I Supermaraton GRYFLAND

Supermaraton Rowerowy GRYFLAND

Dość tych niepowodzeń. Czas chyba wziąć się za siebie. To już prawie lato, a ja wciąż umieram po przejechaniu 100 km. W Maratonie Gorzowskim ledwo dowlokłem się do mety, a przecież wtedy przejechałem nawet mniej niż planuję teraz. Czas najwyższy zacząć trenować. Jak postanowiłem, tak zrobiłem. Co prawda na słowo "trening" dostaję gęsiej skórki, ale jak będę więcej i dalej jeździł, to też chyba można to nazwać "treningiem". Zabrałem się ostro do jeżdżenia. Zrobiłem kilka dłuższych tras. Na 3 tygodnie przed Gryflandem wraz z kilkoma osobami pojechałem na objazd trasy. Żeby nie było tak prosto, to dojazd i powrót z trasy do Szczecina także zrobiliśmy rowerami. I w ten niepozorny sposób przejechaliśmy 300 km. Nie potrzebowałem nawet atmosfery maratonu, by pobić swój życiowy rekord. Stało się to tak jakby od niechcenia. Trasa Gryflandu wyglądała fajnie, trochę starego, popękanego asfaltu, trochę odcinków ważniejszymi i lepszymi drogami. Wyglądało, że będzie to trasa szybka, nawet podczas spokojnego objazdu jechaliśmy nią 35 km/h. Już widziałem tych wycinaków, jak gnają tam wyprzedzając samochody. Będzie się działo. Krótki dystans i łatwa trasa zrobią z maratonu wyścig.

szosa Gryfice Saint, SHP, Chester, Romal, Suchy Droga z Gryfic do Uniborza Wrócilismy do Szczecina

W końcu nadszedł dzień maratonu. Meteorolodzy nie pozostawiali cienia wątpliwości. To nie będzie piękny dzień, będzie lało i wiało. W takich warunkach nie wygrają ci, którzy mają więcej sił, lecz ci, którzy nie dadzą się pokonać aurze. A jednak, gdy wstaję rano i wyglądam za okno, wiedzę błękitne niebo i słońce. Może nie będzie tak źle? Nadzieje prysły dwie godziny później, gdy staliśmy już na starcie. Z zachodu nadciągnęły chmury i zaczęło kropić. Meteorolodzy się nie pomylili.

Startujemy w grupach 10-osobowych. Jetem razem z całą ekipą, z którą wcześniej objechałem trasę, a do tego z Jurkiem Ścibiszem, Robertem Stankiem i jeszcze z trzema inymi zawodnikami. Startujemy ostro. Wypadamy z miasta i ustawiamy się w rzędzie. Wieje lekko w plecy, więc jedziemy dość szybko. Nawet za szybko. Zakładaliśmy, że nie będziemy przekraczać 30 km/h, by zachować siły na całą trasę, a tymczasem jedziemy znacznie szybciej i wciąż przyspieszamy. Nasza grupka się rwie, SHP z Chesterem zostają z tyłu, ktoś inny nas dogania, ale nie mam czasu oglądać się za siebie. Ledwie chwilka postoju na punkcie w Rewalu i znów dalej. Jest z wiatrem, więc ani mi w głowie zwalniać. Na kolejnym punkcie w Trzebiatowie gubimy Suchego. Z mojej grupy zostaliśmy już tylko w czterech, ale w peletonie jest nas więcej. Mordercze tempo nadaje zawodnik z numerem 61, ledwo możemy się z nim równać, ale nie zamierzamy odpuścić. Do Gryfic, a potem dalej, aż do Uniborza jest pod wiatr. Prędkość mimo to wcale nie spada. Punkty kontrolne również zaliczamy niemal bez postoju.

Do tej pory pogoda wcale nam nie dokuczyła, gdzieś tam po drodze trochę padało, gdzieś trafiliśmy na odcinek mokrej drogi. Teraz wszystko się zmienia. Woda leci i z góry i spod kół. Kto by się tym jednak przejął, skoro mamy wiatr centralnie w plecy i gładką nawierzchnię? Coraz częściej przekraczamy prędkość 40 km/h. Gdzieś na tym odcinku osiągam swojego maxa całego maratonu: 51 km/h. Jeszcze tylko ostatni odcinek do Gryfic i mamy półmetek.

Spoglądam na licznik. Pętla miała 106 km i przejechałem ją ze średnią prędkością 31 km/h. Nigdy w życiu nie dokonałem czegoś takiego. Mało tego, nadal mam siły! W Długich po takim dystansie miałem poważny kryzys, a tu aż rwę się do dalszej jazdy. Na całej pętli na postoje zmarnowałem tylko 9 minut. Teraz robię sobie dłuższy popas, podają tu pyszną kalafiorową. Jest jak znalazł, właśnie ciepłego posiłku najbardziej w tym momencie potrzebowałem. Kończę zupę i ruszam na drugą pętlę.

Jest Jurek, jest Saint, nie ma Roberta. Czyżby został na półmetku? Postanawiamy jechać razem, ale dużo wolniej. Ja jednak wciąż mam siły, więc jak wychodzę na czoło, to prędkość wzrasta. Nagle ktoś mnie klepie w ramię. Mijają mnie dwaj zawodnicy i to klepnięcie to pewnie zachęta do wspólnej jazdy. Odwracam się za siebie i widzę Jurka i Sainta daleko z tyłu. Nie wiem co robić. Czekać na nich, czy pociągnąć z tymi dwoma? Ciągnę. Jadą szybko, ale muszę ich dogonić. Udaje mi się to, ale nie mogę się utrzymać nawet na kole. Gdzieś po drodze mijam Roberta. A więc nie został na półmetku, tylko wyjechał wcześniej. Znów zaczyna padać, tym razem dość konkretnie. Moje zające zatrzymują się, by ubrać peleryny, więc wyprzedzam ich i dalej gnam samotnie.

Na punkcie kontrolnym w Rewalu robię sobie chwilę oddechu. Muszę coś zjeść. Nagle wpada cały peleton zawodników. To wycinacy z numerami 140 i wyżej. Startowali ze 40 minut później ode mnie i już mnie dopadli. Po drodze zgarnęli i Jurka i Roberta. Tylko Sainta już nie widać. Dalej jedziemy razem z nimi. Tną szybko. Za szybko. To wyraźnie nie jest moje tempo. Trzymamy się z nimi, ale czuję, że taka jazda może mnie zupełnie wykończyć. Dojeżdżamy jeszcze razem do Trzebiatowa i tam sobie odpuszczamy.

Znów jedziemy tylko w trzech. Wiatr nie chce pomóc i prędkość spada do 22 - 25 km/h. Czyżby to był koniec wyścigu? Nadciąga jakaś wielka i czarna chmura. Z boku uderza nas taka wichura, że momentalnie spycha na środek drogi. O ziemię zaczynają uderzać olbrzymie krople wody. Trwa to zaledwie kilka minut. Oberwanie chmury mija nas bokiem, ale ci, co w tej chwili są koło Trzebiatowa, przeżywają piekło. Mają nawet gradobicie.

W ślimaczym tempie docieramy do Gryfic. Siadam na murku i wcinam kanapkę. W międzyczasie nadjeżdża jakaś większa grupa i po chwili odjeżdża. Jurek z Robertem zabierają się z nimi. Kończę na siłę kanapkę i wskakuje na rower. Nie mogę pozwolić im odjechać, ale jest pod wiatr i nie mogę utrzymać większej prędkości. Widzę ich jakieś 300 metrów z przodu. Mijamy kilka zakrętów i znów liczę słupki. 400 metrów! Odjeżdżają! Nie mogę do tego dopuścić! Zbieram się w sobie i osiągam 33 km/h. Czuję straszny ból w nogach, ale staram się o tym nie myśleć. Przecież do mety już blisko. Jeszcze trochę i podczepiam się pod peleton. Udało się!

Znów jesteśmy w Uniborzu i skręcamy na wschód. Znów mamy wiatr w plecy. Prędkość wzrasta do 40 km/h. Nie każdy jest w stanie ją utrzymać. Peleton się rwie. Gubimy gdzieś Jurka. Kilka kilometrów dalej odpada też Robert. Myślałem, że ma już dość i sobie odpuścił, a on po prostu złapał gumę. Kawałek dalej następna guma i następny zawodnik zostaje w tyle. Coś musiało być rozsypane na tym odcinku, bo podobno te dwie gumy to nie były wszystkie jakie tam się zdarzyły.

Ostatni punkt kontrolny osiągamy w trzech. Nawet się nie zatrzymujemy, tylko w locie podajemy swoje numery. Kawałek dalej mija nas jakiś expres. Chłopaki spoglądają na siebie, ale widać, że nie mają zamiaru go gonić. Naciskam na pedały i odrywam się od nich. Tamten jest niesamowity. Jest pod wiatr, pod górkę, gnam 38 km/h a on się oddala. Nie, nie mam szans go dojść. Zwalniam, ale tylko trochę. To już ostatnie kilometry przed metą, więc mogę sobie pozwolić na odrobinę szaleństwa. Jadę 33 - 35 km/h. Mijam kolejne wzniesienia tej prostej drogi do Gryfic wciąż widząc na jej końcu wieżę kościoła. Wreszcie dopadam miasto i wjeżdżam na rynek. Koniec. Osiągnąłem metę.

Sprawdzam licznik. Drugą pętlę jechałem niewiele wolniej od pierwszej. Całe 213 km przejechałem ze średnią 30 km/h. Zajęło mi to 7 godzin 36 minut. Na postoje zmarnowałem tylko 29 minut. Takiego wyniku się nie spodziewałem, nawet o takim nie marzyłem. To bez wątpienia mój największy dotychczasowy sukces. Jeszcze tego samego dnia wracamy do domu i nie wiem, które miejsce zająłem. Z niecierpliwością czekam na wyniki. Już niedługo Klasyk Kłodzki. Obawy gdzieś prysły i nabrałem wiary w siebie. Tam, to dopiero będzie się działo!