Harpagan 24
Harpagan 24

Harpagan 24 - Piekło Północy

"Polskie Piekło Północy" czyli Harpagan już za nami. A 24 edycja w pełni zasłużyła na to miano.

Już na wiele dni przed imprezą wiadome było, że pogoda "dopisze". Koniec z temperaturą 12 stopni i słoneczną, złotą polską jesienią (ewentualnie wiosną). Do takich warunków przyzwyczaiły nas cztery ostatnie edycje. Wszyscy ostro dostali w d.... Wystarczy powiedzieć, że tym razem nikt nie zdobył Harpagana. O ile w edycji rowerowej to już norma, to w pieszej średnia nowych harpaganów oscyluje koło 50.

Tym, którym nie chce się czytać opisu trasy, proponuję przewinięcie się na koniec do podsumowania.

Mój udział w tej edycji rozpoczął się w miarę normalnie. Tradycyjnie werbunek towarzyszy okazał się bezowocny (mięczaki ;-).

Z Koszalina wyjeżdżam późno, grubo po 21. Przez całą drogę pada (z małymi przerwami). Nie wróży to niczego dobrego na następny dzień. W bazie jestem koło północy. Późno, sekretariat już zwinięty, wszyscy mocno chrapią. No może nie wszyscy. Nauczony poprzednimi edycjami nie spodziewam się, że wstanę wypoczęty (nie traktuję tego jako złą organizację - tak po prostu już jest i trzeba się z tym pogodzić).

Po 5 godzinach snu na twardej podłodze moje kości skutecznie służą za budzik. Na zewnątrz leje. Zgłaszam się i dostaję numer startowy wraz z koszulką marki XXL, innych już nie ma. Kto wie, moze za kilka lat będzie w sam raz, lub zbiegnie się w praniu? Namierzam Romala i innych kolegów, jem śniadanie. Atmosfera przed wejściem bojowa. Wszyscy śrubkują, przykręcają błotniki, mapniki i inne pierdolniki. Standard. Ruszamy na start.

Na rynku jakaś dobra dusza postawiła wiatę pod którą można się schować. Głos z głośnika bełkocze regulamin, i dopiero w tym momencie dowiaduję się o jakiś "małych punkcikach" itp. Szkoda, ze tego wcześniej w regulaminie nie było.

Plotki o "dwustronnych pięćdziesiątkach" okazały się niestety prawdziwe. W momencie dostania map wszyscy głupieją co jest gdzie. Widzę ludzi rozkładających mapy w kałużach. Swoją drogą dziwne zachowanie. Może myśleli, że część informacji jest ukryta i woda ją wywoła? Romal proponuje wracać do bazy, co skwapliwie czynimy przy okazji robiąc falstart :-) Czekamy jeszcze z minutę i wreszcie rozlega się odliczanie.

..3...2...1...start. Wyobrażam sobie, jak start harpagana wygląda z powietrza. Kupa "mrówek" upakowanych na małej powierzchni w jednej chwili rozsypuje się na wszystkie strony. Po kilku minutach na rynku już pustka.

Wracamy do bazy. Trochę dziwi mnie widok ...identyczny jak przed "godziną zero". Ludzie gmerają przy rowerach, stoją, gadają. Co jest? Przecież od kilku minut czas nieubłaganie tyka.

Na przerysowanie punktów na kolorowe setki schodzi nam pół godziny. Przy okazji pozdrawiam czytelników precla z którymi zamieniliśmy kilka słów podczas malowania. Dopiero po tej operacji ukazuje się całość sytuacji i można obmyślić strategię. Wybieramy południe, jak najwięcej PK o wysokiej punktacji na początek.

Ruszamy do 18. Od początku w deszczu, i od początku błądząc. Jedziemy polną drogą, błoto okropne, w butach już chlupie. Szaro-buro, Dopiero się rozwidnia. Na lewo od drogi którą jedziemy widzę szpaler drzew. Zakładam, że to jakaś lepsza droga i proponuję "na przełaj". Cóż, Romal zwraca mi uwagę, że to brzeg klifu a dalej już zatoka :-) (zatoka, a nie morze) Faktycznie, woda ma prawie identyczny kolor z niebem i jej nie zauważyłem. Okazuje się, że wyjechaliśmy do osady Rozgard. Za bardzo na wschód. Szybka korekta przez pole... marchewki. Hmmm, jakby tak wędkę skombinować i zrobić zachęcacz? :-)

Trafiamy na asfalt. Dalsza droga do punktu 18 (do którego trafiamy z przeciwnej strony) to walka z deszczem i błotem. Jesteśmy przy krzyżu... i nic. Ktoś wskazuje, że kod jest 100m dalej.

W połowie drogi do 13 przestaje padać. Urzekają piękne widoki. Soczyście żółte klony, Zatoka Pucka z jednej strony, a wzniesienia Kępy Oksywskiej z drugiej.

Niesamowite, ale PK13 jest dobrze rozstawiony. Ruszamy do piątki. Podjazd do leśniczówki "Zaklęty Zamek" daje w kość, ale jestem jeszcze w pełni sił. Na szczycie duża zdesperowana grupka. Już wiadomo o co chodzi. Wszyscy szukają kodu (prawie jak grzybów). Pojawia się leśniczy, który nic nie wie o imprezie, straszy jakimiś polowaniami :-). Ktoś dzwoni do organizatorów. Staje na tym, że wpisujemy do karty nazwisko leśniczego. To już drugi punkt, przy którym znajdujemy się we właściwym miejscu o właściwej porze. Gdyby nie było leśniczego i innych uczestników to najprawdopodobniej zrezygnowali byśmy. Oj, nieładnie organizatorzy.

Kolejnym celem jest PK3. Już pierwszy rzut oka na mapę budził wątpliwości co do lokalizacji punktu. IMHO to najgorzej rozstawiony punkt na całej trasie. Już po raz trzeci drogę do punktu wskazują nam uczestnicy, którzy z niego wracają. Według mnie ludzie się rozstawili ładne 2km na północ od właściwego miejsca (gdzieś w okolicy leśniczówki Rekowo).

Jeżeli tak będzie dalej to tragedia. Na 3 z 4 punktów są na "chyba". Bo nie wiadomo, czy organizatorzy zaliczą, czy nie zaliczą. Z przedzierania się przez las do czwórki rezygnujemy z prostego powodu. Tak naprawdę nie wiemy gdzie jesteśmy (napewno nie w miejscu gdzie na mapie jest PK3) Wracamy do asfaltu. Przy wjeździe na niego spotykamy Szewca z kolegą. We czwórkę ruszamy do Wejcherowa i dalej drogą do Piaśnicy Wielkiej. Jest pod wiatr. Romal ciągnie równo, więc po co go zmieniać. Nałapał kondycji podczas wyprawy do Turcji więc niech teraz pracuje ;-) Dojeżdżamy do skrzyżowania gdzie trzeba zjechać z asfaltu. Na drzewach, słupkach, kamieniach tablice, tabliczki. Każda inna, a na wszystkich to samo. W okolicznym lesie w czasie okupacji hitlerowcy wymordowali mnóstwo ludzi. Ja rozumiem, miejsce pamięci itd. ale nie można było postawić jednego kierunkowskazu? A tak wygląda to po prostu śmiesznie.

No, przy PK4 czuć powiew profesjonalizmu. Umiejscowienie punktu zgodne z mapą. "Skrzyżowanie droga-wąwóz" (za mapą) określił bym raczej droga-parów (można było ten wąwóz przeskoczyć).

PK 16 nie sprawia kłopotów. Dalej wjeżdżamy w znajome okolice jez. Żarnowskiego. Znajome z trasy H21.

PK15 okazuje się być samobieżny. Na miejscu zastajemy karteczkę "punkt przeniesiony do gospody w miasteczku blabla..." Niewiele mysląc kieruję się w tym kierunku. Dobrze, że z góry jest pod wiatr, a podjazd z powrotem z wiatrem, w rezultacie pod górę jedzie się szybciej. Teraz jednak sobie k.... myślę, co to k.... ma znaczyć k.... !!!. Trzeba było spisać ten p.... kod białą p.... farbą i p.... obsługę, a nie k.... nadkładać p... 5km. Dobra już będę grzeczny k....

W drodze na PK8 wreszcie zaliczam zjazd który nie był po drodze na H21 (piękne max 60kmh). Na dole gorąco pozdrawiam ludzi jadących w przeciwnym kierunku. Może to im doda sił :-)

Droga do PK7 również bez problemów. Nie wiem tylko, czy mi się zwiduje bo gdzie nie pojadę (w Polskę ogólnie) to widzę czerwone napisy TdP na asfalcie. Jak to fajnie wiedzieć ile jeszcze podjazdu zostało. Mogli by tak wszystkie znakować.

Sam PK7 sprytnie ukryty za drzewem... typowe. Do szóstki, czyli paśnika dochodzimy "po sznurku" szlaku turystycznego.

W tym momencie do mety mamy 3 godziny. Romal przekonuje mnie aby zaliczyć PK14. Od początku mi to śmierdziało :-) Ruszamy kursem 090 idealnie na wschód przez rezerwat "Bielawskie Błota" Nieprzejezdny ma być tylko ostatni kilometr. Cóż, nieważne ile było nieprzejezdne. Ważne, że przejechanie nieprzejezdnego zajmuje nam godzinę. Za to widoki były cudne! Nie wyobrażam sobie innej sytuacji niż Harpagan, która by mnie zmusiła do wybrania właśnie tej drogi w tym miejscu Polski.

Po wydostaniu się z bagien docieramy do Zielonego Zakątka (PK14) i po pół godzinie jesteśmy na PK17.

Metę już prawie widać, czasu jeszcze godzina. Jednak ja rezygnuję. Zarówno PK12 jak i PK20 są za daleko i niezbyt dogodnie położone. Romal walczy do końca. Rozstajemy się, on rusza do PK12, podczas gdy ja tocze się do Pucka.

Kartę zdaję o 18.06 ...a Romal jest ostatnią osobą zakfalifikowaną bez kary czasowej. Oczywiście punktu PK12 nie zaliczył.

Uuu, ale się rozpisałem. Pora na podsumowanie: Bez sensu jest pisać, czy H24 był udany, bo każdy Harpagan jest udany! Oczywiście niedociągnięcia organizacyjne były. tego się nie da uniknąć. Widać to szczególnie po H23 w Drzewinie. Tam organizatorzy byli na swoim terenie, więc ze znalezieniem punktów (przynajmniej ja) nie miałem problemów. Druga sprawa, że w Drzewinie nie było ludzkiej obsady, a omylność jest rzecz ludzka.

Duży minus to dwustronne mapy i to pięćdziesiątki. Np. jeżeli zamoknie mapa to tracisz dwa arkusze jednocześnie. mniej więcej w połowie trasy spotkałem zawodnika, któremu musiałem dłuższą chwilę tłumaczyć co jest gdzie i jak :-) bo się nie mógł połapać.

Śmiać mi się chciało na widok map niektórych uczestników. Trudno, żeby organizatorzy zapewniali laminowane, czy impregnowane mapy. Po prostu trzeba o nie dbać.

Aha, dementuję, że morze było widać tylko z PK13. Przy PK13 nie było żadnego morza! Za to było je widać kilka razy na horyzoncie. No chyba, że ktoś był na PK19. Wtedy to je nawet usłyszał.

Na następnego harpagana koniecznie muszę sobie wykombinować mapnik. Wreszcie się przekonałem, że dla rowerzysty jest to kluczowa sprawa.

Niniejszym żegnam, pozdrawiam wszystkich spotkanych i nie spotkanych grupowiczów oraz wszystkich uczestników H24. Do zobaczyska na przyszłym Harpaganie (może ktoś wie gdzie?) mam nadzieję, że przy lepszej pogodzie (czyt. śnieg, ew. grad) ...a kto czytał ten trąba :-)

Wojciech 'Grelus' Grela