Harpagan 19

POD WSPÓLNYM DACHEM

Do Czarnej Wody przyjechałem w piątek późnym wieczorem. Piechurów już nie było, pozostały po nich tylko porozkładane materace. A warto wspomnieć, ze w pieszej edycji brało udział prawie 400 osób. Rowerzystów było koło 90, a kajakarzy sam nie wiem ilu. Już na wstępie spotkałem Olę z Olkiem, a właściwie to oni mnie spotkali, gdy siedziałem zagubiony i bezradny szukając jakiejś znajomej twarzy. Od razu zrobiło się raźniej. Sala gimnastyczna pomieściła wszystkich pragnących snu i noc minęła spokojnie w cichym szumie padającego na dach deszczu.

KUPĄ MOŚCI PANOWIE

Pobudka o szóstej. Nie wiem czemu tak wcześnie, ale jak wszyscy wstają, to ja tez. Start przewidziany był dopiero na ósma. Piętnaście minut przed startem rozdano mapy i wyjaśniono zasady. Początek trasy miał być otaśmowany, a dopiero później każdy miał jechać po swojemu. Spojrzenie na mapę, szybka analiza, co gdzie się znajduje i na start. Do pierwszego punktu droga prościutka, tylko jakoś nie przyszło mi do głowy, ze to ich otaśmowanie wykieruje nas w zupełny las. Zrobili nas w bambuko. Peleton szybko się rozsypał i w pięć minut po starcie niemal każdy próbował znaleźć swoja pozycje. Gdy kapnąłem się, gdzie jestem, uznałem za bardziej celowe udanie się do bliższego punktu 12, a potem dopiero do 1.

JEST DOBRZE

Zaliczenie trzech pierwszych punktów nie nastręczyło żadnych trudności. Drogi równe, choć piaszczyste, żadnego błądzenia. Idzie jak po szynach. Na punkcie nr 2 byłem 30 i miałem godzinę straty do najlepszego, z tym, ze dla mnie był to już trzeci punkt, a dla niego dopiero drugi.

ZABAWA W CHOWANEGO

Zaczęły się schody. Punktu nr 3 nie ma. Straciłem prawie godzinę szukając go, a tymczasem ludkowie w czerwonych kubraczkach rozlokowali się o jedno skrzyżowanie leśnych dróg za daleko. Okazało się, że najlepiej na tym wyszli ci, co machnęli ręka na nieistniejący punkt i pojechali dalej, bo wtedy właśnie do niego trafiali. Ale jakby tego było mało, to punktu 4 tez nie ma. Krążenie po okolicy w poszukiwaniach to kolejna godzina straty, w końcu sam wpisuję sobie czas do karty i jadę dalej, zresztą podobnie zrobili wszyscy którzy tam wtedy byli. A punkt został w końcu odnaleziony. Dokonała tego ekipa, która nieco pobłądziła i ze zdumieniem odkryła go w odległości 4 km od właściwego miejsca. Byli strasznie zdziwieni, ze nikt do nich nie przyjeżdża.

WIESZ, GDZIE MIESZKASZ?

Przyszła kolej i na mnie, zabłądziłem. Po prostu skręciłem o jedna ścieżkę za wcześnie i znalazłem się nie tam gdzie chciałem. A najgorsze, ze nie wiedziałem, gdzie właściwie jestem. Ale, co tam, koniec języka za przewodnika, przecież tubylcy znają okolice. Zagadnąłem wiec jakieś małżeństwo. Jak zaczęli mi tłumaczyć, gdzie się znajduje, to wychodziło na to, ze jadę w zupełnie innym kierunku. Zawróciłem wiec i pojechałem tak, jak mi pokazali. I tym sposobem straciłem następną godzinę, bo jak się później okazało, byłem już 3 km od punktu nr 5, a tymczasem okrążyłem sobie jeziorko i przejechałem 13 km.

CZAS NIE PIENIĄDZ

Zostały jeszcze cztery godziny. Trochę mało czasu na dalsze wypady, ale punkt nr 6 wydaje się kusząco blisko. A wiec naprzód. Piach po osie, nawet głębszy jak w innych częściach trasy, ale jakoś idzie. Docieram na miejsce jako 43 zawodnik. W sumie dotarło ich tam 45. Chwila oddechu, bo nogi zaczynają odmawiać już posłuszeństwa. Na liczniku wybiło już 120 km, a trzeba jeszcze wrócić. Czasu coraz mniej, a mi marzy się jeszcze zdobycie punktu 11. Jest zaledwie cztery kilometry od asfaltu, może zdążę? Początkowo jadę ponad 30 km/h, ale ile można utrzymać takie tempo? Nogi bolą, w oczach zapala się lampka rezerwy, a ja cisnę ile mogę, choć mogę coraz mniej. W końcu stwierdzam, ze punkt 11 jest nieosiągalny, ba, nawet meta może być nieosiągalna. Ciągnę już tylko 23 km/h, na nic więcej mnie nie stać, a zegarek nieubłaganie odmierza minuty. Odliczam na glos razem z nim przeskakujące cyferki. Trzy... Dwie... Jedna... Meta!. Moja meta wybiła 13 km przed ta prawdziwą. Koniec. Siedem punktów kontrolnych zdobytych i co z tego mam? Dyskwalifikacja. Ostatnie 13 km jechałem ponad godzinę. Licznik pokazał 175 km.

WSZYSTKO SIĘ MOŻE ZDARZYĆ

A co przydarzyło się innym zawodnikom?

Na samym początku rajdu, jadąc jeszcze otaśmowaną trasa, pod bacznym okiem kamer i aparatów fotograficznych zdarzył się ciekawy wypadek. Trzeba było przejechać przez rzekę wąskim, drewnianym mostkiem. Jeden z kolarzy wpadł na nim w poślizg i rower wysmyknął się pod balustradą z pluskiem lądując w wodzie. Właściciel patrzył przez chwile na odpływający z nurtem rzeki sprzęt, po czym wskoczył do wody. Wyratował maszynę i wyciągnął ja na brzeg głośno oznajmiając, że jedzie dalej. Ot, prawdziwy harpagan. Na punkt nr 3 przyjechał jako pierwszy, na punkt nr 6 tez. W końcu znalazł się w pierwszej trojce najlepszych.

Przed punktem nr 1 przetarta klockami obręcz eksplodowała eliminując jednego uczestnika z rajdu. Początkowo miał podobno zamiar zdobyć jeszcze jeden punkt na piechotę, niosąc rower, w końcu pożyczył gdzieś składak i na nim dojechał jeszcze do dwóch lub trzech punktów.

Przed punktem nr 3 innego uczestnika potrącił pojazd marki Star, lecz ten nie przerwał rajdu, lecz dojechał do punktu kontrolnego i dopiero tam poprosił o apteczkę.

Do najbardziej oddalonego punktu nr 7 dojechała tylko jedna osoba, nie wiem czy wróciła w wyznaczonym czasie.

PODSUMUJMY

Tytułu harpagana w edycji rowerowej nie zdobył nikt. Na trasie było 12 punktów kontrolnych, z których najlepszy z uczestników zaliczył 9. Było tez kilka 8-ek, znacznie więcej 7-ek i 6-ek. Atmosfera na trasie wspaniała, organizacja na bazie bardzo dobra (w sumie w rajdzie wzięło udział ponad 500 osób!) i gdyby nie dwa schrzanione punkty kontrolne, wyniki wielu uczestników (a pewnie i mój) byłyby znacznie lepsze. Pogoda dopisała jak tylko umiała. W nocy padało, w dzień święciło słonce i było ciepło, a następnej nocy znów padało.

Kolejny Harpagan odbędzie się pod koniec października, nie wiadomo jeszcze gdzie. To będzie już po sezonie, wiec kondycja powinna być lepsza. Ja już zaczynam trenować.