Harpagan 21

CZYM CHATA BOGATA

Lębork. Znów Lębork. Harpagan tułał się od lat po całych Kaszubach, aż trafił w końcu do Lęborka, gdzie hojny burmistrz godnie go przyjął i chyba chce zatrzymać na stale. Tym razem baza została założona w pięknym budynku szkoły, w którym była ciepła woda, ogrzewana sala gimnastyczna, ładne ubikacje, a miejsca nie brakowało ani do spania, ani dla rowerów, ani nawet pod prysznicami. Z pobieżnych wyliczeń wychodzi mi, ze w imprezie wzięło udział prawie 800 osób, z których ponad 200 to rowerzyści. Sporo tych kandydatów do zaszczytnego tytułu. Wielu przyjechało tu po raz pierwszy, ja czuje się już weteranem, bo będę startował trzeci raz.

REGULAMIN - RZECZ SWIĘTA

Wiadomo, od tego, jakie są zasady zależy atrakcyjność gry. Po tym, jak namieszano w regulaminie podczas poprzedniej edycji, Harpagan przestał być maratonem na orientacje, a zaczął być wyścigiem na długim dystansie. Na organizatorów posypała się lawina zażaleń i o dziwo, wzięli je sobie do serca. Stare zasady zostały przywrócone, znów miała bardziej liczyć się kalkulacja od zwykłej siły w nogach.

WYŚCIG

Wreszcie maraton rusza. Wcześniej niż zwykle, bo o 7:00, ale dzięki temu powrót na metę będzie jeszcze za dnia. Ustawiamy się na linii startu i chciwie wyciągamy zmarznięte ręce po mapy. Niewiele jest czasu, by rzucić na nie okiem, ale już widać, ze cos jest nie tak. To są mapy w skali 1:50 000! Jak dotąd nie wolno było używać tak dokładnych. Czy będą pomocne w trasie, czy raczej zaszkodzą? Analizujemy położenie kilku najbliższych punktów i wpadamy w kolejne zdumienie. Numeracja punktów jest chaotyczna, wcale nie ułatwia zaliczania ich po kolei. Brak czasu na dalsze oględziny, bo pada sygnał do startu i tłum rowerzystów rusza w drogę. Stojący na skrzyżowaniach policjanci wyprowadzają nas z miasta. Gnam z kolega, Danielem prosto do punktu pierwszego. Opanował nas szał wyścigu, zapomnieliśmy o postanowieniu dokładnych oględzin mapy, chcemy być pierwsi i tyle.

NAJPIERW POMYŚL

Na punkcie pierwszym tłum. Szybko podbijamy karty i w drogę. Nie ma czasu do stracenia, rozpiera nas energia i chęć zwycięstwa. Gnamy szeroką, leśną drogą. Jesteśmy sami, zostawiliśmy wszystkich w tyle. Ciekawe, czy nas dogonią? Na punkt nr 2 przyjeżdżamy jako druga i trzecia osoba. Teraz gnamy na punkt 4, jest najbliżej. Daniel nawet nie musi patrzeć na mapę. Na którymś z poprzednich Harpaganów był już punkt w tym miejscu i zna drogę na pamięć. Bezbłędnie trafiamy na miejsce i budzimy zaspaną obsadę. Jesteśmy pierwsi. Dopiero teraz rozkładamy wszystkie mapy, dopiero teraz patrzymy, co najlepszego zrobiliśmy. Do licha, rozmieszczenie punktów w terenie jest strasznie chaotyczne. By je wszystkie zaliczyć, trzeba by zrobić dwie pętle, a co najważniejsze, nie pchać się na wschód, tak jak my, lecz zacząć od pętli południowej lub północnej. Błąd! Straszny błąd! Nie czas jednak na rozpaczanie, trzeba jakoś ratować sytuację. Decydujemy się jechać na południe.

POCHOWALI SIĘ PO KRZAKACH

Mamy wreszcie wiatr w plecy, więc gnamy szybko. Dopiero teraz zaczynam się przekonywać, po co dali nam tak dokładne mapy. Punkt 5, to skrzyżowanie dróg w lesie. Skrzyżowanie, na którym nie ma nic. Skrzyżowanie, którego nie ma nawet na naszej kolorowej mapie. Zdaje się na Daniela, to prawdziwy wirtuoz w orientacji w terenie. Z takim nawigatorem nie zginę. I rzeczywiście, bez błądzenia, bez nadrabiania kilometrów trafiamy dokładnie na punkt. Na skrzyżowanie, którego nie ma na mapie.

OPUSZCZONE LASY

Wciąż jedziemy na południe, wciąż jedziemy sami. Rzadko udaje nam się minąć z jakimś kolarzem. Na punktach 3 i 17 meldujemy się jako jedni z pierwszych. Gdzie się podziały te tłumy, które były na starcie? Gdzie Ci wszyscy harpagani? Dokąd pojechali? Jesteśmy właściwie tylko my i lasy, nad którymi szumi wiatr.

TEREN ZAMKNIĘTY - NIE WJEŻDŻAĆ

Skręcamy na wschód. Wiatr wciąż wieje nam w plecy, wprawdzie pod skosem, ale przynajmniej nie w twarz. Śmigamy przez pola i meldujemy się na punkcie 11, pod walącą się wieżą. Tu już dotarło przed nami znacznie więcej zawodników. Nie marnując czasu jedziemy dalej, ku 12. Na mapie straszy wielki napis: "Teren zamknięty" - to lotnisko, jakoś trzeba je ominąć. Drogi w terenie nie zgadzają się z tymi na mapie, szukamy, błądzimy. Spotykamy piechurów poszukujących tego punktu. W końcu niezawodny Daniel przecina w poprzek zaorane pole, wjeżdża w las i... jesteśmy na miejscu. Co ja bym bez niego zrobił?

TRZA MIEĆ KRZEPĘ

Wciąż jedziemy na wschód, naszym następnym celem jest punkt nr 14. Suniemy szybko asfaltem. Gnam ile mogę, ale czuje, ze powoli słabnę. Długo w takim tempie nie pociągnę. Nie pomagają banany, nie pomaga czekolada, ja po prostu opadam z sił. Szaleńcze tempo wykończyło mnie po przejechaniu 80 km. Zaledwie 80 km. Do punktu dojeżdżamy jeszcze razem, ale tam rezygnuje z walki i postanawiam rozstać się z Danielem. Jest silny, niech jedzie, niech walczy. Ja musze zwolnić.

POWOLI, LECZ WCIĄŻ DO PRZODU

Jadę samotnie ku punktowi nr 9, ku żwirowisku. Powoli toczę się do przodu. Droga zaczyna jakoś za bardzo wykręcać na południe. Cos jest nie tak, według mapy nie powinno być takich ceregieli. Nagle z przeciwka wylania się Daniel. "Zawracaj, tam w dole jest Maszewo"- krzyknął, po czym minął mnie i tyle go widziałem. A więc zabłądziliśmy. Zawróciłem i ja. Odnalazłem właściwą drogę i pojechałem dalej. Droga była bardzo grząska, moje opony zostawiały na niej głęboki ślad, ale jakoś nie widziałem innych śladów. Czyżby Daniel znów pomylił trasy? Docieram do punktu i ponownie go spotykam. Pojechał okrężną drogą, ale za to o lepszej nawierzchni. Kiwnął mi na pożegnanie i tyle go widziałem. Znów samotnie. Zjeżdżam ostro w dół. Na tych krętych, leśnych ścieżkach wyciągam bez trudu 50 km/h. Musze hamować, by nie rozbić się o jakieś drzewo. Współczuje tym, którzy tedy podjeżdżali. Wypadam na asfalt i dużo spokojniej jadę do punktu 7. Gdy jestem już blisko, znów spotykam Daniela, właśnie stamtąd wraca. Cos nie może mi uciec, a to przecież ja opadłem z sił. Pomachaliśmy sobie w pozdrowieniu i tyle go widziałem. Tym razem już na dobre.

META PO RAZ PIERWSZY

Pozostał mi już tylko do zaliczenia punkt nr 6, na nieczynnym moście kolejowym. Nie ma już więcej punktów na południu, a wszystkie drogi prowadzą stąd do Lęborka. Czasu mam jednak jeszcze sporo, więc może cos się uda zaliczyć? Wertuje mapy i analizuje. Wszystkie punkty są za daleko, z wyjątkiem 13. Tylko, ze on jest po drugiej stronie Lęborka. Nie pozostaje mi więc nic innego, jak jechać do miasta. Przejeżdżam w pobliżu rynku, na scenie gra jakiś zespól, jestem zaledwie 100 m od mety. Kusi mnie, by skręcić i zakończyć tę walkę, ale w końcu decyduję się na zaliczenie 13.

META PO RAZ DRUGI

Podjazd asfaltowa droga pod wysypisko w Czarnówku wycisnął ze mnie ostatnie siły. Zaczęło padać. Z ulga podbijam kartę i puszczam się w powrotną drogę do Lęborka. Zjeżdżając przekraczam szybkość 60 km/h. Metę osiągam o 18:10. Zdążyłem przed czasem. Mam zaliczonych 13 punktów. Przejechałem 145 km.

WYNIKI

Docieram do bazy. Nie mam siły się wykąpać, nie mam siły się rozebrać. Półprzytomny zjadam dwie porcje bigosu i zalegam na materacu. Zasypiam. Ktoś mnie wyrywa z letargu informując, że ze względu na deszcz zakończenie odbędzie się w bazie, a nie na rynku. "Tytułu Harpagana w edycji rowerowej nie zdobył nikt" Ulga. Nikt. Nikt nie zaliczył wszystkich 20 punktów. Nie jest tak źle, może moje 13 punktów cos będą znaczyć. Potem zdobywam kolejne nieoficjalne dane. Dwie osoby zaliczyły 16 punktów, dwie kolejne 15, a dwie następne 14. Jedną z nich jest Daniel. Ja figuruję na 8 miejscu. Nie wierze, to niemożliwe. Tak wysoko? Jestem zszokowany, a jednocześnie dumny. Chciałem być tylko lepszy niż ostatnio, a tymczasem trafiłem do czołówki. Naprawdę jestem taki dobry, czy to tylko przypadek? Trzeba będzie przekonać się o tym za pół roku. Udało mi się poznać osobiście osoby, które tym razem okazały się być lepsze ode mnie. Wiem, z kim będę musiał teraz walczyć, by na następnym Harpaganie być jeszcze lepszym.