejka jest taaaka, i ludzie patrzą jak na kosmitę. Rezygnuję. Po następnych minutach PK10 jest nasz. Teraz PK13. Są dwie możliwości: południowa lub północna. Wybieramy tę drugą jako pewniejszą. Ruszamy przez wieś Baranówka i Biedkowo. Szczęśliwie mostek zaznaczony na mapie nadal istnieje, choć w zaawansowanym stanie rozkładu. Z Biedkowa do PK13 już prosta droga, i to nawet nie bruk tylko asfalt! W ogóle drogi brukowe to temat-rzeka na H25. Ja już wcześniej jeździłem po Mazurach i wiem czego się można spodziewać, ale wielu zawodników chyba nie wiedziało sądząc po ich malowniczych relacjach: "o tak mną telepało..."

Dalej do PK14 też bez problemów... no bo czy problemem na Harpaganie można nazwać dobrą drogę która naraz po prostu znika? Tak bez ostrzeżenia i stanów pośrednich? Radzimy sobie typowo, klucząc po polach przedkładając te zasiane nad te dopiero co zaorane. A jakieś 100m na lewo widzimy sporą grupkę zawodników posuwających się jakąś drogą, ale w zupełnie przeciwnym kierunku. O, oni też nas zauważają. He he, pewnie im niezłego ćwieka zabiliśmy, bo wyciągają mapy i coś tam gestykulują. Ot, takie małe radości. Trzymając się obranego kierunku trafiamy w końcu na drogę i PK14 - wygwizdowo. Kolega z punktu skarży się, że jak mu lampion porwało, to go dogonił dopiero przy ruinach chaty 50m dalej.

W drodze na PK18 osobiście odczuwamy siłę wiatru. W pewnym momencie nawet próbujemy się podczepić pod ciągnik, ale pan traktorzysta nam to szybko wybija z głowy obrzucając nas przy okazji "błotem". PK18 jest najbardziej oddalonym od startu punktem kontrolnym. Jest to pierwszy raz kiedy porywam się na taki punkt. Myslę że się opłaci.

Już od PK9 na każdym kolejnym punkcie obmyślamy dalszą trasę biorąc pod uwagę zmęczenie, czas, no i "plotki" zasłyszane od innych zawodników. Obieramy kurs na PK20. Obecnie plan jest taki, żeby zaliczyć wszystkie "piątki" czyli PK17, 18, 19, 20.

Skrót z Jarzębca przez Demity okazuje się trafny. Punkty PK20, 19, 16 to okres kiedy spotykamy najwięcej zawodników. Następuje mijanka ludzi jadących wariantem południowym z nami, rozpoczynającymi pętlę od północy. Jest to kolejna okazja do zdobycia wielu informacji na temat czekających nas kłopotów.

Na PK16 obsługa, a właąciwie samoobsługa wykazywała wyjątkowo mało chęci do współpracy. Nie dość, że trzeba było do niego złazić po pięcio-metrowej skarpie to nawet pieczątkę musiałem sobie sam podbić. On ograniczył się jedynie do zalegania na ziemi i wydawania poleceń w stylu "podbij se".

Odcinek między PK18 a PK17 wspominam najprzyjemniej. To są właśnie chwile dla których jestem na Harpaganie. Będąc w takich wsiach jak Jarzębiec, Długobór, mijając ruiny pałacu w Słobitach i Gładyszach, zaliczając PK17 położony na wiadukcie dawno nieistniejącej linii kolejowej można poczuć klimat Warmii. Poniemieckie zabudowania kryte czerwoną dachówką, stare przydrożne kapliczki, brukowane drogi które wszyscy rowerowi uczestnicy Harpagana zapamiętają na długo. Pytanie: jaka inna okoliczność rzuciła by mnie w ten rejon Polski, i skłoniła do odwiedzenia tych często zapomnianych miejsc? Tylko dzięki Harpaganowi mogę je poznać.

Jak napisałem PK17 umiejscowiony został na wiadukcie nad dawno zwiniętą linią kolejową. Bardzo ciekawe miejsce dla mnie, takiego świra na punkcie nieczynnych linii kolejowych. Z PK17 ruszamy na PK15, najbliższy wysoki PK. No, muszę tu obowiązkowo napisać o stanie nawierzchni jaką przyszło nam się poruszać. Każdy kto tamtędy jechał na H25 i napisał relację wspomina o tym niezapomnianym odcinku.

Była to droga niegdyś zapewne brukowa. Oblana kiepskiej jakości asfaltem z którego niewiele już zostało. Większą częścią były łaty nakładane sposobem: "sypnij tu, a samochody to rozjeżdżą". Plotki głoszą, że to przez TIRy droga tak wygląda, ale ciekawe skąd te TIRy miałyby jechać?

Docierając na ciekawie położony PK15 zaczynam odczuwać presję tykającego zegarka. Do końca zostało 2,5 godziny, co jest ilością "policzalną". Po odnalezieniu PK15 "z pewnom takom nieśmiałościom" uderzamy na PK7. Chodzą słuchy, że są problemy z tym PK. Jednak trzeba mieć wiarę we własne siły - my ją mamy.

Gdy docieramy w rejon działań jest już tam spora liczba zawodników. Od razu wiadomo o co chodzi, gdy uczestnicy chodzą to tu, to tam, jakby grzybów szukali. Teoria goni teorię, a minuty mijają. Już wiem że to ostatni PK który zaliczę lub nie. Sytuacja staje się beznadziejna. Robert gdzieś się zaplątał, a ja z kilkoma ludźmi sprawdzam jeszcze jedną możliwość. Spojrzenie na zegarek: 1h15m i ponad 25km do mety. Najwyższy czas wracać. Z nadzieją wychodzimy na górkę, ale za nią tylko następna, ani śladu punktu. Rezygnuję. Dzwonię tylko do Roberta aby się odnaleźć i razem wrócić na metę. On też nic nie znalazł.

Robię dosłownie parę kroków wstecz, gdy ktoś z przodu krzyczy: "jest". Faktycznie. Punkt był za tą drugą górką. Szybki telefon do Roberta. Nerwowe tłumaczenia przy rwącym zasięgu wprowadzają zamieszanie, jednak jakoą udaje nam się dogadać.

W takim pośpiechu podbijam kartę, że nawet nie pamiętam jak punkt wyglądał. Tyle że zrobiłem zdjęcie i na nim mogę wszystko zobaczyć. Ruszam w kierunku Elbląga.

Mijam Roberta paręset metrów od punktu wskazując mu drogę. Postanawiam nie czekać na niego wiedząc, że ma więcej sił i z pewnością mnie dogoni.

Nie szukam już nawet skrótu tylko wracam przez Młynary. A ostatni wpadło mi w ucho bardzo dobre angielskie powiedzenie: "shortcuts make long delays", czyli "skróty powodują długie opóźnienia". To IMHO esencja słowa "skrót".

Powrót "klasyczny". Wszystkie rowerowe harpagany ciągną w stronę Elbląga. Znaki rozpoznawcze to: zwieszona głowa, niska kadencja, błędny wzrok zerkający w kierunku zegarka z kalkulacją: "ile musiałbym jechać aby zdążyć?"

Wypytuję mijanych o ilość punktów, itp. oraz którędy najlepiej wrócić. Okazuje się, że większość obawia się błądzenia w miejskiej dżungli Elbląga. Ja wybieram powrót "berlinką" licząc na brak górek i wiatr w plecy. Nie mylę się. Do samego Elbląga jest delikatnie z górki co pozwala mi gnać z prędkością 40km/h i więcej. W mieście również nic się nie liczy. No może tramwaje i większe ciężarówki. Podobną postawę przyjmuje wielu jeżeli nie wszyscy uczestnicy.

Na mecie stawiam się na 7 minut przed "deadline'm". Robert jest 5 minut po mnie. Jeszcze chwila i wybija 19.00... Harpagan 25 przechodzi do historii.

Podsumowanie? No dobra: przejechanych 180km czyli najwięcej w mojej harpaganowej karierze. 13PK zaliczonych z sumą 48 punktów co dało mi 17 miejsce w generalce. Jest to również, jak dotychczas, mój najlepszy wynik. Teraz mnie kusi aby na następnego Harpa wziąć grilla i kiełbaski. Po prostu pełen luz. Organizacja: jak dla mnie aż za dobra. Sytuację uratował PK7. Gdyby nie on to nie było by nawet o czym pisać. A może to już ze mnie i Roberta tacy "miszczowie"? Eeee tam. To właąnie pod względem organizacji H25 był tytułowym "białym" a H24 "czarnym"... no może "szarym". Ciekaw jestem czy dalej będzie biało czy jak zebra?

Do zobaczenia za pół roku w Borach Tucholskich. Już zbieram na opony 2.3 a Wy nie zapomnijcie spakować przed wyjazdem łopatki i foremek to postawimy parę babek z piasku.


Wojciech 'Grelus' Grela

a oto końcówka maratonu według Roberta:

Całą trasę przejechaliśmy razem, a teraz, na koniec nasze drogi się rozchodzą. Wszystko przez PK11, który został tak sprytnie ukryty, że większość uczestników miała z nim problemy. W mig poległy plany zdobycia następnych punktów. Przeczesujemy las wzdłuż i wszerz, a czasu coraz mniej. Grupka rowerzystów kurczy się, inni darują sobie ten punkt i gnają do mety. Ja nie chcę odpuścić. I nagle telefon. To Grelus właśnie znalazł punkt. Porzucam rower i pieszo biegnę wąskimi i grząskimi ścieżkami do niego. Grelus już go ma i zwija się do bazy. Dopadam go i ja. Karta podbita i biegiem po rower. Została jeszcze godzina. Powinienem zdążyć dojechać na czas do mety.

Nie wiem jak to zrobiłem, ale zabłądziłem. Gdzieś w tym lesie jest mój rower! Tylko gdzie? Biegam zdesperowany i szukam go zawzięcie. A zegarek tyka. Wizja kolejnej dyskwalifikacji stawała się coraz bardziej realna. I nagle jest! Mam go! Wskakuję na siodełko i cisnę w pedały. Sam się sobie dziwię, że jeszcze na koniec zachowałem tyle sił. Mijam jednego rowerzystę, potem następnego. Oni już się poddali, nie dojadą na czas do mety, ale ja pędzę niczym wicher. Dopadam Elbląga, przelatuję na czerwonych światłach i wpadam na metę. Do 19:00 pozostały jeszcze dwie minuty.

Adrenalina opada. Nogi mi drżą, ciężko oddycham. Robi mi się zimno. Zdążyłem! Jakaż to radość zakończyć wyścig w takim stylu. A miało być tak spokojnie, sielankowo. Miało być tak nudno. Tylko ten skubaniec Grelus dojechał do mety 5 minut przede mną. A niech go!

Wyniki:
zaliczone 13 dużych punktów (48 punktów przeliczeniowych), co dało mi 19 miejsce.
przejechałem 175 km ze średnią 20,5 km/h
zanotowana prędkość max: 54,4 km/h