III Gorzowski Maraton Rowerowy

Gorzowski Maraton Rowerowy

Jeszcze rok temu nawet nie myślałem o starcie w maratonach szosowych. Sądziłem, że supermaraton w Świnoujściu będzie jedynym, na jakim się pojawię, ale na ten rok zaplanowano go dopiero na wrzesień. Trzeba było znaleźć coś innego. Maraton Gorzowski wyglądał zachęcająco. Dystans 380 km kusił, w końcu warto zaryzykować przejechanie jakiejś dłuższej trasy przed startem na 510 km.

Ruszamy z samego rana w 10-osobowych grupach. Jest bardzo zimno i wietrznie. Ubrałem się trochę za lekko, miałem nadzieję, że za dnia się ociepli. Startuję razem z Suchym, lecz do mojej grupy trafia także Wiki. Mocny gość. Postanawiam trzymać się go tak długo, jak długo dam radę. Wiki od samego początku ciągnie ostro, ale daję radę utrzymać to tempo. Suchy gubi się już na pierwszym podjeździe. Mijamy Strzelce i zaczynamy doganiać poprzednie grupy. Połykamy wszystkich jak leci. Gdy w pewnej chwili oglądam się za siebie, ze zdziwieniem widzę pokaźny peleton jadący za nami. Na chwilę odpuszczam, by się w nim schować, lecz pierwszy PK jest już blisko. Wiki nie czeka, składa podpis na liście i rusza dalej. Wskakuję na rower i ja, reszta zostaje na punkcie. Wkrótce dochodzą nas jeszcze dwie osoby i w takim składzie osiągamy Gorzów.

PK w Gorzowie również mijamy niemal w biegu. Czeka nas teraz długi i prosty odcinek na południe. Wyraźnie słabnę. Nie wychodzę już na zmiany, mam nawet trudności, by utrzymać się na kole. Widzę już, że to koniec jazdy w Wikim. Odpuszczam. Zostaję w tyle i w ślamazarnym tempie docieram do Sulęcina. Tam odpoczywam dłuższą chwilę. Dogania mnie Suchy. Nie mogę uwierzyć własnym oczom! Naprawdę jest taki dobry, czy ja taki słaby? Dalej ruszamy już razem. Odzyskuję siły i znów mogę jechać ponad 30 km/h. Pomaga mi w tym wiatr.

Kolejny kryzys nadchodzi za Skwierzyną. Zaczynam czuć się tak źle, że muszę się zatrzymać i zjeść kilka kanapek. Trochę pomaga, ale i tak ledwo ciągnę. Mamy boczny wiatr, który coraz bardziej wykręca się na czołowy. Wyraźnie się wzmógł. Nadchodzą jakieś ciemne chmury. Widać, że nadciąga front i będzie padać. Wciąż jadę razem z Suchym i wspólnie odliczamy kilometry do mety. Już wiem, że to będzie meta, a nie półmetek. Nie pojadę dalej. Boję się zimna, wiatru i zmęczenia. Mówi się trudno.

Docieramy do mety. Przejechałem 191 km w czasie 7 godzin 54 minuty. Nie jest tak źle. Średnia z licznika i tak zaskakująco wysoka: 27,5 km/h. Potraktujmy to jako trening przed... No właśnie przed czym? Jakoś niedługo maraton w Gryficach, może się zapiszę?

zakwaterowanie

start

ognisko

wręczanie nagród